Spotkanie z pisarzem
Z Jerzym KRZYSZTONIEM rozmawia ks. Florian KNIOTEK*
Jerzy KRZYSZTOŃ –
urodzony 23 marca 1931 roku w Lublinie. Do wybuchu wojny mieszkał
w Wilnie i Grodnie. Wywieziony w 1940 roku do Kazachstanu wyjechał
z ZSRR z armią Andersa. Wraz z uchodźcami polskimi przebywał w
Persji, cztery lata w Indiach, później w Ugandzie, uczęszczał
do polskiego gimnazjum i był działaczem harcerskim. Po powrocie
do Polski w roku 1948 ukończył studia na Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim (filologia angielska i polska). Na początku lat pięćdziesiątych
zamieszkał w Warszawie, pracował jako redaktor, reporter i tłumacz,
prowadząc zarazem działalność literacką. Od chwili założenia
miesięcznika „Więź” redagował w tym czasopiśmie
dział literacki. Przez piętnaście lat kierował redakcją słuchowisk
w Teatrze Polskiego Radia.
Debiutował w roku 1953 „Opowiadaniami indyjskimi”, za
które otrzymał Nagrodę Młodych imienia Pietrzaka. Następnie
wydał „Sekret i inne opowiadania” oraz powieść
„Kamienne niebo”, która została sfilmowana. Z kolei
ukazał się tom „Sandżu i Paweł” i „Złote
Gody” oraz książka wrażeń z podróży do USA pod tytułem
„Skok do Eldorado”, która otrzymała nagrodę PEN
Clubu imienia Lepeckiego. W roku 1975 w serii Biblioteka XXX-lecia
ukazał się wybór opowiadań pod tytułem „Cyrograf dojrzałości”.
Krzysztoń jest autorem kilkudzisięciu słuchowisk radiowych i
widowisk telewizyjnych. Za całokształt twórczości radiowej
otrzymał nagrodę Polskiego Radia, a za cykl słuchowisk
„Polacy na frontach II wojny światowej” nagrodę
Ministra Obrony Narodowej. W roku 1977 ukazał się wybór jego słuchowisk
pod tytułem „Polonus w opałach”.
W teatrze debiutował w roku 1958 komedią „Bogowie
deszczu” w reżyserii Jerzego Grotowskigo (Teatr Stary, Kraków).
Napisał kilka sztuk, między innymi: „Ten nieznajomy”
i „Rocznica Mercedesa”, wystawianych w teatrach
polskich. Był członkiem zarządu Klubu Dramatopisarzy, oraz
International Theatre Institute. Należał do PEN-Clubu i Związku
Literatów Polskich. Publikował przekłady z literatury amerykańskiej
i angielskiej.
– Nawiązując do zamieszczonego obok życiorysu.
Jaki wpływ na Pana twórczość literacką miały Pańskie przeżycia
z okresu wojny?
– Odpowiem, że właśnie te przeżycia i doświadczenia
osobiste zrobiły ze mnie pisarza. Pierwsza moja książka dotyczyła
Indii, gdzie znalazłem się w roku 1944 wpośród uchodźców
polskich w Valivade, niedaleko miasta Kolhapur, na południe od
Bombaju. Założono tam obóz dla rodzin żołnierzy armii Andersa,
kobiet i dzieci, a także sierot, gromadzący ponad pięć tysięcy
osób (większość ludności cywilnej, która wyjechała z ZSRR,
trafiła do Afryki, a nawet aż do Meksyku). Moja pierwsza książka
„Opowiadania indyjskie”, wydana w roku 1953, nie
dotyczyła jednak losów Polaków, tylko życia w ówczesnych
Indiach tuż przed odzyskaniem niepodległości i bohaterami jej są
wyłącznie Hindusi, wieśniacy, drobni kupcy, rzemieślnicy, do których
zresztą odczuwaliśmy żywą sympatię ze względu na ich
przyjazny do nas stosunek. „Opowiadania indyjskie” wywołały
duże zainteresowanie wśród czytelników, gdyż nikt wówczas w
Polsce nie pisywał o Indiach.
Po powrocie do kraju wstrząsającym dla mnie przeżyciem był
widok naszego cmentarza narodowego – Warszawy, która dopiero
zaczynała powstawać ze zgliszcz. Dom, w którym zamieszkałem,
stanął na miejscu zawalonego przez bombę domu niedaleko parku
Dreszera, na Mokotowie. Żyłem, pracowałem, kładłem się do snu
na parterze tego domu, a pod podłogą miałem piwnicę, w której
podczas Powstania zginęli mieszkańcy zasypani gruzem. Było to tuż
po październiku 1956 roku, kiedy zaczęło się ukazywać wiele
książek poświęconych żołnierzom Powstania, ich walce
zbrojnej. Słusznie i sprawiedliwie książki te napisano, lecz
nikt nie wspominał, najwyżej mimochodem, o tragedii ludności
cywilnej, pozbawionej broni, skazanej na potworne oczekiwanie na śmierć.
Postanowiłem upomnieć się o pamięć tych męczenników, których
w Powstaniu zginęło trzykroć więcej niż na szych żołnierzy.
Zatem w powieści „Kamienne niebo” opowiedziałem o
ludziach zasypanych w warszawskiej piwnicy. Największą dla mnie
podzięką było to, że wielu czytelników, którzy sami przeżyli
Powstanie, było przeświadczonych, że ja również brałem w nim
udział, jakby nie zwrócili uwagi na informację zamieszczoną we
wstępie, z której wynikało, że byłem wtedy daleko od kraju. Z
czego można by wnosić, że pisząc znalazłem się z nimi,
zasypanymi w piwnicy na Mokotowie. Napisane przed dwudziestoma laty
„Kamienne niebo” jest do tej pory wznawiane, najświeższe
wydanie ukazało się wiosną tego roku.
– Jednakie przy pisaniu tych książek korzystał Pan
tylko po średnio z własnej biografii. A czy nie próbował Pan
przenieść na papier osobistych przeżyć z czasów wojny?
– Owszem, spróbowałem, gdy dojrzała po temu chwila. Żeby
do sensu pisać o własnym dzieciństwie, wczesnej młodości,
trzeba bezwarunkowo skończyć czterdzieści lat! Oczywiście do
tyczy to mężczyzn, którzy dojrzewają późno i niechętnie.
Przed pięcioma laty ukończyłem powieść o moim dzieciństwie w
Kazachstanie i Uzbekistanie, o moich bliskich, którzy tam się
znaleźli, a także o tych najpierw nam nieznanych, którzy nie
poskąpili nam pomocy, wspomogli chlebem i walonkami, przyjęli jak
bliźnich, zasługując sobie na naszą wdzięczną pamięć. To
prawda, że przeżyłem twardą szkołę dzieciństwa, ale nauczyła
mnie ona stokroć więcej dobrego niż złego. Powieść o tamtych
czasach pod tytułem „Wielbłąd na stepie” ma się
ukazać w roku przyszłym. Kończy się ona wyjazdem z Uzbekistanu
wraz z armią Andersa. Tymczasem wydawca zaproponował mi spisanie
naszych dalszych dziejów, wędrówki przez Persję, Indie i Afrykę,
aż do powrotu do Polski latem 1948 roku. Co też zapewne w
niedalekiej przyszłości uczynię.
– Uczęszczał Pan po drodze do polskich szkół. W Jakich
warunkach organizowano wówczas naukę dla młodzieży?
– Przede wszystkim organizowano ją natychmiast, ledwie
powstało większe skupisko Polaków. W Jangi-Julu na przykład,
gdzie mieścił się sztab armii Andersa, uczyliśmy się pod gołym
niebem, bez książek i żadnych pomocy szkolnych. Najważniejsza
okazywała się pamięć naszych nauczycieli, to wszystko, co
czerpali wyłącznie z jej zasobów. Tak było jeszcze w Persji, w
Teheranie, bez żadnych podręczników, gdzie mieliśmy wprawdzie
dach nad głową i siadywaliśmy na cegłach. Tam korzystała ze
swojej pamięci do pięknych cytatów nasza polonistka, pani
Harasymow, która później zawędrowała aż do Australii. Ona to
poprawiała moją nieszczęsna ortografię. Polakom wmawia się, że
nie mają żadnego zmysłu organizacyjnego. Tymczasem, kiedy tylko
wyrwaliśmy się z perskiego galimatiasu, gdzie jedni przyjeżdżali,
inni wyjeżdżali, i osiedliśmy wreszcie w Indiach albo w Afryce,
szkolnictwo polskie zostało natychmiast skrupulatnie i sensownie
zorganizowane. Ogólnokształcące, handlowe i zawodowe, jak na
przykład szkoła pielęgniarstwa. Szkoły powszechne, gimnazja,
licea. Wprawdzie książek brakowało nam ciągle, ale wydano pod
auspicjami Ministerstwa Oświecenia Publicznego wiele podstawowych
podręczników, które nam dobrze służyły. Kadra profesorska z
konieczności mocno uszczuplona dokładała wszelkich starań, aby
udostępniać nam wiedzę w warunkach – rzec można –
ekstraordynaryjnych. Angielskiego uczyli nas Hindusi. Spory księgozbiór
literatury pięknej nadesłała Polonia amerykańska, a także królewski
dar – instrumenty muzyczne dla całej orkiestry, w tej
orkiestrze grywałem na trąbce. Nad wykształceniem i samokształceniem
młodzieży pracowało też bardzo intensywnie Harcerstwo, które
wielkie tu położyło zasługi, tak że dzięki niezwykłej
osobowości i energii harcmistrza Zdzisława Peszkowskiego, podówczas
oficera wojska polskiego, obecnie księdza prałata i profesora
Seminarium w Orchard Lake, Michigan. Był on porywającym i
natchnionym działaczem, wspaniale przemawiającym do wyobraźni i
temperamentu młodzieży, obdarzony przy tym naturalną żarliwością,
siłą współczucia i rzadkim urokiem osobistym. Diametralnie różną
osobowością, a przecież o też błogosławionym wpływie na młodzież,
był ksiądz harcmistrz Kozłowski, jezuita i misjonarz, zmarły
niedawno w głębi Afryki. Kierował się może nie tyle uczuciem,
co intelektem, miał niezapomniany uśmiech i piękne poczucie
humoru, które towarzyszy ludziom o dużej kulturze osobistej. Do
nas, smarkaczy, umiał się odnosić jak starszy kolega, ktoś,
komu można zaufać bez wahania, a jednocześnie wiadomo, że jest
dojrzałym i doświadczonym mężczyzną, co nam pozbawionym ojców
dawało upragnioną szansę obcowania z męskim spojrzeniem na życie.
Mówię o indywidualnościach, gdyż w każdej a zwłaszcza w
naszej ówczesnej edukacji indywidualność wychowawcy była ważniejsza
ponad wszystko. Jeśli nawet nie nabyłem wówczas zbyt gruntownej
wiedzy, to miałem okazję naprawić to później. Natomiast moja
ówczesna edukacja pozostanie i niepowtarzalna, i niezastąpiona.
– Stykał się Pan ze sprawami Polaków na emigracji, w
Anglii i Stanach Zjednoczonych. A czy śledził Pan działalność
Polonii francuskiej?
– Jestem tu pierwszy raz, ledwie dwa tygodnie. Omijałem
Francję, gdyż peszyła mnie nieznajomość języka. Korzystając
z serdecznej gościnności Ojców Pallotynów, za którą chciałbym
przy tej okazji podziękować, przyznam się, że zdołałem nie
tyle przyjrzeć się, co raczej zerknąć na działalność moich
gospodarzy w sferze kulturalnej i wychowawczej. Zwiedziłem
drukarnię i szkoły w Osny. Podziwiam pracę wydawniczą, wiele
jej niezwykłych efektów, jak na wskroś nowocześnie pomyślany,
zilustrowany i estetycznie wydany Katechizm, z jakim młodzież
polska jeszcze nigdy dotąd nie obcowała, w kształcie tak frapującym,
że po te piękne zeszyty ręka się sama wyciąga. Zresztą
niezwykła dbałość o estetykę, szatę graficzną, cechuje każdą
wydaną przez Ojców książkę. Są one świadectwem bardzo
dobrego smaku edytorskiego. Podziwiam też sposób redagowania
miesięcznika „Nasza Rodzina”, na którego łamach dzięki
uprzejmemu zaproszeniu tak się rozgadałem, że podziękowawszy
wypada mi skończyć, życząc pismu i Wydawnictwu wielu Czytelników
spragnionych mądrego obcowania ze słowem polskim, duchem chrześcijańskim
i naszą kulturą narodową.
* W ostatnich latach
życia, w których napisał „Obłęd” (1980), Jerzy
Krzysztoń chorował i okresowo przebywał w szpitalu
psychiatrycznym. Zmarł 16 maja 1982 roku w Warszawie śmiercią
samobójczą. Rozmowa, wraz z fragmentem przygotowywanej do druku
powieści „Wielbłąd na stepie”, ukazała się w
„Naszej Rodzinie” – 11 (398) 1977, s. 15-16.
|
Na ilustracji:
Okładka książki
Jerzego Krzysztonia
- wydanej przez
wydawnictwo
"Czytelnik"
w roku 1978
|