Na granicy jawy i snu

Poezja żywi się paradoksem. Jej żywioł przesuwa granice jawy i snu, przeformułowuje tkwiące między nimi przeciwieństwa, odwraca kierunki zasadniczych wektorów, podważa powszechne mniemania, potwierdza sądy nielicznych... Tak jest i tym razem: wiersze Eleonory Biberstajn zostały bowiem zbudowane z wyraźnie poetyckiego tworzywa. Aby nie zagubić się w ich świecie, należy porzucić stare punkty orientacyjne, a jednocześnie przyjąć – nowe, wszak tylko trzymając się śladów pozostawionych przez poetkę, można dotrzeć do celu, a jest nim prawda nie tylko o jej, ale i naszym życiu – o tyle, rzecz jasna, o ile i jej, i nasze życie odsłania swą prawdę w zetknięciu się z prawdą drugiego człowieka.
Słowo poetyckie – zdaje się mówić Eleonora Biberstajn – rodzi się podczas spotkania i, w gruncie rzeczy, zawsze jest słowem „ja” skierowanym do „ty”... Nie dziwi zatem apostroficzna struktura jej wierszy – i choć ich adresat ma zapewne konkretne oblicze, nam chyba wolno zastąpić je twarzami wypełniającymi naszą własną jawę i nasze własne sny. Ułatwia to dość oczywista konwencjonalność zaprojektowanej przez nią scenografii, będącej odpowiednim tłem dla tego, co dzieje się między ludźmi zawsze i wszędzie (więc również między nami hic et nunc), a co z definicji niejako – w odróżnieniu od tła – jest niepowtarzalne. Właśnie niepowtarzalność międzyludzkiego spotkania została uczyniona tutaj przedmiotem kontemplacyjnej aktywności. Dominacja tej cechy czyni z niego jedyny być może niekwestionowalny cud w naszych odartych z cudowności czasach. Dodajmy od razu, że jest to cud o bardzo kruchym fundamencie: spotkanie – wiemy to także z własnego doświadczenia – zagrożone bywa przecież nieustannie rozstaniem – stąd też zdarza się, że wiersz zamienia się w śpiewną inkantację, powtarzaną z myślą o zatrzymaniu tego, co jest.
Spotkanie między ludźmi ma coś z przebudzenia – bez trudu zatem rozpoznajemy, że ono właśnie określa zasadniczy dynamizm wierszy ze zbiorku, który trzymamy w ręku. Powstają one na granicy między snem a jawą – charakterystyczne jednak, że przebudzenie jest w nich aktem wychylonym w obie strony, to znaczy może się ono okazać przejściem zarówno ze świata snu w świat jawy, jak i – zgodnie z poetycką logiką – ze świata jawy w świat snu, a nawet chyba „włożenie głowy w obłok” prowadzi do świata o nieporównanie intensywniej przeżywanej realności. Przebudzenie może – paradoksalnie – okazać się poetyckim zaśnięciem i – jeśli tak się stanie – to właśnie sen zapewni widzeniu właściwą ostrość, oddali rzeczy błahe, przybliży – ważkie. Ten stan rzeczy ma swoje konsekwencje: przebudzenie w śnie wierszu pozwoli zobaczyć wszystko na nowo, umożliwi w końcu także powtórne spotkanie... Wielce więc prawdopodobne, że jeśli ulegniemy zaklęciu i jeśli poddamy się odwróconemu rytmowi snu i jawy, to stanie się ono również naszym udziałem.

Andrzej DOBROWOLSKI

Andrzej Dobrowolski. Urodzony w 1961 roku. W latach 90. pisywał recenzje literackie, przede wszystkim dla tarnowskiego „Religioni et Litteris” i wrocławskiej „Odry”. Obecnie zajmuje się głównie pracą edytorską. Stale współpracuje z "Zeszytami Historycznymi". Mieszka w Tarnowie. Prezentowany tekst stanowi wstęp do tomiku Eleonory Biberstajn "Przebudzenie" (wydawnictwo "Bestiarium", Tarnów 2004, s. 5-6).

44-4-1.jpg (58025 Byte)


Na ilustracji:

Okładka
tomiku
poetyckiego
Eleonory
Biberstajn
(2004)


Proj. Sylwia Erbert-Hoja

© Recogito, Rafaliga