Złoto Tracji

Skarby zapomnianej, antycznej cywilizacji przez stulecia zaborczo strzegła ziemia. To prawdopodobnie najstarsze przedmioty ze złota, jakie znamy, bo liczące 4500 lat. Nie są jedynie legendą, ożyły, zbudziły się z długiego snu i znowu błyszczą i kuszą. Kilkadziesiąt eksponatów ze złota, ze skarbu Traków, zaprezentowało paryskie Musée Jacquemart-André. Drogocenne przedmioty pochodzące z Bułgarii stały się swego czasu jedną z największych archeologicznych sensacji i należą do najcenniejszych zbiorów, jakie udało się zgromadzić w drugiej połowie XX wieku. Chociaż przez tak długi okres nikt ich nie dotykał i nie wlewał do nich napoju bogów, choć nie przydawały one piękności trackim kobietom ani nie zdobiły łbów końskich, choć nikt na nich nie podawał smakowitego jadła, a jedynie piasek czy ziemia miały je w swoim posiadaniu, nie straciły ani blasku, ani swego piękna. Ustawione w szklanych gablotach i w oryginalnej scenerii, wciąż pozostają tajemnicą.
Tracja nie była niestety Arkadią. Dzisiaj chętnie mówi się o bogactwie i potędze tego ludu, ale również o jego politycznych i gospodarczych słabościach. Trakowie posiadali niezwykle zdolności w wytapianiu metali, zajmowali się zdobnictwem, kultywowali rolnictwo i uprawę winorośli, słynęli z hodowli koni. Homer w „Iliadzie” pisał o ziemi bogatej w stada owiec. Na dwa tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa Trakowie zamieszkiwali tereny dzisiejszej Bułgarii, a granice ich imperium sięgały Ukrainy, Grecji, Rumunii i Turcji. Ulegli silnym wpływom kultury greckiej, szczególnie w okresie klasycznym. Aleksander Wielki, aby uchronić ten lud indoeuropejski przed najazdami, próbował go wcielić do Macedonii. Tracja nie była silnym i zwartym państwem. Podzielona na wiele plemion, władająca kilkoma dialektami, rządzona przez kilkunastu królów, w IV wieku p.n.e. uległa Macedonii, zaś po raz pierwszy w II wieku i po raz drugi w wieku I p.n.e. złożyła broń przed Rzymianami. Nie zatraciła jednak swojej tożsamości ani swojego rzemiosła.
Pierwsze odkrycia archeologiczne dotyczące Traków datuje się na 1954 rok, kolejne na lata 1974 i 1985. Przypadkowe prace ziemne doprowadziły do odkrycia złotych amfor, ryton, kielichów w formie rogu, dzbanów, pater oraz wyrafinowanej biżuterii ze srebra i złota. Bułgarskie miejscowości Panagjurishte, Borovo, a szczególnie Rogozen stały się nową, przez tysiąclecia nietkniętą, antyczną doliną królów. Złote lata Tracji, przypadające na VI-III wiek p.n.e., czyli na czasy rządów dynastii królewskiej, przypomniały eksponaty przywiezione z Bułgarii do Francji i udostępnione paryskiej publiczności.

 




Na ilustracji:

Plakat
paryskiej
wystawy
(2006)


Rembrandtowskie miniatury

Paryskie muzea nie zapomniały o mistrzu z Lejdy. Luwr, Petit Palais, Biblioteka Narodowa i Instytut Holenderski przygotowały na 400. rocznicę urodzin ekspozycje przypominające Rembrandta nie jako malarza, lecz jako rysownika i grafika. Nie było więc ogromnych płócien i najbardziej popularnych tematów. Sale wystawowe wypełniły miniaturowej wielkości ryciny, rysunki i akwaforty. Artysta cenił je na równi z płótnami, poświęcając temu gatunkowi sztuki wiele czasu,  doprowadzając do perfekcji rysowanie pejzaży, portretów, scen historycznych i aktów. W Luwrze zaprezentowano ponad sześćdziesiąt rysunków, będących doskonałą ilustracją, jaką ewolucję przeszedł holenderski twórca. Prześledzić można było dokonania prawie całego jego życia, poczynając od wczesnego okresu pracy, czyli od roku 1620, a skończywszy na ostatnich, związanych z Amsterdamem latach życia.
Szkic dla malarza z Lejdy nie był wyłącznie etiudą wprowadzającą i przygotowującą do nowo rodzącego się dzieła, był sam w sobie dziełem. To dzięki rysunkowi Rembrandt ćwiczył i jednocześnie odkrywał swój talent, szukając i nadając przedstawianym postaciom takie pozy, jakie najlepiej obrazowały skrywane emocje. Nikt nie wie, ile rysunków wykonał holenderski mistrz. Znajdują się one w prywatnych i państwowych zbiorach, takich jak Kolekcja Frits Lugt czy Kolekcja Edmunda de Rothschilda w muzeum Luwru. Pejzaże, portrety, sceny historyczne czy akty „przeniesione” na papier dały początek technice akwaforty. Malarz wykonał około trzystu tego rodzaju prac. W 180 akwafortach zaprezentowanych w paryskim Petit Palais zaznaczyła się wyraźnie rozbudzona ciekawość mistrza do określonego tematu, ale jednocześnie niebywałe opanowanie trudnej i pracochłonej techniki.  Rembrandtowskie akwaforty odsłaniają prawdziwą naturę modela. Przykładem może być studium do postaci Jeremiasza, jak również liczne autoportrety.
Kolejne prace, zaprezentowane w liczbie 150 przez Francuską Bibliotekę Narodową, są dowodem wyjątkowej sprawności w sztuce operowania igłą. Światło i cień służy do wyrażenia liryczności i ekspresyjności w przyrodzie i w duszy ludzkiej.  Mroczność i jasność igrają ze sobą, przenikają się wzajemnie, dodając dziełu tajemniczości, podkreślając tragizm chwili. Wystarczy przyjrzeć się uważnie „Ucieczce do Egiptu” czy „Zamężnej Żydówce’’, do której pozowała ukochana Saskia, żona artysty, żeby się o tym przekonać. Ciągłe modyfikowanie i doskonalenie techniki akwaforty w operowaniu światłem i cieniem wprowadzają patrzącego w krąg mistycznych wtajemniczeń, dramatu czy też boskości. Z kolei ekspozycja przygotowana przez Instytut Holenderski pozwoliła poznać ludzi, pośród których przyszło malarzowi tworzyć. Oprócz jego miłości i przyjaciół, poznajemy kolegów z bractwa: Doomera (1624-1700) i Willema Schellinksa (1627-1678), którzy wiele lat spędzili na obczyźnie, również we Francji.
Rembrandt Harmensz van Rijn był tytanem pracy. Otwarty na różne metody i style, interesował się tym, z czego mógł czerpać korzyści dla swojej sztuki. Pozostawił po sobie gigantyczne dzieło. Urodzony w 1606 roku w Lejdzie, w latach 1621-1624 pobierał pierwsze lekcje rysunku u Jacoba Isaasza van Swanenburhga. Pieter Lastman z Amsterdamu był jego drugim nauczycielem. Po sześciu miesiącach pobytu w jego pracowni powraca  do rodzinnego miasta. Tu swoje losy zwiąże na pewien czas z Janem Lievensem. Do 1631 roku pozostanie w Lejdzie, pracując wytrwale, studiując przede wszystkim trudną sztukę światłocienia. Zgłębianie sekretów warsztatu malarskiego – takich mistrzów jak Rafael, Tycjan czy Rubens – przypadnie na drugi okres w jego życiu, czas małżeństwa z Saskią van Uylenburgh (1632-1642). To pierwszy okres amsterdamski, pełen spokoju, dobrobytu, czas wielu zrealizowanych zamówień. Rembrandt zostaje wreszcie ojcem, rodzi mu się syn Tytus, czwarte z kolei i pierwsze z wielu dziecko, jakie przedwcześnie nie zmarło. Szczęście go nie zawodzi. Bogaci się, żyje dostatnio i dużo pracuje. Ale po śmierci Saskii wiele zmienia się w jego życiu. Hendrickje Stoffels, jego gospodyni zostaje drugą żoną, rodząc mu córkę Kornelię. W 1656 roku zaczyna się trudny okres upokorzenia, rozczarowania i bankructwa. Umiera Hendrickje, a później syn Tytus. Stracił najbliższych i to co było mu drogie, ale pozostała jeszcze nadzieja. Mógł tworzyć. „Twórcza siła Rembrandta wzrasta aż do końca, poza naturalne granice starości. Siła ta, co się rzadko zdarza, wzmaga nie tylko jego mądrość i spokój, ale władzę nad wszystkim, co znajduje się w zasięgu jego ręki’’ – jak pisał jeden z jego współczesnych. Malarz z Lejdy zmarł w 1669 roku w Amsterdamie. Pozostał wielkim i osamotnionym geniuszem XVII wieku.

Anna SOBOLEWSKA

Anna Sobolewska. Urodziła się w Białymstoku. Jest absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. W czasie stanu wojennego wyjechała z Polski. Obecnie mieszka w Paryżu.

44-4-2b.jpg (90033 Byte)


Na ilustracji:

Autoportret
Rembrandta
(1606-1669)
z kolekcji
braci
Dutuit



© Petit Palais
Photothèque des Musées 
de la Ville de Paris


© Recogito, Rafaliga