|
... (31)
Posłuchaj, M...
Gdańsk, 8
sierpnia 1998 roku
Pod stopami czułem asfalt ulicy połyskujący spadłym niedawno
deszczem, ale podświadomie dotykałem dawnego bruku, który kiedyś
zalano gorącą smołą zmieszaną z żwirem. Od paru dni dość mocno
męczyło mnie poruszanie się w tej nierzeczywistej rzeczywistości
mojej wioski, nigdy przedtem nie odczułem tego w sposób tak
intensywny. I to nie tylko ten asfalt i przypomnienie „kocich
łbów”, po których biegałem kiedyś, kiedyś... Bo w większości ta
cała ulica była już inną ulicą, była jakby drugą ulicą albo ulicą w
drugim życiu. Pamięć podsuwała obrazy dawnych domów i ich
gospodarzy, ale nie było już tamtych ludzi i tamtych domów. W
innych domach mieszkali już inni, choć z okien widzieli sady swoich
poprzedników, wzgórza, za które codziennie zachodziło stare słońce
i ten sam wysoko zawieszony księżyc.
Po tamtej mojej wsi już niewiele pozostało, ale ja nie miałem
wrażenia, że przyjechałem gdzie indziej, że czuję się tutaj obcy i
zagubiony. Nie, poczucie „bycia u siebie” było pewne, namacalne,
nieodwołalne. Ale pamięć powracała w dawny czas i on zastygał na
moment w zmęczonych oczach. Brukowaną ulicą, którą teraz
przejechało kilku rowerzystów – wolnych i beztroskich jak ja kiedyś
– szedł kołysząc się pan M., często brany za pijanego, a on po
prostu miał jakieś kłopoty z błędnikiem. Oto oparty o
w pół otwartą furtkę stał
pan M-ez, specjalista od ratowania w nagłych i doprowadzających
wprost do postradania zmysłów bólach zębów, a ulgę przynosił
wprawnie posługując się zwykłymi obcęgami służącymi na co dzień do
wyrywania gwoździ. W pewnej chwili zamajaczyła wysoka, sucha
sylwetka kościelnego D. i widzę w jego rękach coś na kształt wędki,
którą najpierw zapalał, a po nabożeństwie gasił wysoko ustawione
świece przy ołtarzu. Z kosą przewieszoną przez ramię przeszedł pan
T., który na „dzień dobry” odpowiedział z ukraińskim zaśpiewem. Idą
tak i idą w krótkich przebłyskach przypomnień i już mam pewność, że
na moim dawnym dzieciństwie wyrosła inna miejscowość, choć o tej
samej nazwie i śród tych samych wysokich lip. Jakby czas (czy tylko
czas?) przeszedł z niszczącą siłą, zburzył to, co było moją
codziennością, a na tym miejscu powstała druga wieś, tak inna, tak
niepodobna do tego, do czego byłem przyzwyczajony i co uwiozłem ze
sobą wyjeżdżając stamtąd już ponad ćwierć wieku temu.
Więc gdzie ja wracam, dokąd przyjeżdżam, na co patrzę idąc od
autobusowego przystanku do swojego domu? To pytanie pisze mi się
teraz samo na poliniowanej kartce w mojej gdańskiej „stróżówce”,
ale każda odpowiedź wydaje mi się zbędna, bo nie szukam odpowiedzi.
Dopóki tam jeżdżę i tam jestem, wszystko – to dawne i to teraz –
jest moje, ze mną, do końca... Każdy ma jedyne i niepowtarzalne i
trudne do oddania swoje powroty i swoje „bycia” w utraconym czasie.
Kiedy wszedłem na podwórko, pierwszą rzeczą, która rzuciła się w
oczy, był kopczyk pobielałego gruzu leżący wśród kwiatów i zielonej
trawy. To był sufit z mojego dawnego pokoju – pokoju pierwszych
wierszy, rozpaczy, marzeń, niespełnień. Wtedy jeszcze nic nie
mogłem wiedzieć o tym drugim, który kiedyś stanie nad tym
kopczykiem uczynionym z cementu, wapna, piasku i trzciny, w który
zamienił się jego dawny sufit – jego niebo. Teraz to niebo leżało u
moich stóp, mokre od deszczu, sponiewierane, zbeszczeszczone, a
jednak moje. Moje dawne niebo bez gwiazd... Lecz dalej o tym pisać
to jest bardzo smutno, więc pospiesznie urywam, może kiedyś –
Aleksander JUREWICZ
P.S. Trzy ósemki w dacie – czy to coś znaczy?
Posłuchaj, A...
Czyżby trzy ósemki,
które ujrzałeś w swoim kalendarzu, pojawiły się przypadkiem? Być
może, jak sugerujesz, warto pytać o ukryte symbole albo wpływ
określonych dat i konstelacji. Czyż jednak nazbyt często nie
doszukujemy się dodatkowych znaczeń albo niezwykłości tam, gdzie
raczej należałoby pamiętać o upływającym czasie, o własnych i
cudzych możliwościach, o ukrytych potrzebach i niespełnionych
nadziejach? Owszem, na nasze i nienasze postanowienia wpływają
różne, nie zawsze uświadamiane sobie jasno czynniki, lecz decyzja –
co?, kiedy?, jak? – zależy przecież także od nas.
Powtórzyć bym musiał, iż należę do tych, którzy – jak czasem słyszę
– niewiele rzeczy lubią pozostawiać własnemu losowi i raczej nie
zdają się na przypadek, a tym bardziej spontaniczny wybór. Ale i ja
chętnie wracam do nierzeczywistej rzeczywistości i przestrzeni, w
jakiej upłynęło moje wczesne dzieciństwo. Mimo że niewiele z tego
okresu pamiętam, bliskie są mi krajobrazy, jak i osoby, które wtedy
kształtowały moją wyobraźnię. Trochę inaczej sprawa przedstawia się
z tym, co wydarzyło się mniej więcej po ukończeniu piątego roku
życia i przeprowadzce z Pomorza na Wybrzeże. Wolę jednak nie
powracać do tego, co zapewne do śmierci – jak otwarta rana – się
nie zagoi, nierzadko będzie kłopotliwym balastem, niekiedy zaś
krępującym, a nawet wstydliwym obciążeniem.
I ja znalazłem się – najpierw w domu zbudowanym przez innych,
opuszczonym najprawdopodobniej w wielkim popłochu, a po opuszczeniu
rodzinnych okolic, pośród murów, które nie dlatego, że długo były
wznoszone, nie tyle chroniły, co ukrywały, oddzielały: niewidzialne
od widzialnego, nieoczekiwane – od wyczekiwanego, nazbyt realne –
od niewyobrażalnego. Niewidzialne, nieosiągalne były najprostsze
odruchy, oznaki, dowody, że można coś czuć albo czegoś pragnąć.
Nieoczekiwanie przychodziło najczęściej to, co wcześniej nie
pojawiało się nawet w złym śnie; realne okazywało się to, czego
zazwyczaj nie dopuszcza się do świadomości; niewyobrażalne – co na
ogół uważa się za zwykłe, zupełnie naturalne.
I ja nie szukam odpowiedzi na wiele dręczących pytań, nie dlatego,
że niczego z przeszłości nie da się zmienić, a tym bardziej
upiększyć, lecz z tej prostej przyczyny, iż ze straconym czasem
jest trochę tak, jak by go wcale nie było, jakby nie zaistniał.
Albowiem nie urzeczywistniło się kiedyś to, co dla innych poniekąd
oczywiste, a nawet trywialne, a zatem niewarte rozmyślań.
Niemożliwy jest powrót do chwili, która właśnie minęła, a tym
bardziej do dawnego siebie, siebie sprzed lata czy jesieni, sprzed
tego dnia, kiedy już było wiadomo, że nie będzie ani lepiej, ani
inaczej. Zatem i każda ocena jest spojrzeniem z bliższej lub
dalszej perspektywy – jest spojrzeniem po fakcie, a nie z głębi, z
wnętrza, z samego epicentrum.
Wiem, brzmi to skomplikowanie, lecz jak dotknąć istoty rzeczy nie
chcąc wnikać w szczegóły – nie chcąc poruszać lawiny: domysłów,
przypuszczeń, na nic nikomu niepotrzebnych żalów czy wyrzutów?
Stało się, co nie musiało się stać i choć minęło, mówienie o
podwórku, pokoju czy sklepieniu wypełnionym marzeniami, nadziejami
na bycie u siebie, zamieszkanie w normalnym domu, jest jak walka z
wiatrakami, jest jak mnożenie zaklęć, jak magiczny zabieg albo jak
narkoza, która działa krótko i w bardzo ograniczonym zakresie.
Machina, jaka kiedyś została wprawiona w ruch, z pewnością nie po
raz ostatni okazuje się użyteczna. Zawsze, co niby naturalne,
znajduje się ktoś, komu nie starcza charakteru, sam bowiem nie
potrafi uczynić nic oryginalnego, potrzebuje więc broni, narzędzia
czy zwykłego przedmiotu, którym będzie mógł uderzyć, dzięki któremu
będzie mógł udowodnić, że naprawdę coś znaczy. Niekiedy broń,
różnego typu narzędzia i przedmioty zastępują żywe osoby. I one –
wykorzystywane niekiedy nieświadomie, działające w dobrej wierze,
manipulowane i podburzane – dopełniają dzieła. Oręż użyty przeciwko
nam staje się wtedy najbardziej dokuczliwy, pojawia się bowiem tam,
gdzie właściwie nie powinien się pojawić.
Nie wiem, jak miałbym określić sytuację, w jakiej się znalazłem dwa
i pół roku temu, dla mnie jest ona powtórzeniem – już nie cyfr,
liczb czy dat, lecz owego mechanizmu, jaki zastępuje normalne
relacje, ludzkie kontakty, zwykłą komunikację. Kiedy absurd goni
absurd, nieprawdopodone staje się realne, rzeczywistość powoli
przemienia się w prawdziwą farsę czy surrealistyczny spektakl – co
myśleć, jak patrzeć, w jaki sposób oswoić się z tym, co i tak
pozostanie – przynajmniej dla mnie – anomalią, aberracją i
przekleństwem?
Niebo, na szczęście, nie jest puste. Niekiedy wprawdzie trudno
cokolwiek dojrzeć, lecz konstelacje, gwiazdozbiory istnieją, krążą
nad naszymi głowami – tak we dnie, jak i w nocy! Jeśli już nie mamy
i mieć nie będziemy prawdziwego domu, jeśli nie będziemy mogli
nigdzie wyruszyć ani dokądś powrócić, jeśli w Twojej gdańskiej
„stróżówce” albo mojej paryskiej samotni nie będzie nikogo, kto
chciałby normalnie przemówić, może warto pomyśleć o nieskończonym i
niepozbawionym nazw i znaczeń, może trzeba zamieszkać wśród
gwiazd... – M.
Bad Kissingen,
24 grudnia 2006 roku
Cykl tekstów
„Posłuchaj, M...” ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny” od maja
1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list
ukazał się w pierwszym numerze „Recogito”, zaś pierwszy tekst z
serii „Posłuchaj, A...” ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na
stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony tekstem
Aleksandra Jurewicza z numeru – 9-10 (648-649) 1998, s. 23.
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2006)
Fot. Michael Wittbrot
|