Lustracja w Kościele?
Patrzę z rosnącym
zażenowaniem na to co dzieje się wokół tegoż problemu. Uczone
dyskusje i konferencje prasowe z których nic nie wynika, pełno
gadania i mało owoców. Przeciwnicy lustracji mówią, że to temat
zastępczy, bo inne sfery życia publicznego są, bardziej niż
kościelna, skażone agenturą. To fakt. Tylko, że Kościół, a przede
wszystkim jego pasterze nie powinni oglądać się na „inne sfery”,
tylko u siebie sprawę załatwić jednoznacznie , po chrześcijańsku.
Jednym słowem – dać dobry przykład. Misericordia et iustitia
a nade wszystko veritas. Miłosierdzie i sprawiedliwość.
Miłosierdzie dla skruszonych, sprawiedliwość dla zadufanych.
Rozróżniam dwie kategorie „agentów”. Pierwsza to ludzie
szantażowani wskutek takiej czy innej życiowej wpadki, którzy
poddali się naciskowi i zostali przez ubecję złamani. Każdemu może
się przydarzyć. Druga kategoria to karierowicze i interesiarze,
którzy dla własnej korzyści gotowi byli gorliwie realizować każdą
podłość zwaną górnolotnie zadaniem operacyjnym. W pierwszej z
wymienionych przeze mnie kategorii należałoby każdy przypadek
potraktować odrębnie i wyważyć proporcje. Z kategorią drugą
dyskutować nie ma o czym: powinni czym prędzej znaleźć się poza
nawiasem życia publicznego w Kościele. Niech pokutują i modlą się
za swoje ofiary. Ich sumieniu pozostawiam to, czy wyznaliby
publicznie swoje grzechy, przynajmniej przed tymi których
skrzywdzili. To jest minimum sprawiedliwości, jakiego oczekuję.
Mógłbym tylko wtedy powiedzieć, że w Kościele sprawowana jest
sprawiedliwość, przynajmniej w elementarnym zakresie. Wszystko
mogłoby odbyć się po cichu i skutecznie. Miłosierdzie zabrania mi
wlec rzeczonych przed sądy i telewizyjne kamery. Bo, powtarzam, o
sprawiedliwość chodzi, nie o hałas. Mógłby przyjść moment, w którym
Ktoś wypowiedziałby takie chociażby słowa: Kościół problem już
rozwiązał, wszyscy ludzie niegodni przeżywają swoją przeszłość sam
na sam z Bogiem i modlą się za ofiary swojej niecności. Oczywiście,
najlepiej byłoby, gdyby donosiciele sami dyskretnie usunęli się w
cień, gdyby sami zgłosili się do swych pasterzy i sprawę załatwili
jak należy. Jak uczy jednak doświadczenie, to moje pragnienie
graniczy z naiwnością. Okazuje się bowiem, że agentom przyznanie
się do czegokolwiek przychodzi bardzo, ale to bardzo opornie.
Niektórzy, jak słyszymy od księdza Zaleskiego, odpowiadają na jego
listy dosyć arogancko. Widocznie czują się pewni swego. Sam ksiądz
Zaleski, ofiara prześladowań, kolejny raz staje się ofiarą. Sprawa
agentów wśród duchowieństwa nie jest problemem nowym. Od dawno było
wiadomym, że istnieją. Szkoda, że dopiero napór okoliczności i
pryncypialność wspomnianego kapłana skłoniła episkopat do jakichś
leniwych ruchów. Ksiądz Zaleski został po niezrozumiałych dla
opinii publicznej „zakrętach” zdaje się ostatecznie uciszony, a na
arenę wkracza jakaś komisja historyczna, która problem ma drążyć.
Ciekawi mnie wszakże to, jakie kompetencje owa komisja posiada,
jeśli idzie o prawo państwowe. Czy będzie mogła ot tak po prostu
przyjść sobie do IPN-u i powiedzieć: „my jesteśmy komisja
kościelna, proszę udostępnić nam dokumenty”? Czy droga podjęta
przez księdza Zaleskiego nie była prostsza, i w ogóle – dlaczego to
on, niejako „prywatnie”, musiał całą sprawę zainicjować? Póki co,
agenci śmieją się w kułak i mają się dobrze. Ich poczucie
bezkarności zatruwa atmosferę i demoralizuje. I to jest w zasadzie
jedyny powód, dla którego oczekuję usunięcia ich z gniazdek, które
sobie uwili, bez względu na to, kim są. Czasem usłyszę, że któryś
tam spotykał się w kawiarniach z ubekami, ale nie donosił. Pytam
więc: to po co się spotykał? Inny też „gdzieś tam, coś tam”. To nie
jest poważne podejście do sprawy, bo niszczy także zaufanie do
Kościoła jako instytucji. Sprawa nie jest przedstawiana, niestety,
zbyt klarownie. Pytają mnie ludzie, wcale nie antyklerykałowie,
„dlaczego Kościół w tej sprawie tak kręci?”. To świadczy o tym, jak
niejasne dla ludzi są wypowiedzi i decyzje pasterzy. Tu nie ma co
zasłaniać się twierdzeniem, że Kościół w swej masie, w tym księża,
stawiał komunie zdecydowany opór; nad faktami się nie dyskutuje. Tu
chodzi o to, o czym powyżej. I lepiej, jeśli my to zrobimy, niż gdy
zrobią to za nas inni.
Sprawa ma także i inny wymiar. Wielu w Polsce liczyło, że problem
agentury rozejdzie się po kościach, że jakoś się go zagada itd.
itp. Na to liczyli zapewne uczestnicy Magdalenki, dzieląc się
między sobą okrągłostołowym tortem. Poprzez ciasnotę spojrzenia i
zwykłe kunktatorstwo, tak w dziedzinie lustracji jak i w paru
innych, zafundowali nam bombę z opóźnionym zapłonem, zwalczając
przez lata pogląd o potrzebie lustracji z uporem godnym lepszej
sprawy. Teraz już wiem, a przynajmniej domyślam się, kogo i czego
bronili odsądzając swoich przeciwników od czci i wiary.
Odzywam się w materii sprawy z dwu powodów: pierwszy to
prośba Naczelnego, a drugi to... moje teczki w IPN-ie. Mam ich tam
sztuk dwie. Miałem bowiem wątpliwy zaszczyt odbyć parę rozmów z
funkcjonariuszami SB i bodajże dwie z oficerami kontrwywiadu
wojskowego. Nie dałem się wprosić na żadne potajemne schadzki,
starałem się też być oszczędnym w odpowiedziach, aż w końcu
znalazłem sposób na odczepienie się owych panów ode mnie. Potem
byłem już tylko odważny, a dreszcze przeszły mnie dopiero po
śmierci księży Zycha, Niedzielaka i Suchowolca. W ubiegłym roku
poprzestałem jedynie na przekonaniu się, czy teczki o moim
nazwisku dotyczą mojej osoby. Kiedy jednak lawina drgnęła na wiosnę
tego roku, złożyłem stosowne podania o udostępnienie moich akt, a
ponieważ jestem cierpliwy, poczekam owe, jak napisano „kilka do
kilkunastu miesięcy”, by przekonać się, co też o mnie nazbierano i
kto nazbierał. „Moi” agenci niech nie liczą na
wyrozumiałość. Ludzie, którzy w świadomy sposób i nader chętnie
szkodzili innym, nie mogą korzystać z żadnego parasola ochronnego
ani panoszyć się na ambonie. Żądam tego ze względu na pamięć księży
Kotlarza, Popiełuszki czy Niedzielaka. W imię zwykłej
przyzwoitości. Przyznam szczerze, że mdli mnie, gdy słucham tzw.
„wyważonych” wypowiedzi. Tu nie ma czego „wyważać”, tylko poprosić
agentów, by usunęli się sami, a jeśli tego nie uczynią, to z hukiem
ich usunąć. Po prostu. Nie przypuszczam, by w konkretnych
diecezjach czy zakonach nie orientowano się, o kogo chodzi. Słyszę
na ten temat wiele. I właśnie w takiej sytuacji mogą cierpieć
niewinni. I każdy może też zadać banalne na pozór pytanie: czy
warto być przyzwoitym? Ja wiem, że sprawy nie są tak proste jak
się wydaje. Oczywiście, że nie są, ale to nas z niczego nie
zwalnia. A poza tym mam podstawy przypuszczać, że niektóre są
bardzo proste, stąd takie trudne. Oczyszczenie bywa dla organizmu
zawsze bolesne, czasem nawet go osłabia, ale następstwem jest
zdrowie. Stąd nie przyłączam się do chóru roztropnych. W imię
sprawiedliwości, miłosierdzia i prawdy. W imię, że raz jeszcze
powtórzę, zwykłej przyzwoitości. To tyle w sprawie, bo nadmiar
atramentu nie jest tu potrzebny.
Franciszek GOMUŁCZAK SAC
Ks. Franciszek Gomułczak. Urodził się w 1957 roku w Dobkowicach koło Przemyśla.
Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne Stowarzyszenia Apostolstwa
Katolickiego w Ołtarzewie koło Warszawy i Katolicki Uniwersytet
Lubelski. Studiował teologię i historię. Pełnił urząd mistrza
nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich, pracował na parafiach w Sarnach i
Żytomierzu. Przez cztery lata był ojcem duchownym i wykładowcą
Wyższego Seminarium Duchownego we Lwowie. Obecnie mieszka w
Lublinie.
|

Na zdjęciu:
Ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski
(Kraków, 2003)
Fot. Jerzy Mikoluc
|