Chwiloryjka o (nie)spełnieniu
„Cienie rzucane przez
światło świecy drgały zgodnie z rytmem oddechu kobiety. Jej ręce
zaplątane były w długich włosach mężczyzny, który klęczał przed nią
i całował jej uda. Kobieta pojękiwała cicho z rozkoszy. Kiedy
poczuł wilgoć pod językiem ... do pokoju weszła dwunastoletnia
córka kobiety i powiedziała:
– Trzeba przyznać, że całowanie kobiecego krocza jest dosyć
obrzydliwe. Nie chcę na to patrzeć. Niech pan szybko się wynosi z
naszego domu i nigdy więcej tu nie wraca. Aby wzmocnić siłę
perswazji, wyrzuciła ubrania mężczyzny przez okno. Na podłodze
zobaczyła jego koszulę. Podniosła ją, przytrzymała nad płomieniem i
poczekała, aż ogień zacznie pożerać tkaninę. Płonącą koszulę
wyrzuciła przez okno. Nie udało się jej jednak trafić w leżące na
podwórku ubrania, dzięki temu udało im się ocaleć ze spowodowanego
przez nastolatkę pogromu”.
Piotr G. Sobecki przeczytał początek swojej piątej powieści. Był
zadowolony. Nareszcie pisze tak, żeby podobało się mniej wybrednym
czytelnikom. Cztery wcześniejsze dzieła pisarz wydawał w kilkunastu
egzemplarzach. Ofiarowywał je przyjaciołom i ludziom zajmującym się
literaturą. Wysyłał też do różnych wydawnictw. Co prawda żadne z
nich nie było zainteresowane opublikowaniem dzieł, ale Piotr
dorobił się piątki wiernych czytelników w różnych miejscach
nieobjętej Ziemi. Andrzej i Kinga mieszkali w Tarnowie, profesor we
Wrocławiu, Michał w Bolesławcu, a matka młodzieńca, który
pozostawiał na murach napisy: „Jezus tu był” – w Lubaniu. Oprócz
tej skromnej gromadki istniało kilku uważnych czytelników, którzy
dzieli się z Piotrem uwagami na temat tworzonych przez niego
opowieści. Jeden z nich Leszek – zaprzyjaźniony z pisarzem
specjalista od programów komputerowych – radził:
Twoje historie są zbyt skomplikowane, nie każdemu chce się
czytać uważnie i pamiętać o tym, co było wcześniej napisane. Poza
tym mógłbyś wymyślić jakąś fabułę kryminalną albo dodać więcej
opisów scen erotycznych.
Tak więc początek nowej powieści realizował jeden z postulatów
czytelników dzieł Piotra. Pomyślał jeszcze, że może rzeczywiście
należałoby opisać jakąś atrakcyjną śmierć, a nie taką jak w jego
chwiloryjkach – cichą i codzienną.
Złożywszy – choć w części – daninę niskim ludzkim instynktom, Piotr
przestał myśleć o tym, jak ta historia powinna się rozwinąć.
Zaczął rozmyślać o swoim życiu. Kiedy chodził do przedszkola,
rysował świat w XXI wieku – miasta z ruchomymi chodnikami, roboty
wykonujące wszystkie prace, ludzi wiecznie świętujących i
konsumujących powszechny dobrobyt. Później zderzył się z
komunistyczną rzeczywistością – codziennymi niedogodnościami,
obowiązkowymi pochodami pierwszomajowymi, kolejkami po cukier i
mięso. Szybko zrozumiał, że wyrzeczenie się dóbr doczesnych ułatwia
zdobycie wolności. Nie jadł więc mięsa, zrezygnował z cukru,
wyrzekł się marzeń o własnym mieszkaniu. Jednak w czasie stanu
wojennego nie mógł kupić butów, mydła czy pasty do zębów.
Sponiewieranie całego narodu odcisnęło na nim piętno, którego nie
potrafił się pozbyć. Kiedy przyszła wolność, zachwycił się tym, że
sklepy znów są pełne towarów. Wieczorami lubił spacerować wzdłuż
wystaw i przyglądać się kolorowym opakowaniom. Cieszył się, że
ludzie mogą zaspokoić swoje potrzeby posiadania rzeczy. Jego to nie
dotyczyło, bo powtarzał za Sokratesem: Jak wiele jest rzeczy,
których wcale nie pragnę. Kupił starą chałupkę w Bieszczadach i żył
tam, jak Rej przykazał – zgodnie z rytmem pór roku.
Rozmyślając o tym wszystkim, Piotr G. Sobecki szybko zapomniał o
pisaniu chwiloryjki o niespełnionej miłości francuskiej. Co prawda
przyrzekł sobie, że jeszcze do niej wróci: będzie jak strzelba
Czechowa zawieszona na kołku, która musi wystrzelić w ostatnim
akcie, ale w jego – oddającej się doświadczaniu wolności – głowie
pojawiły się postaci żyjące na przełomie XIX i XX wieku. Jak zwykle
– zaczęły żyć własnym życiem, a ich indywidualne losy toczyły się
odrębnymi torami, by spotkać się na chwilę i spleść w paradoksalny
węzeł. Piotr postrzegał swą opowieść jako gwiazdę ludzkich losów,
której odrębne promienie w jednej chwili zbiegną się w refektarzu
żeńskiego klasztoru niedaleko Tarnowa.
O kapelanie
Paweł urodził się pod
koniec XIX wieku. Był dzieckiem dobrych ludzi z małej wioski. Jego
matka po przebyciu choroby, której nie potrafił nazwać wiejski
lekarz, nie mogła już mieć więcej dzieci. Rodzice ciężko pracowali,
ale było w nich jeszcze dużo hartu ducha i samozaparcia połączonego
z miłością, by odnosić się do siebie z czułością i dbać o staranne
wychowanie syna. Najbardziej lubił spacery przez las nad strumyk.
Pluskał się w wodzie, a rodzice śpiewali wesołe piosenki. Kiedy się
zmęczył, siadał ojcu na kolanach, a mama czytała bajkę. Któregoś
dnia w czasie takich zabaw spotkał ich właściciel majątku
ziemskiego. Zachwycił się radością panującą w ich rodzinie i
obiecał, że zaopiekuje się chłopcem, gdy ten osiągnie stosowny wiek
i opłaci naukę młodego człowieka.
Paweł – mając przed sobą tak wspaniałe perspektywy – szybko nauczył
się czytać. Rodzice pożyczali książki od księdza, a malec składał
literki. Później ksiądz zapraszał go na plebanię i pozwalał
buszować w bibliotece. W jednej z ksiąg znalazł obraz
przedstawiający św. Sebastiana – piękne ciało młodzieńca upstrzone
złotymi strzałami i czerwona krew wylewająca się z ran. Ta wizja
często wracała w jego snach; czasami to on był umęczonym świętym.
Kiedy Paweł miał pójść do szkoły, rodzice – po wielu wahaniach –
poszli do dworu przypomnieć dziedzicowi o zobowiązaniu. Okazało
się, że stary pan już nie żył, a młody zajmował się trwonieniem
majątku swoich przodków i ani myślał zajmować się chłopskim
dzieckiem. Rozpacz całej rodziny była wielka. Paweł przestał czytać
i całe dnie spędzał na łące – ryczał razem z krowami. Któregoś
wieczoru ojciec powiedział, że nigdy nie należy tracić nadziei i,
aby udowodnić swą tezę, opowiedział bajkę o drwalu:
Do chatki biednego drwala przyszedł wysłannik od złego króla:
– W ciągu jednej nocy musisz wykarczować cały las, bo jutro władca
chce na łonie natury wyprawić wielką ucztę. A jeśli tego nie
uczynisz, król każe cię ściąć.
Drwal pojął, że będzie musiał umrzeć, bo choćby nie wiem jak się
starał, to nie zdąży wykarczować lasu. Postanowił godziwie pożegnać
się ze światem. Kazał żonie przygotować ucztę, na którą zaprosił
wszystkich przyjaciół. Bawiono się hucznie i wesoło. Kiedy nastał
wschód słońca, do drzwi zapukał wysłannik władcy i powiedział:
– Drwalu, zbieraj się. Musisz pójść do zamku, bo król umarł i
trzeba zrobić dla niego trumnę.
Paweł postanowił dalej się uczyć sam. Szybko jednak przeczytał już
wszystkie książki znajdujące się w bibliotece księdza.
Niespodziewanie w chłopskiej chatce pojawił się młody dziedzic.
Okazało się, że przyśnił mu się milczący ojciec. Chodził po
zabudowaniach folwarku i uważnie przyglądał się wszystkim
zaniedbaniom. Syn postanowił przestać przepijać majątek i
przywrócić rodzinie dobre imię. Przypomniał sobie wtedy o
zobowiązaniach ojca wobec wieśniaków, dlatego zdecydował, że wyśle
Pawła do szkoły w mieście.
Ponieważ żył do tej pory na odludziu, młodzieniec dopiero w mieście
dowiedział się, że jest przede wszystkim Polakiem, ale mieszka w
państwie, które nie jest jego państwem. Kiedy dorósł, uczestniczył
w manifestacjach niepodległościowych i zrozumiał, że prawdziwy
Polak musi być katolikiem. Wypełniał więc solidnie religijne
obowiązki – chodził pilnie do kościoła, pościł w czasach
nakazanych, a w chwilach słabości modlił się do Boga.
Dobroczyńca Pawła – aby ukazać mu potęgę Kościoła katolickiego –
zabrał go ze sobą do Włoch. We Florencji oglądali katedrę Santa
Maria del Fiore. Zachwyciły ich ściany inkrustowane marmurem w
trzech kolorach, rzeźby zdobiące fasadę, wspaniała dzwonnica.
Poszli też do kościoła Santissima Annunziata, by obejrzeć
niedokończony fresk, który namalował anioł w ciągu jednej nocy.
Kiedy wyszli z kościoła, spojrzeli w stronę katedry i dopiero teraz
zobaczyli ogrom kopuły ją zwieńczającej – unosiła się ponad domami
jak coś, co nie należy do tego świata.
Opiekun Pawła musiał załatwić jakieś swoje sprawy rodowe i opuścił
współtowarzysza podróży. Nie było go tylko przez dwa dnia, ale
samotny młodzieniec w tym czasie doświadczył niezwykłych stanów
świadomości Coraz mocniejsze bicie serca i rosnące podniecenie na
myśl o Dantem, Petrarce, Boccacciu, Leonardzie, Michale Aniele,
wyprowadzały go z równowagi. Nie mogąc zachować jasności umysłu,
ostatecznie skapitulował i uległ swojemu szaleństwu, jak u boku
ukochanej kobiety. Nie mógł zasnąć, bo podziw dla dzieł sztuki
wprawiał go w ekstazę. Doznawał zawrotów głowy. Zdawało mu się, że
zginie w ogromnej fali obcej wspaniałości. Podczas takich ataków
bał się, że upadnie.
Właściciel hotelu, widząc stan Pawła, zaprowadził go do szpitala.
Zaaplikowano mu środki uspokajające. Lekarz opowiedział, że miewa
wielu pacjentów z podobnymi objawami. Zjawisko nazywa się syndromem
Stendhala, gdyż francuski pisarz był najsławniejszym spośród ludzi,
którzy owej florenckiej choroby doświadczyli. W szpitalu leczą
tych, których arcydzieła wprawiły w stan bezradnej dezorientacji.
Później pojechali do Rzymu. Odwiedzali tam wszystkie kościoły i
zachwycali się kapiącym od złota barokowym przepychem. Wtedy Paweł
zrozumiał, jak potężny jest Kościół katolicki, i był dumny, że do
niego należy.
Po powrocie do Polski któregoś dnia poszedł na uniwersytet i
słuchał wykładu:
Wyobraźmy sobie, że z tego świata znikają wszystkie dzieła sztuki,
wszystkie teorie naukowe i filozoficzne. Wszystkie państwa i inne
instytucje. Jak wtedy moglibyśmy żyć? Przecież wraz z nimi znikłoby
wszystko to, co dobre, piękne, wzniosłe i prawdziwe.
Paweł przestał słuchać. Nagle pojął, że chciałby znaleźć się w
świecie, w którym nie będzie państw i żadnych instytucji, więc nie
będzie musiał ciągle myśleć o biednej ojczyźnie, walczyć o nią i
nienawidzić jej wrogów. Marzył o życiu, w którym uwolni się od
problemów doczesności, spokojnie będzie mógł poznawać Boga i własną
duszę. Wstąpił do zakonu i podporządkował się rygorom życia
klasztornego. W chwili podejmowania postanowienia nie dostrzegał
wszystkich konsekwencji swej decyzji. Nie pomyślał, że wypełni
smutkiem serca swych rodziców. Nakazy życia klasztornego sprawiały,
że nie mógł opiekować się nimi w czasie chorób, a w końcu
doprowadziły do tego, że nie wziął udziału w ich pogrzebach.
Często wtedy rozmyślał o Hiobie. Starał się go naśladować w wierze.
Widział zło panoszące się na świecie, ale rozumiał, że jest
konieczne, by mogło objawić się dobro.
Któregoś dnia wezwano go do małego chłopca. Całe ciało pokryte było
strupami. Spod niektórych sączyła się ropa. Malec ręce miał
przywiązane do łóżka. W ten sposób chroniono go przed
rozdrapywaniem ran. Ojciec Paweł dotknął jego ciała. Było gorące.
Rodzice często polewali je wodą. Kapłan modlił się o to, by strupy
przeniosły się na niego. Modlił się przez całą noc, a nad ranem
musiał iść do następnego umierającego. Kiedy wrócił, chłopczyk już
nie żył.
Po wielu latach oddelegowano ojca Pawła do pracy kapelana w żeńskim
klasztorze pod Tarnowem. Wiódł tam życie, o jakim zawsze marzył:
dużo się modlił, czytał Pismo Święte, wykonywał posługi kapłańskie.
W czasie wolnym rozmawiał z zakonnicami o wierze i poszukiwaniu
drogi do Boga.
Wieści ze świata dochodziły rzadko, więc trwali w pokoju i miłości.
Niestety, najniespodziewaniej w świecie zaczęła się I wojna
światowa. Słychać było odgłosy wystrzałów, ale na szczęście żadne z
wojsk nie zaglądało za klasztorne mury.
Pewnego dnia do klasztoru przybiegł mały chłopiec. Z trudem łapał
oddech. Kiedy nieco odpoczął, wyjaśnił, że jego dziadek jest
umierający i prosi, aby ksiądz przyszedł do niego. Paweł ubierał
się powoli. Spojrzał na wychudzoną twarz chłopca i zapytał, czy nie
chciałby czegoś zjeść.
– Od trzech dnie nie miałem nic w ustach – powiedział dzieciak.
Zakonnice przygotowały jedzenie dla wnuka i dziadka.
Na drodze spotkali maszerujących żołnierzy, którzy śmiali się z
zabłoconego białego habitu mnicha.
Ojciec Paweł ucieszył się, kiedy zobaczył światło w oknach
niewielkiej chałupy. Składała się ona z jednej wielkiej izby, która
była kuchnią i sypialnią. Obok wielkiego pieca stało łóżko, w
którym leżał chory starzec. Na jego pomarszczonej twarzy na widok
zakonnika pojawił się uśmiech. Obaj lubili się bardzo, choć
rozmawiali ze sobą raz na kilka lat.
– Widziałem, jak umierał mój ojciec. Nie potrafiłem mu pomóc. Wie
ojciec, to poczucie bezradności pozostało do mnie do końca życia.
Martwię się, że mój wnuk doświadczy czegoś podobnego. Niech ojciec
go jakoś pocieszy, gdy mnie już nie będzie. Mam jeszcze prośbę – w
piwnicy powinna znajdować się butelka starego wina, chciałbym je
wypić z ojcem i pożegnać się ze światem – proszę ją przynieść.
Kiedy pili, staruszek mówił:
– Noszę w sobie pamięć wielu pięknych chwil. Często widywałem
wschody słońca, gry świateł na kroplach zawieszonych na
pajęczynach, malowidła mrozu na szybach. Czy to wszystko przepadnie
bezpowrotnie? Nikt nie pozna moich radości i uczucia szczęścia z
powodu bycia z ukochaną kobietą? Bóg powinien był gdzieś stworzyć
muzeum dobrych uczuć, radosnych chwil, poczucia harmonii i
szczęśliwych uniesień. Każdy mógłby tam wstąpić w chwilach
zwątpienia i odnaleźć chęć do życia.
Ojciec Paweł przenocował w chatce staruszka, a przekonawszy się, że
śmierć do niego nie przyjdzie szybko, skoro świt wyruszył do
klasztoru. Dzień był słoneczny, więc zakonnik postanowił pójść
krótszą drogą wiodącą przez łąki. Bujna trawa falowała na wietrze,
Paweł czuł, że zieloność obmywa mu stopy. Przeżył wtedy chwilę
zachwytu nad doskonałością świata. Niestety, nieco dalej zobaczył
pozabijanych żołnierzy. Ten, który naśmiewał się z jego zabłoconego
habitu, leżał w kałuży krwi i błota, które oblepiło jego jasne
włosy. Paweł pomyślał, że powinien ich pochować, ale kiedy
zobaczył, ilu ich jest, zrozumiał, że musi sprowadzić pomoc.
Pobiegł do klasztoru, wezwał ogrodnika i poprosił, żeby sprowadził
ze wsi kilku chłopów. Zamknął się w swojej celi, napił się wina i
dość długo się modlił. Później poszedł do składziku z narzędziami i
przebrał się w robocze ubranie. Habit zakonny starannie złożył i
spakował do torby. Wziął też to, co było potrzebne do odprawienia
mszy żałobnej. Wiedział, że wojsko zarekwirowało wszystkie konie,
więc nie będzie mógł przewieźć zwłok na cmentarz. Postanowił
pochować żołnierzy na skraju łąki. Kiedy przyszedł ogrodnik z
pomocnikami, Ojciec pobłogosławił ich i wyruszyli w drogę. Chłopi
kopali doły, a zakonnik z ogrodnikiem przenosili zwłoki. Paweł
długo przyglądał się każdej twarzy, chciał, aby na zawsze wryły się
w jego pamięć. Myślał, że każdy z młodzieńców mógłby być jego
synem. Z kieszeni wyciągał dokumenty, a nazwiska zabitych wypisywał
na deskach, które później stały się ramionami krzyża.
Trupy były strasznie ciężkie. Po przeniesieniu każdego robili
przerwy na odpoczynek. Chłopi przynieśli ze sobą bimber, więc
kapelan pił z nimi. Skończyli dopiero pod wieczór. Paweł nic nie
jadł przez cały dzień, więc wypity alkohol uderzył mu do głowy.
Pojawiły się w niej myśli, których nigdy by się nie spodziewał. Po
pierwsze był przerażony tym, co zobaczył – młodzi chłopcy, którzy
powinni się uczyć i dawać radość rodzicom albo ukochanym
dziewczynom, leżeli w krwawych kałużach, zabici przez podobnych im
szczeniaków, którzy prawdopodobnie za parę dni także spotkają się z
przeznaczonymi dla nich kulami i w ten sposób wypełnią zapisany im
los. Po drugie – czuł wielką bezradność wobec głupoty świata.
Zabrakło w nim ludzi, którzy potrafiliby powstrzymać wylew
wzajemnej nienawiści. I zobaczył z całą ostrością, że potężna
wspólnota, do której należał, też była bezradna. Przypomniał sobie
watykańską Pietę Michała Anioła. Czuł się teraz jak matka
opłakująca śmierć swego syna. Pomyślał, że przez całe życie modlił
się o lepszy świat, a Bóg zesłał mu zabitych żołnierzy. Dopadło go
zwątpienie.
– Wszystkie katedry i kapiące od złota ozdoby nie są warte życie
jednego dzieciaka. Zamiast wznosić pomniki ludzkiej pychy, należało
nakarmić głodnych i zrobić wszystko, by ludzie się wzajemnie nie
zabijali. Nic tu po mnie. Muszę opuścić klasztor.
W swojej celi napił się wina i zapomniane na jakiś czas
postanowienie opuszczenia klasztoru powróciło ze zdwojoną siłą.
Uczucia buzowały w nim i chciał je z siebie wyrzucić. Wszedł do
przeznaczonej dla siebie części refektarza. Zobaczył tam siostrę
Helenę.
1
| 2 | 3
| 4 | 5

|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Val-de-Marne, 2006)
Fot. Michael Wittbrot
|