Kim jestem dla Ciebie (3)
I. POSMAK PRZYGODY DUCHOWEJ W PIELGRZYMCE
4. Służba Wojskowa. „Oczekuję Pana, bardziej niż strażnicy
świtu”.
Po ukończeniu pięciomiesięcznego kursu obsługi radarowej w Nimes,
zostałem wcielony do Wojskowej Służby Pocztowej na okres jednego
roku w Fort de Romainville (blisko Paryża). Ponieważ odmawiałem
noszenia broni, zostałem listonoszem wojskowym. W tym czasie,
odmawiający ze względów sumienia, poborowi nie byli zwalniani od
służby wojskowej. Jeden z moich seminaryjnych przyjaciół, który
odmówił ze względu na swoje pacyfistyczne przekonania służby
wojskowej, nie został dopuszczony do posługi kapłańskiej. Moje
pragnienie kapłaństwa było tak intensywne, że nie odważyłem się
podjąć ryzyka tak jak mój przyjaciel. Poszedłem do wojska. Ówcześni
biskupi odmawiali święceń kapłańskich tym poborowym, dla których
zgoda z własnym sumieniem była istotniejsza niżeli regulamin
wojskowy. W koszarach spotkałem rekrutów ze wszystkich zakątków
Francji, reprezentujących różne zawody i wyznania religijne.
Większość z nich była albo już po ślubie, czy też zaręczynach, a
inni, jak to młodzi chłopcy, szukali towarzystwa dziewcząt. Z
przyczyn oczywistych płeć odmienna była częstym tematem koszarowych
rozmów. Miałem zatem, już od pierwszego dnia, znakomitą okazję do
przemyśleń na temat mojego wyboru celibatu, wyboru, który był jedną
z podstaw katolickiego kapłaństwa. Jak trudny był to dylemat
przekonało się wielu wcielonych ze mną do wojska
współseminarzystów. Wielu z nich, po ukończeniu służby wojskowej,
już nie wróciło do Wyższego Seminarium Duchownego i założyło
rodziny.
W tym właśnie okresie poznałem panią Plard, wdowę zarabiającą na
utrzymanie jedynego syna dorywczą pracą księgowej. Ponieważ jej
matka mieszkała w sąsiedztwie moich rodziców, któregoś dnia pani
Plard, spotkawszy mnie u nas w domu, zaprosiła mnie do siebie.
Mieszkała niedaleko naszych koszar. Odwiedziny w mieszkaniu pani
Plard skończyły się dla mnie dość niezwykle, kiedy zwróciła się do
mnie słowami: „Edwardzie, nie modlisz się wystarczająco!
Dwadzieścia minut, czy pół godziny w ciągu dnia to zbyt mało!
Zobacz, ile czasu poświęcają swoim żonom i narzeczonym inni młodzi
ludzie, mimo koszarowego życia. Czyż ty Edwardzie nie pragniesz
zostać księdzem, aby ofiarować swoje życie Chrystusowi? Jeżeli
faktycznie pragniesz połączyć swoje życie z Nim, powinieneś
poświęcić Jemu więcej własnego czasu!”. Pani Plard była także
przełożoną Nowicjatu Tercjarstwa Karmelitańskiego w Paryżu. Ona
właśnie zachęciła mnie do lektury pism św. Teresy z Avila i św.
Jana od Krzyża. [1] Dzięki niej też poznałem
kilku z ojców karmelitów, wśród których mogłem oddawać się
religijnej odnowie. Jedną z przyczyn mojego zainteresowania
karmelitankami był oczywiście fakt, że siostra mojej matki była już
wówczas karmelitanką. Mimo to nie zamierzałem wstąpić do tego,
pełnego tradycji Bractwa Zakonnego. Być może dlatego, że wśród
tych, których poznałem, wielu było skłonnych do intelektualizowania
religii i wydawali mi się oni oderwani od codzienności życia.
Rady Pani Plard wziąłem sobie natomiast głęboko do serca i od tego
spotkania poświęcałem przynajmniej godzinę dziennie modlitwom.
Stopniowo też odkryłem, że tym samym pełniej podążałem przykładem
ojca Antoine Chevriera, który na modlitwach i ewangelicznych
studiach spędzał istotną część swojego dnia. Sądzę, że właśnie
dzięki modlitwom byłem w stanie bardziej efektywnie zagłębić się w
duchowości „chwili obecnej”, czy też, posługując się rzymskim
przysłowiem, osiągnąć AGE QUOD AGIS: „Cokolwiek robisz, rób to
właściwie”, czy też „Oddaj się sercem i duszą swoim zamiarom,
chwila za chwilą! Przeszłość minęła, przyszłość jeszcze nie
nadeszła, teraźniejszość, która i teraz przemija, jest właśnie tym,
jedynym do naszej dyspozycji, czasem!”. W teraźniejszości
chwili i w jej przemijaniu jest właśnie moment spotkania z Bogiem i
doświadczenia Jego woli. Taka postawa sprzyja osiągnięciu zarówno
duchowej, jak i intelektualnej koncentracji. Tutaj i teraz.
Próby złapania kilku zajęcy na raz zazwyczaj są bezowocne.
Wychodząc z podobnych założeń, starałem się unikać robienia wielu
rzeczy naraz, a raczej świadomie oddałem się kształtowaniu własnej
osobowości w obecności Jego, który mnie stworzył, który jest
bliższy mojej istoty, niżeli ja sam.
Refleksje te zbliżyły mnie ku pismom św. Jana od Krzyża, które były
dla mnie tak pomocne, jak i uderzające w swoim posłaniu:
„Ktokolwiek by spytał Boga o nowe objawienie lub wizję, Bóg mógłby
odpowiedzieć: Czyż już nie powiedziałem wszystkiego, co powinno być
powiedziane, kto jest Synem moim; nic więcej nie mam wam do
objawienia już teraz, wpatrujcie się w Niego, gdyż w Nim zostało
objawione wszystko dla was, gdyż w Nim znajdziecie więcej, niż ode
Mnie oczekujecie, więcej niżeli jesteście w stanie sobie życzyć.”
[2]
„Ojciec wyraził tylko jedno Słowo: istota Jego Syna, w
wiekuistej ciszy. On zawsze mówi to samo: dusza dlatego powinna
słuchać pełnią skupienia.” [3]
„Kiedy godzina rozrachunku nadejdzie, będziecie żałować czasu,
którego nie poświęciliście Bogu, dlaczegoż nie mielibyście zrobić
użytku z danego wam czasu teraz, tak jak życzylibyście dopełnić w
chwili śmierci ?” [4]
„By nasycić wasze pragnienia, zmierzajcie ku pielęgnacji waszych
pragnień naśladowania Jezusa Chrystusa we wszystkim, oddajcie się
życiu w takim duchu, w jakim On sam dopełniłby swojego życia wśród
nas. By osiągnąć jednak pełnię w tak pojętym naśladownictwie
Chrystusa, konieczne jest pozbycie się pożądliwości i tych
wszystkich doczesnych przyjemności, które dalekie są od miłości
Boga, i zagłębienie się w podobnej Jemu skromności, ubóstwie i
życzeniu niczego więcej, niżeli dopełnienia woli Ojca, którą On
określił jako ciało i krew Swoją.” [5]„Nie ma dla trzymanego w niewoli ptaka różnicy, czy trzymające
go więzy są duże lub małe, gdyż nawet jeżeli jest to jedynie wątła
uwięź, pozostanie on skrępowany i niezdolny do lotu; podobnie jest
z duszą naszą uwięzioną w czymś mniej lub bardziej małym.”
[6]
„Lepiej jest umrzeć niżeli grzeszyć! Wypowiadane w szczerości
słowa te działają na dusze oczyszczająco, uśmierzając rany i
pozwalając na pełnię miłości Boga, dopomagają nam w przełamaniu
żalu za popełnione winy i trwaniu w pragnieniu poprawy !” [7]
„I prawdą jest, że czym głębiej nasza dusza zwiąże się z Bogiem
w miłości, tym głębszą będzie nasza miłość bliźniego.” [8]
Poprzez moje studia „Drogi do doskonałości” – autobiografii św.
Teresy, stopniowo zacząłem odkrywać znaczenie intymności życia w
Panu. Według św. Teresy „modlitwa jest rodzajem przyjacielskiej
rozmowy z Nim, w trakcie której nabiera ona przekonania, że jest
przez Niego kochana”.[9] Ta właśnie definicja
oświeciła moje myśli, pozwalając mi jednocześnie ograniczyć zbędną
dozę wyobraźni i intelektualnej medytacji, która dała o sobie znać
w czasie mojej modlitwy. Studia tych skromnych w swojej intymnej
relacji z Bogiem świętych były dla mnie istotną pomocą. Mimo to
byłem wówczas jednak jeszcze zbyt mało doświadczony w życiu
duchowym, by być w stanie całkowicie ogarnąć i przyswoić sobie
głębię opisanych przez nich zjawisk. W rezultacie kultywowałem w
sobie iluzję, że już wówczas byłem w stanie praktykować całą swoją
wiedzę, której jedynego posmaku znalazłem w tych pismach. Na moje
szczęście, poprzez „Żywoty Świętych” dotarłem do św. Teresy z
Lisieux, i tam odkryłem na czym polega „duchowe dzieciństwo”, które
może wyzwolić mnie od klęski. Oto, jak opisywała ona swoje własne
przeżycia:
„Zawsze pragnęłam zostać świętą, jednakże, kiedy zaczęłam
porównywać siebie ze świętymi, zaczęłam odkrywać, że różnica między
nimi a mną jest mniej więcej taka, jak między szczytem góry
zagubionej w chmurach i mało zauważalnym pagórkiem piasku pod
stopami wędrowca; nie odebrało mi to jednak odwagi, wręcz
przeciwnie, powiedziałam sobie: „Dobry Bóg Ojciec nie inspirowałby
nas ku niemożliwym celom, dlatego mimo własnej małości, ja też mogę
aspirować do świętości; niemożliwością jest rosnąć ponad miarę,
możliwe jest jednak rozpoczęcie wędrówki ku Bogu w całej mojej
niedoskonałości, poprzez poszukiwanie nowej, malutkiej ścieżynki
łączącej mnie bezpośrednio z niebem. Żyjemy w epoce wynalazków.
Obecnie ludzie starają się unikać męczącej wędrówki ku wyższym
piętrom klatką schodową. Zamożni zamieszkują domy z dostępem
do windy, która jest praktycznym wynalazkiem. Podobnie i ja,
pragnęłam wynaleźć ten rodzaj windy, która uniosłaby mnie prosto ku
Chrystusowi, gdyż wydawałam się sama sobie zbyt słaba, by wdrapywać
się męczącymi szczeblami doskonałości. W rezultacie oddałam się
studiom świętych pism, by odnaleźć jakiś ślad windy, do której
tęskniłam, i natrafiłam na słowa Wiekuistej Mądrości: «Pozwólcie
maluczkim przyjść do mnie!». I ja też przyszłam zgadując, że
odnalazłam to, czego szukałam, pragnąc dowiedzieć się od Ciebie,
Boże Mój, co zamierzasz zrobić z tą małą moją istotą, która
odpowiedziała na Twoje zawołanie. Kontynuowałam swoje poszukiwania
i natrafiłam na następujące słowa «Jak matka pieszcząca swoje
dzieciątko, tak ja rozwieję twoje smutki, przytulając cię do łona
ukołysam cię w moim objęciu!». Ach!, nigdy wcześniej te pełne
melodyjnej tkliwości słowa nie napełniły mojej duszy podobną
radością. Winda, która zaprowadzić mnie miała ku niebu, o Jezu, to
przecież nic innego niżeli Twoje objęcia. Nie ma potrzeby dążenia
ku szczytom tego świata, odwrotnie, tą małą istotą, którą mnie
stworzyłeś, powinnam nie tylko pozostać w swojej małości, ale stać
się skromną, jeszcze skromniejszą.”
[10] Te pełne
prostoty słowa, uświadomiły mi wówczas, jak głęboko zakorzenione
były we mnie tendencje tworzenia wokół mojej własnej osoby centrum
otaczającego mnie świata. Zastanawianie się nad przesłaniem Teresy
pozwoliło mi oddać się Chrystusowi w całości tego, kim byłem w
istocie.
Rady Pani Plard poprowadziły mnie także ku studiowaniu życia i
posłannictwa Ojca de Foucauld, z którego poglądami zapoznałem się
dzięki opublikowanej wówczas książce ojca Voillaume „AU COEUR DES
MASSES”. Szczególnie rozdziały „La Prière des Pauvres Gens”
[Modlitwa ubogich] i „Permanents de la Priere” [Oddani ciągłej
modlitwie] wydały mi się nie tylko interesujące, lecz także pomocne
w moim życiu żołnierza-kleryka. Kilka fragmentów, przytoczonych
poniżej, wywarło na mnie szczególne wrażenie:„Jezus żył
modlitwą nawet wówczas, kiedy wciągany był w zawiłości
przygniatającej go rzeczywistości. Lecz ponad wszystko, pozostaje
On mistrzem twojej modlitwy dlatego, że w samotności, wolności i
miłości, może wypełnić nie tylko twój intelekt i pamięć, ale także
i serce, duchowością modlitwy. Nikt nie jest w stanie oddać się
modlitwie bez wewnętrznie przeżytego udziału Chrystusa.” [11]
„Bóg nawołując do co raz większego udziału w losie ubogich,
wskazywał nam także na konieczność krystalizacji naszych dusz w
modlitwie, jak również na ważkość czytania Pisma Świętego; wydawać
się dlatego może, że życzeniem Jezusa nigdy nie było zrobienie z
modlitwy rarytasu, dostępnego jedynie dla tych oddających się
komfortowi i uspakajającej zmysły medytacji.”
„Przyjdźcie do mnie wy wszyscy zagubieni i dźwigający brzemię… a
znajdziecie ukojenie w duszach waszych.” [12]
„Powinniśmy wierzyć, że prawdziwa esencja modlitwy leży w
istocie w tym, co nazywamy łącznością z Bogiem. I tym samym
przekracza sentymenty, słowa i idee. Czyż znajdują siłę na
intelektualny komfort medytacji ci wszyscy powracający do domu,
ogłuszeni łoskotem fabrycznej maszynerii, powracający na
powierzchnię górnicy, spieczeni pracą w żarze słońca chłopi,
zaczadzeni oparami chemicznymi robotnicy, niewyspani z powodu
wielodobowych połowów rybacy? Czyż można oczekiwać od tych
strudzonych fizyczną harówką ludzi pracy medytacji?
Jednakże wytrwałością i odwaga, prostymi środkami, wielu z nas
nieodczuwających żadnej wiary ani miłości, jest w stanie wejść w
położenie tych mniej uprzywilejowanych współbraci, i tam na miejscu
otworzyć swoje serce ku Bogu, takim jakie ono jest, w oczekiwaniu
na spotkanie z Nim” .[13]
„Dlatego właśnie nie powinniśmy spełniać naszego życia w
przepracowaniu i biedzie, jak w przytłaczającej nieludzkimi
warunkami egzystencji, wręcz odwrotnie, powinniśmy zrobić użytek z
przywileju życia, by krystalizować dane nam wolą Boga dusze, i
zmierzać ku połączeniu się z Nim”. [14]
„W całości Jego działalności człowieczej na ziemi, wizja Boga
była centrum Jezusowej duszy, dlatego któż inny niż On, Jezus
Chrystus, mógłby być dla nas wzorem wiekuistej modlitwy i adoracji
w oczach Ojca? W istocie Jezus był w stanie ciągłej modlitwy, do
tego stopnia, że chwile modlitwy w jej krystalicznej formie, nie
pozostawały w oddaleniu od codziennej rzeczywistości człowieczej,
która była przecież częścią jego trwania wśród nas. Tym nie mniej,
Jezus, kiedy tylko mógł, starał się oderwać od przytłaczającej
rzeczywistości ludzkiej egzystencji, by w ciszy i skupieniu oddać
się modlitwie w jej czystej formie: ‘Gdy to uczynił, wyszedł sam
jeden na górę, aby się modlić”(Mt 14,25). [15]
„Zbyt często jednak da się zauważnyć przepaść miedzy naszą
modlitwą i życiem codziennym. Aby dopełnić naszego powołania, nie
jest zatem wystarczające, by jedynie w określonych porach dnia
oddawać się modlitwie. Niezbędne jest naśladowanie Chrystusa w
nieustającej modlitwie, tak jak gdyby całe nasze życie było formą
modlitwy.” [16]
„Robotnik wybrany jako delegat związku robotniczego jest zawsze
wzorem dla innych robotników będąc ich przedstawicielem. Żeby
dopełnić swoich obowiązków we właściwym duchu, ten reprezentant
robotników musi zawsze pamiętać, by wykonywać swój obowiązek jak
najlepiej.” [17]
Te właśnie słowa kierowały moim pragnieniem, by zostać „na stałe
zatrudnionym modlącym się”, innymi słowy, oddać się posłudze
kapłańskiej wśród tych mniej uprzywilejowanych i ubogich. Ale
jakimi środkami miałem to osiągnąć? Pytanie to jeszcze bardziej
kierowało mnie ku modlitwie. „Panie, odsłoń mi Wolę Twoją! I daj mi
siły, bym mógł Twoją Wolę wypełnić!”
5. Powrót do Wyższego Seminarium Duchownego. „Poświęcam się w
ofierze, aby oni byli uświęceni”
Po ukończeniu 18-miesięcznej służby wojskowej, mój powrót do
Wyższego Seminarium Duchownego, zbiegł się z rozpoczęciem w
Chamvres, niedaleko Joigny, nowego typu działalności religijnej,
której poświęciły się cztery religijne siostry pod kierunkiem
dominikanina, ojca Minguet. Miałem w zwyczaju wykorzystywać moje
dni wolne na odwiedzanie ich, szczególnie, że byłem pod urokiem
tego pełnego skromności, miłości i radości życia. Rozmowy z ojcem
Minguet zwróciły także moją uwagę na ważność życia w łączności z
Bogiem i rolę Maryi w formowaniu w naszych sercach duchowej
dyscypliny. Podobnie jak Małe Siostry Betlejemskie, także i te
siostry aspirowały do powszedniości życia poprzez dzielenie się
Słowem Bożym i Ciałem Chrystusa z bliźnimi, których los zesłał w
ich bliskości. Siostry te codziennie oddawały się odmawianiu całego
różańca, zagłębione w medytacji nad radością, smutkiem i glorią
misteriów, w tym powolnym rytmie skupienia, które i mnie samemu
zaczęło się udzielać. Gdyby istniała podobna męska grupa, jak na
przykład „Bracia Betlejemscy”, sądzę, że stałbym się jej członkiem.
A jednak brakowało mi „charyzmatycznego” wyczucia, by zainicjować
podobny rodzaj ruchu religijnego.
Codziennie grupa ta oddawała się modlitwie ułożonej przez Charlesa
de Foucauld i traktującej o całkowitym oddaniu samego siebie Bogu.
Piękno tej modlitwy już od pierwszego momentu tak bardzo mnie
dotknęło, że nie tylko nauczyłem się jej szybko, lecz także stała
się ona moja codzienną towarzyszką, pojawiającą się na moich
wargach zawsze przy końcu moich modlitw. Takie są jej słowa:
„Ojcze, oddaję samego siebie Tobie. Zrób ze mną co zechcesz, i
cokolwiek zrobisz ze mną, dziękuję Ci. Jestem gotowy na wszystko, i
wszystko zaakceptuję. Niech Twoja wola spełni się we mnie i w tych
co stworzyłeś, gdyż poza tym nie mam innych życzeń, Boże mój.
Oddając swoją duszę w Twoje ręce, oddaję się w pełnej miłości serca
mego, gdyż serce moje przepełnione jest miłością do Ciebie, i
miłość ta potrzebująca połączenia, powinna być oddana w Twoje ręce,
bez zastrzeżeń i z całkowitą ufnością, ponieważ jesteś moim Ojcem,
Boże.”
„Małe Siostry” następnie zamieniły słowa „mój Ojciec” i „mój Bóg”
słowami „moja Matka”, gdyż pragnęły zwracać się do Maryi w duchu
św. Grignion de Montforta i jego traktatu „Prawdziwe oddanie się
Błogosławionej Marii Dziewicy”. Podobnie zamieniły słowa „tych co
stworzyłeś” słowami „dziećmi Twoimi”. Tym samym pragnieniem owych
sióstr było więc pielęgnowanie dogłębnej komunii z Chrystusem,
poprzez oddanie się Maryi z całkowitą ufnością. Dzieliły one
przekonania św. Grigniona, który mówi, że „z konieczności Jezus
prowadzi nas ku Ojcu tak, jak Maryja prowadzi nas ku Chrystusowi.”
[18]
W tym samym czasie, kiedy ja sam siebie zapytywałem, czy byłbym w
stanie „trwać w nieustającej modlitwie” (1Th 5,17), siostry te
wprowadziły mnie w ujmującą lekturę „Modlitw rosyjskiego
pielgrzyma”[19].
Moim natychmiastowym pragnieniem było zagłębienie się w modlitwie
wschodniego Kościoła, modlitwie, której korzenie sięgają Ewangelii:
„Panie Jezu, Synu Boga, zlituj się nade mną, grzesznikiem!”
Przyznaję ze smutkiem, że moje intencje nie trwały dłużej niżeli
trwa kwiat róży. Z drugiej jednak strony odkryłem piękno tych
psalmów, do których ojciec Gelinau SI. skomponował cudowną muzykę.
Nie tylko z radością oddałem się psalmistycznym studiom, ale
nauczywszy się ich na pamięć, często je sobie nuciłem. W rezultacie
zaprowadziło mnie to do regularnego uczestnictwa w corocznych
spotkaniach organizowanych przez Centrum Pastoralnej Liturgii.
Szczególnie rozkochałem się w 119 Psalmie, który pozwala nam
zastanowić się i rozsmakować się w Bożym Posłannictwie. Słowa tego
Psalmu pozwalają nam osiągnąć jeszcze głębsze przywiązanie do Tego,
który jest Słowem Boga zamienionym w Ciało, Jezusa Chrystusa,
Uosobienie Mądrości. A oto kilka ulubionych przeze mnie zwrotek:
– „Szczęśliwi, których droga nieskalana, którzy postępują według
Prawa Pańskiego” (Psalm 119, 1).
Panie, daj mi też tą radość!
– „Dobrze to dla mnie, że mnie poniżyłeś, bym się nauczył Twych
ustaw” (Psalm 119, 71).
Boże, chcę być silny i zahartowany wobec różnych prób życiowych
na tyle, by móc odkryć zamiary Twoje wobec mnie
– „Jakże miłuję Prawo Twoje: przez cały dzień nad nim rozmyślam”
(Psalm 119, 97).
Więc medytuję tak długo nad Twoim prawem, aż dojdę do poznania
go. Rozmyślanie każdego dnia nad Twoim prawem prowadzi mnie do
ukochania go. O Panie, gdyby tylko ten wiersz stał się jedynym
rzeczywistym wyrazem doświadczeń mego serca. Ale ja świadomy
jestem, że jestem niestety owładnięty przez to, co nie jest Tobą, i
dlatego moje oczy napełnione są łzami.
– „Strumienie łez płyną z mych oczu, bo nie zostało zachowane Twoje
Prawo” (Psalm 119, 136).
– „Pragnę Twojej pomocy, o Panie, a Prawo Twoje jest radością moją”
(Psalm 119, 174).
– „Błądzę jak owca, która zginęła, szukaj Twego sługi, bo nie
zapominam o Twoich nakazach” (Psalm 119, 176).
Aby otrzymać łaskę modlitwy, odbyłem z moim bratem dwie
pielgrzymki, z których każda trwała miesiąc. Pierwsza miała miejsce
w trakcie Roku Świętego [20] w 1950 roku i wiodła do
Fatimy poprzez St. Jacques de Campostelle. Za każdym razem
pracowaliśmy, aby zarobić na wyżywienie w trakcie pielgrzymki.
Spaliśmy przy drogach pod gołym niebem, jechaliśmy autostopem
odmawiając różaniec, śpiewając pieśni i psalmy. Byliśmy
przemęczeni, ale szczęśliwi. Temu doświadczeniu zawdzięczaliśmy
poczucie bycia jedynymi pielgrzymami na ziemi. Ważne jest więc,
abyśmy poznali ostateczny cel naszego życia. Celem naszych
ziemskich pielgrzymek mógł być obraz Raju, jedyny i ostateczny cel
naszego życia tutaj. Ale gdy zmordowani docieraliśmy do Rzymu czy
Fatimy, przeżywaliśmy tajemnicze spotkanie z Jezusem, który nam
stale towarzyszył w drodze i zaostrzył w nas głód Słowa i
pragnienie wody życia. Nasze pielgrzymki umacniały w nas
przekonanie, że „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie” (Flp
3, 20) i sprawiały, że smakowaliśmy głęboko słowa Piotra: „Umiłowani!
Proszę, abyście jak obcy i przybysze powstrzymali się od cielesnych
pożądań, które walczą przeciwko duszy” (1 P 2, 11). To
doświadczenie ułatwiło mi wyrycie w moim sercu słów z listu do
Diogeneta: „Dla
chrześcijanina, zagranica jest ojczyzną, a ojczyzna jest
zagranicą.” [21]
Ten czas w seminarium był okresem usilnego studiowania Pisma
Świętego, teologii i ojców Kościoła. Szczególnie uderzyło mnie
zachowanie ojca Piault, naszego profesora dogmatyki. Przed wykładem
zachodził do kaplicy, aby pomodlić się krótko. Praktykował więc
słowa Atenagorasa, które
lubił nam cytować: „nauczyć się od Boga rzeczy o Bogu”. [22]
Wykłady wprowadzały mnie w modlitwę. Gdy przemawiał do nas,
kierował nasze serca ku Wewnętrznemu Mistrzowi – Duchowi, dzięki
któremu smakowałem słowa Jezusa. Ten bardzo augustyński sposób
nauczania zachęcił mnie do czytania dzieł św. Augustyna.
Zapamiętałam z nich kilka słów, do których często wracałem.
„Panie, Ty nas stworzyłeś dla Siebie! A nasze serca będą
niespokojne, zanim nie spoczną w Tobie!”
[23] Te słowa często
mnie stymulowały w poszukiwaniu Pana i przypominały także
ostateczny cel mojej ziemskiej wędrówki.
„Daj mi to, o co mnie prosisz. I proś o to, czego Ty chcesz.”
[24] Te słowa często
dodawały mi odwagi i przywracały zaufanie, gdyż ponad moje siły
jest doskonała odpowiedź na wymagania Chrystusa. Ta modlitwa św.
Augustyna przypomina mi, że sam Chrystus pozwala nam spełniać to,
czego oczekuje od nas. W ten sposób Pan uznaje nasze zasługi i
wieńczy Swoje własne dary, gdyż każde dobro, które jest w nas, jest
czystym darem Jego Łaski.
„Jeśli mnie kochasz, nie musisz się wysilać. Jeśli czujesz
ciężar tego wysiłku, pokochasz także ten wysiłek.”
[25] Niechrześcijanie,
którzy obserwują życie prawdziwego ucznia Chrystusa, czasami mówią:
„Życie musi być ciężkie! Chrześcijaństwo jest religią bardzo
wymagającą!”. Jednak w miarę jak uczeń zapłakał do Chrystusa,
swojego Mistrza, wyrzeka się sam siebie, a niesienie krzyża staje
się lekkim brzemieniem pomimo napotkanych przeszkód. To przypomina
obietnicę Chrystusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy
utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie moje
jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny
sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo
moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 28-30). To
jest w harmonii z innymi słowami św. Augustyna: „Kochaj i rób co
chcesz!”
[26] Chrześcijaństwo nie
jest zbiorem nakazów moralnych czy ciążących imperatywów. Nie, to
przede wszystkim Miłość do Chrystusa i do bliźniego. „Miłość
jest doskonałym wypełnieniem Prawa.” (Rz 13, 10) Kto kocha
Chrystusa z całego serca pragnie tylko spełniać wolę Ojca. Zarazem
to, co zechce zrealizować, będzie odpowiadać tej woli. Nie jest
najważniejszy wysiłek naprawiania swoich błędów i panowania nad
pasjami, lecz oddanie się Chrystusowi i Jego Miłości.
„Kto kocha, będzie smakował to, co mówię. Ale jeśli mówię do
człowieka o zimnym sercu, on tego nie zrozumie!”
[27] – stąd tak ważna jest
postawa serca za każdym razem, gdy chcemy czytać Biblię, studiować
teologię czy wysłuchać homilii! Są niestety czasami uczeni bibliści
i wielcy teolodzy bez wiary. Natomiast są chrześcijanie mało
wykształceni, gotowi na wszystko, aby naśladować Chrystusa i
słuchać bardziej Jego Słów. Św. Augustyn wyrażał myśl cytowaną
wyżej komentując słowa Jana (6, 44): „Nikt nie może przyjść do
Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał”.
Studiowanie teologii to nie jest intelektualna analiza Słów Boga,
ale przyjście do Chrystusa, wejście w głębsze relacje z Nim. I to
jest manifestacja dzieła Ojca w nas.
„Dwie miłości zbudowały dwie ojczyzny. Miłość do siebie i
lekceważąca Boga zbudowała ziemską. A miłość do Boga i lekceważąca
siebie zbudowała niebiańską.”
[28] Te słowa wywarły silny
wpływ na historię Zachodu, ale niestety była ona często fałszywie
interpretowana. Na przykład niektórzy w ostatnich czasach
twierdzili: Związek Radziecki jest ojczyzną diabła, a Ameryka
ojczyzną Boga. Albo świat teraz jest podzielony na dwa bloki: blok
wyzyskujący i blok wyzyskiwanych. Podobna myśl dualistyczna, która
chciałaby odnieść się do augustyńskiej doktryny ojczyzny Boga,
byłaby błędem. Ponieważ sam Augustyn wierzył w ogrom miłosierdzia
Ojca pragnącego nawrócenia wszystkich grzeszników, oraz w stałe
oddziaływanie Ducha Świętego na serce każdego człowieka. Niektórzy
na Ziemi sądzą, że są członkami ojczyzny Boga, a tymczasem są poza
Nim, a ci, co myślą, że są w ojczyźnie diabła, są być może
obywatelami Królestwa Boga. [29]
„Prawdziwe poświęcenie, to każdy dobry czyn wypełniony, aby
wejść w święty związek z Bogiem jako Dobrem Najwyższym, zdolnym nas
napełnić szczęściem.”
[30] Długo sądziłem, że
poświęcanie zawiera aspekt bolesny, aż do dnia, gdy odkryłem
wspaniałą augustyńską definicję poświęcenia. Przyznaję, że to mnie
wyzwoliło. Odkrywałem tak samo, że każdy dobry czyn, nawet jeśli
jest przyjemny, może stać się prawdziwym poświęceniem, pod
warunkiem, że mamy na uwadze połączenie z Bogiem. Oczywiście, nie
zapominam, że największe Poświęcenie Chrystusa było bolesną Męką.
Ale to nie intensywność bólu nadaje wartości poświęceniu.
Przeciwnie, Jezus prosił o oddalenie tego kielicha cierpień (Mt 26,
39). To pokazuje dobrze, że cierpienie jest złem, od którego trzeba
nas wyzwolić. Jednak jeśli kochamy wiernie Boga, z całych sił,
będziemy gotowi przyjąć nieuniknione cierpienie z Chrystusem. W tej
walce, aby wyzwolić ludzkość od wszelkiego zła, ludzie powinni
stawić czoło trudnościom i wszelkim próbom. Czy to nie jest także
jeden ze znaków miłości braterskiej – przyjęcie tych cierpień i
doświadczeń z wierności do Boga, który staje w obronie słabych i
w solidarności ze wszystkimi, którzy cierpią? „Miłość we
wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 7).
To, co zbawia świat, to nie jest jako takie cierpienie, lecz
Nieskończona Miłość, którą On okazuje poprzez cierpienie. „Na
mocy tej woli uświęcenia jesteśmy prze ofiarę ciała Jezusa
Chrystusa raz na zawsze” (Hbr 10, 10). Chrystus więc
przekształcił to niesprawiedliwe ukrzyżowanie, i pozornie
nieuniknione, w wolną ofiarę samego siebie. Modląc się za swoich
prześladowców, wybaczając swoim katom, Jezus został zwycięzcą
nienawiści i zapewnił każdemu człowiekowi możliwość uczestnictwa w
Jego zwycięstwie. Wydaje mi się, że historia całej ludzkości jest
szukaniem po omacku sposobu prawdziwego poświęcenia i zdążaniem do
ostatecznego zakończenia. Odtąd wielka była moja radość odkrycia,
że Chrystus ofiarował samego siebie, aby raz na zawsze zapewnić
każdemu człowiekowi możliwość ofiary „prawdziwego poświęcenia”
łączności z Nim. Dlatego słowa, które napisałem na odwrotnej
stronie obrazka upamiętniającego wyświęcenie, i które nadały
kierunek mojemu życiu kapłańskiemu, były słowami Jana (17, 19):
„A za nich ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli
uświęceni w prawdzie”.
[31] Jak Chrystus ofiarował
Siebie Ojcu dla uświęcenia całej ludzkości, tak uczeń jest wzywany
do poświęcenia siebie samego dla zbawienia wszystkich tych, którzy
mu są powierzeni. Nie wiedziałem za bardzo wtedy, jak miała wyrażać
się konkretnie ta ofiara ze mnie samego.
Według rzymskiej sentencji: „W zdrowym ciele zdrowy duch”,
każdego dnia uprawialiśmy sport. Zresztą, po powrocie z wojska,
byłem odpowiedzialny za codzienną gimnastykę kolegów. W dodatku
wyznaczałem każdemu pracę do wykonania jako odpowiedzialny za
podział obowiązków domowych. Co do mnie, brałem na siebie
czyszczenie WC i czuwanie przy kaloryferach zimą. Lubiłem także
prace ogrodowe i ścinanie drzew w naszym wielkim parku.
W tym czasie czułem we mnie rosnącą chęć działania na rzecz pokoju,
jedności Kościołów i akcji misyjnej. Gdy o tym myślę teraz, wydaje
mi się, że to było związane z moją postawą wobec Maryi Dziewicy.
Rzeczywiście, każdego wieczoru spotykaliśmy się, aby medytować
tajemnice różańca. Wydaje mi się, że Maryja powtarzała nam bez
przerwy: „czyńcie wszystko, co wam rozkaże” (J 2/5),
przypominając nam słowa swego Syna: „kochajcie się wzajemnie”,
„szczęśliwi, którzy niosą Pokój”, „Ojcze, niech będą jednością”,
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię każdemu stworzeniu!”.
Odczuwałam także inne skłonności, którym trudno było razem
współistnieć. Jak również odkrywałem, że każde pragnienie
pochodzące od Boga nie było wolą Boga i że każde pragnienie może
być jako takie zrealizowane. Pragnąc zostać księdzem diecezjalnym,
czułem także potrzebę życie kontemplacyjnego na wzór karmelitów,
sióstr mniejszych z Betlejem czy braci ojca Charlesa de Foucauld. W
dodatku pragnąłem zostać misjonarzem w Azji. Pan byłby bardzo
okrutny, gdyby rodząc święte pragnienie w sercu człowieka nie dawał
mu możliwości ich spełnienia w taki czy inny sposób. Każde z tych
pragnień miało głęboki sens w moim życiu, nawet jeśli nie było
realizowane w sposób oczekiwany. Uświadomiłem sobie także, że
wstąpienie do Prado pozwoliło mi w pewien sposób realizować
wszystkie te marzenia. Nie mogąc się zdecydować na zastosowanie
formuły szablonowej, aby poprosić o święcenie kapłańskie, 6 maja
1955 roku wysłałem biskupowi, Jego Ekscelencji Lamy, następujący
list, aby wyrazić w jakim stanie ducha pragnąłem zostać księdzem:
Ojcze,
W absolutnej wolności i zupełnie spontanicznie, ja Edward
BRZOSTOWSKI, diakon Seminarium Duchownego w Sens, bardzo pokornie
proszę o „lekki ciężar” kapłaństwa.
Zdecydowałem się pójść tą drogą po długim zastanawianiu się,
szukaniu porady i modlitwie do Ducha Świętego… „Żniwo jest
ogromne, tylko robotników mało… Dzieci proszą mnie o chleb, ale
nikt z nimi nie chce się łamać…” Czy krew Chrystusa będzie
płynąć daremnie dla niezliczonej rzeszy pogan, którzy jeszcze nie
znają niewyczerpanego bogactw Zbawienie Pana Jezusa?
Posłuchałem wezwania Mistrza: „Jeśli chcesz być moim uczniem,
wyrzeknij się samego siebie, sprzedaj wszystko co masz, rozdaj to
biednym i chodź za mną!… Idź!! Zrób uczniami wszystkie narody
świata, chrzcij je, ucz je zachowywać moje nakazy!”
Chcę być pasterzem dla całego świata i dla wszystkich, do których
będę posłany tak, aby mogli oni poznać jedynego prawdziwego Boga
oraz Jego posłanego Syna, Jezusa Chrystusa, w ten sposób osiągając
życie wieczne w obfitości. Ponieważ chwała Boga polega na zbawieniu
ludzkości, pragnę spędzić resztę mojego życia głosząc braciom moim
Dobrą Nowinę zbawienia w Jezusie Chrystusie. Jak św. Paweł,
„wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania
Chrystusa Jezusa Pana mojego”. Lecz aby jak najskuteczniej
pracować w tym celu, chcę naśladować Chrystusa coraz dokładniej.
Uczeń nie jest większy od Mistrza. Cena zwycięstwa nad szatanem,
księciem tego świata są niezliczone cierpienia: pragnę je przyjąć z
największą radością ufając w moc Ducha Świętego, któremu chcę być
wiernym według przykładu Maryi i Wszystkich Świętych. Pragnę też
codziennie ofiarować samego siebie w zjednoczeniu z Chrystusem, aby
moi bracia też mogli stać się ofiarą świętą.
Całym sercem pragnę przyjąć od naszej Świętej Matki Kościoła
następujące hasło jako „życiowe motto”: „Bądź świadomym
znaczenia tego, co dokonujesz. Wprowadź w czyn celebrowane
misteria”. [32]
Aby przekazać moim braciom owoc kontemplacji tych „tajemnic”, chcę
poświęcić się całkowicie studiowaniu Jezusa Ukrzyżowanego. Przez
wyrzekanie się samego siebie, synowskie posłuszeństwo wobec
Kościoła, pokorę i ubóstwo, chcę wprowadzić w czyn Tajemnicę
Śmierci i Zmartwychwstania Pańskiego celebrowaną w codziennej mszy
świętej. To będzie jedyną troską mojego życia. W ten sposób
wybieram wąską ścieżkę, prowadzącą do Życia: Panie, czuwaj nade
mną, abym nigdy nie opuścił tej ścieżki! Lepiej umrzeć, niż ciężko
zgrzeszyć!
Wiem, że sam nie mogę nic dobrego uczynić. Świadom własnej
słabości, pokładam całe zaufanie w Miłosierdziu Pana, w mocy Ducha
Świętego, Miłości, w Matczynym Orędownictwie Maryi, w braterskiej
miłości Wszystkich Świętych w Niebie i na Ziemi.
Ojcze, proszę powiedzieć mi, czy jestem godzien otrzymać to trudne
posłannictwo, które staje się „lekkim ciężarem” przy pomocy Ducha
Świętego. Czy wołasz mnie do Kapłaństwa Jezusa Chrystusa czy nie,
ja zawsze będę odpowiadał: „Amen! Alleluja!”.
Czytając ponownie tę prośbę o święcenia kapłańskie 50 lat później,
odczuwam ten naiwny entuzjazm, który mnie poruszał i wyrażał się
poprzez te niezręczne zdania. Czuję się także bardzo zawstydzony,
że nie zdołałem zrealizować „planów”, które założyłem sobie
wcześniej. Lecz dziękuję Bogu, że w swoim wielkim Miłosierdziu,
chciał prowadzić słabą i grzeszną istotę, jaką jestem. Ponieważ On
mnie dotąd prowadził, jestem pewien, że nadal mnie poprowadzi,
ponieważ jest wierny, nawet jeśli ja nie jestem mu zbyt wierny (Flp
1,6).
Edward BRZOSTOWSKI
[1] Jan od Krzyża (1542-1591) miał 25 lat,
gdy spotkał Teresę d’Avila po raz pierwszy. Miała wtedy 52 lata. Od
pierwszego spotkania zrozumieli się dobrze i połączyli energie, aby
zreformować Karmal. Oboje, „doktorzy kościoła”, cudownie wzbogacili
tradycję mistyczną ich nauczania i doświadczania. Ciekawostką jest,
że mnisi ZEN, poważnie zaangażowani w swoje poszukiwania, czują się
w harmonii z doktryna tych dwóch mistyków hiszpańskich.
[2]Montée du Carmel, św. Jan od Krzyża,
wyd. Desclée 1945, t. I, s. 246.
[3] „Dzieła duchowe błogosławionego Jana od
Krzyża”, wyd. Desclée, t. II, s. 1314.
[4] Id. s. 1308.
[5] Id. s. 1310.
[6]Id. s. 1311.
[7] Id. s. 1365.
[8] Id. s. 1370.
[9]Życie św. Teresy napisane przez nią
samą, rozdz. 8.
[10] Rękopisy autobiograficzne św. Teresy
od Dzieciątka Jezus, wyd. Seuil 1957, s. 240-241.
[11]„Wśród mas”, Voillaume, wyd.
Cerf 1950, s. 114.
[12] Id. s. 117.
[13] Id. s. 121.
[14] Id. s. 123.
[15] Id. s. 236-237.
[16] Id. s. 243.
[17] Id. s. 234.
[18] „Traktat o prawdziwym oddaniu się
Świętej Dziewicy”, św. Louis – Marie Grignon de Mantfort, nr 164.
Te siostry sprawiły, że poznałem ojca
Kolbe, „szaleńca na punkcie Matki Boskiej”, jego biografię czytałem
po polsku i zapoznałem z nią obszernie moich znajomych i
przyjaciół.
[19] „Opowiadania o rosyjskim
pielgrzymie”, wyd. Seuil 1955, reedycja wznowiona.
[20] Ta praktyka „Roku Świętego”, która ma
miejsce w zasadzie co 25 lat, ma źródło w jubileuszowym roku
wetero-testamentowego (Lew 25, 8-19). Jest ona apelem o nawrócenie
(metanoia), o pojednanie, o głęboką odmowę całego kościoła • cf.
List Jana Pawła II z okazji Roku Świętego z 1983 roku, „Otwórzcie
drzwi Odkupicielowi”.
„Ama et fac quod vis.”
[21]. „Da mihi amantem et sentit quid dico”. Tract. in Jo.
5, 44 - 26, 4. „A Diognète”, Cert 1951, „Źródła
Chrześcijańskie”, nr 33, s. 63.
[22] „Para Theou peri Theou mathein”,
„Błaganie za chrześcijan”, Athénagore. P. G. 6, 904. VII.
[23] „Wyznania”, św. Augustyn, rozdz. I.
[24] „Da mihi quod jubes et jube quod
vis”, Wyznania, 10, 29
[25] „Ubi amatur non laboratur, aut si
laboratur, labor amatur” (De Bono Viduitatis, 26).
[26] „Ama et fac quod vis.”
[27] „Da mihi amantem et sentit quid
dico”. Tract. in Jo. 5, 44-26, 4.
[28] „Miasto Boga”, św. Augustyn, 14, 28.
[29] „Quam multi non nostri adhuc quasi
intus et quam multi nosti adhuc quasi foris”, „Miasto Boga” 1, 35
– Enarr, in Ps 106, 14.
[30] „Verum sacrificium est omne opus
bonum quod agitur, ut sancta societate inhaereamus Deo, relatum
scilicet ad illum finem bonum quo veraciter beati esse possimus”,
„Miasto Boga”, 10, 6, P. L. 41. Cd. 283.
[31] Czasownik grecki agiazo znaczy
zarazem błogosławić, uświęcać, ofiarować. Ten sam czasownik grecki,
powtórzony dwa razy w wersecie, uważałem za słuszne przetłumaczenie
go w sensie augustyńskiej ofiary i powtórzenie również dwa razy w
moim tłumaczeniu.
[32] „Agnoscite quod agitis et imitamini
quod tractatis”. W odpowiedzi na słowa św. Tomasza: „Contemplare et
aliis contemplata tradere”, tzn. „Kontemplować i dzielić się z
innymi kontemplowanymi tajemnicami”.
Ks. Edward Brzostowski. Urodził się w 1932 roku
we Francji. W 1962 roku obronił doktorat na rzymskim Gregorianum. W
roku 1970 uzyskał tytuł Bachelor of Arts at japanese Literature na
Uniwersytecie Keio w Japonii. Jest misjonarzem i tłumaczem. W 1982
roku ukazała się w języku francuskim książka, która dwa lata
wcześniej została napisana po japońsku. Nosi ona tytuł: „Prier: un
nouveau défi japonais”. Jej autor, ksiądz Edward Brzostowski, jest
członkiem Zgromadzenia Prado, pracuje od 40 lat w kraju kwitnącej
wiśni.
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Sens, 2004)
Fot. Michael Wittbrot
|