Kim jestem dla Ciebie (4)
II: Dzisiaj, kim jest dla mnie Jezus?
1. „Daj
mi swoje serce!” (Prz 25, 16)
Piątego
czerwca 1984 roku organizacja chorych z powodu skażenia środowiska
miała roczne zebranie w Tokio, w trakcie tygodnia Ochrony Środowiska.
W czasie negocjacji z delegatem Ministerstwa Środowiska pewna
kobieta z Osaki rzekła mu: „Nie rozumiemy pańskiego urzędniczego
języka. Nie dociera do nas. Proszę nam dać pańskie serce!
Czujemy, że pod presją Stowarzyszenie Pracodawców staracie się
anulować badania tzw. stref skażonych. Ale my chcemy, aby pańskie
słowa wypływały z serca! Proszę powiedzieć jasno, jaki los
czeka chorych, którzy są przed panem?
„Daj mi
swoje serce!” Cała ta relacja prawdziwie ludzka jest ożywiona
tym wymogiem. Człowiek nie może zadowolić się relacjami
sztucznymi, formalnymi, czy administracyjnymi. On potrzebuje
serdeczności i szczerości. Tego też oczekuje od nas
Chrystus. Byłem jeszcze seminarzystą, kiedy w trakcie sesji
katechetycznej usłyszałem wspaniałą legendę o żebraku,
opowiadaną przez Tagore’a. Nigdy jej nie zapomniałem, tak wielkie wrażenie
na mnie sprawiła. A oto treść:
„Żebrałem chodząc od drzwi do drzwi, gdy na wiejskiej drodze pojawił
się złoty powóz, wspaniały jak marzenie, podziwiałem tego króla
nad królami! Moje nadzieje ożywiły się i pomyślałem: to
koniec mojej biedy! I już oczekiwałem na spontaniczną jałmużnę
i bogactwa porozrzucane wszędzie. Powóz zatrzymał się tam,
gdzie stałem. Twój wzrok spoczął na mnie, a ty wyszedłeś z uśmiechem.
Czułem, że moja szansa w końcu nadeszła. Nagle ty wyciągnąłeś
prawą rękę i spytałeś: «Co możesz mi ofiarować?».
Ach! Co to za królewska gra, aby wyciągać rękę do żebraka
i żebrać! Byłem zmieszany i bezradny. W końcu wyciągnąłem
z mojej torby małe ziarno zboża i mu ofiarowałem.
Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy opróżniając torbę
pod koniec dnia, znalazłem małe ziarno ze złota wśród wielu
zwykłych ziaren. Zapłakałem więc gorzko i pomyślałem: «Dlaczego
nie oddałem ci wszystkiego!».”[1]
Jak większość
ludzi modlę się, aby poprosić o coś Boga, aby wyżebrać jego
dary. Czasami nawet ateiści zwracają się do Niego w trudnych
momentach, gdy wszystko zdaje się pogrążać i pędzić ku
katastrofie. I właśnie w takich chwilach Pan nas pyta:
„Co możesz Mi dać? Świat należy do Mnie i nie potrzebuję
twoich darów! Ale to, czego pragnę, to chcę, abyś mi dał swoje
serce, takie jakie jest, świadome słabości i skruszone
prawdziwym żalem za grzechy!”… „Oto
stoję u drzwi i kołaczę, jeśli kto posłyszy mój głos i
otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną”
(Ap 4, 20).
Ale my jesteśmy
często ślepi i głusi, nie słyszymy wołania Pana. Gdy jednak Go
słyszę, odkrywam, że jestem daleki od kochania Pana całym
sercem i całą mocą (Mk 12, 30). Zamiast oddawać mu się w całości,
zadawalam się ofiarowaniem Mu tylko cząsteczki mego serca. Chcę
najpierw sam kierować moim losem tak, jak mi się podoba, a później
ewentualnie pomyślę o wymaganiach Pana. Nic dziwnego, od tego
czasu moje serce tak niewiele zmieniło się! Ale Pan nie traci
nadziei i nadal kołacze wytrwale. Jeśli dam mu całe moje serce,
to ono zupełnie się zmieni. Serce Jezusa stanie się moim sercem.
Uczucia Jezusa staną się moimi i będę mógł powiedzieć
jak św. Paweł: „Teraz
zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus!” (Ga
2, 20). Pan chce dokonać w każdym z nas to, czego dokonał w św.
Pawle i we wszystkich świętych, którzy żyli wcześniej.
„On schodzi, poszukuje niewolnika, którego On
kocha. On bogaty skupia się na naszym ubóstwie. Przedstawia się
sam, deklaruje swoją miłość i prosi, aby Mu odpłacono tym
samym. Odepchnięty, nie oburza się, czeka cierpliwie jak
prawdziwy kochanek” [2].
On nie narzuca
nam swojej obecności. Chowa się, aby respektować naszą wolność.
Jego obecność jest często odczuwana jako nieobecność, która
popycha człowieka do poszukiwania. „Prawdziwie Tyś Bogiem
ukrytym, Boże Izraela, Zbawco!” (Iz 45, 15) Mistrz tradycji
chasydzkiej, Rabbi Baruch,
próbuje wyjaśnić, że Bóg jest towarzyszem wygnańców,
opuszczonym samotnikiem, cudzoziemcem nieznanym ludziom. Pewnego
dnia jego syn bawił się w chowanego z innym chłopcem. Chowa się,
ale ten chłopak go nie szuka i odchodzi. Wnuczek zapłakany
skarży się dziadkowi. Rabbi Baruch, oczy pełne łez, wykrzyknął:
„Bóg mówi to samo: chowam się, ale nikt mnie nie
szuka!”.[3]
„Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14, 9). Całym swym życiem, słowami i czynami odkrywał nam Ojca,
niewidocznego Boga, stworzyciela całego wszechświata. Ci, którzy
pragną, mogą podziwiać dobroć Ojca poprzez cechy Jezusa, Jego
syna. Można powiedzieć, że syn Boga jako człowiek tym bardziej
ukazuje Ojca, im bardziej Go przed nami ukrywa. Ci, którzy usiłują
kochać Boga całym sercem i ofiarują Mu całe serce bez wahania,
mogą otrzymać dar widzenia. Tak jak autor „Pieśni nad Pieśniami”
mogę powiedzieć: „Szukałem
umiłowanego mej duszy, szukałem go, lecz nie znalazłem”
(Pnp 3, 1). Ale przypominają mi się jednocześnie słowa Jezusa
skierowane do Pascala: „Ty nie szukałbyś mnie, gdybyś mnie już znalazł”.[4]
„Królestwo niebieskie jest podobne do kupca
poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną
perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał i kupił ją”
(Mt 13, 45-46).
Aby ujrzeć
Boga, spotkać Chrystusa i otrzymać życie wieczne, trzeba być
gotowym ponieść cenę i wszystko poświęcić temu celowi: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe
życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9, 24).
Zdaję mi się, że inne religie mają podobne wymagania, o ile
poszukiwania Boga, Absolutu jest prawdziwe. Tak oto byłem szczęśliwy,
gdy poznałem następujący epizod z tradycji hinduskiej.
Harilal, ojciec rodziny, właściciel
kopalni, poświęcił się poważnie poszukiwaniom Boga. Umartwiał
się wielokrotnie w nadziei „ujrzenia Boga” i
ostatecznie został obdarzony różnymi cudownymi zdolnościami
mistycznymi. Jego reputacja rosła, liczni go odwiedzali. Mimo to
nie schlebiał odwiedzającym, był bezlitosny dla tych, którzy
przywiązywali wagę do wizji, ekstazy i innych zjawisk życia
mistycznego, a zwłaszcza dla tych, którzy jego zdaniem
oszukiwali ludzi sztucznymi praktykami religijnymi, wprawdzie
pocieszającymi ucznia, ale często wymagającymi opłat dla tzw.
„guru” (kierownik duchowny).
Pewnego wieczoru,
lekarz znany dobrze w mieście zatrzymał samochód w uliczce, w
pobliżu swego domu.
„–
Panie, mówiono mi, że posiada pan «siddhi»
(zdolności mistyczne). Czy to prawda? Chciałbym
ujrzeć Boga. Mógłby pan to sprawić?
–
Dlaczego nie! – odpowiedział Harilal bez mrugnięcia okiem. – Więc?
– Więc
jeśli jest pan zdecydowany, można zobaczyć. Ale proszę najpierw
poważnie się nad tym zastanowić. To nie błahostka. To może
pana bardziej wciągnąć, niż pan myśli.
– W żadnym
razie, proszę się nie obawiać.
I ze znaczącym
uśmiechem dodał:
– Mam możliwości,
pan to wie!
–
Doprawdy? – odparł Harilal – Więc wyłóżmy karty na
stół jak ludzie interesu.
– Ile się
należy? – to mówiąc
wyciągnął z kieszeni książeczkę czekową i położył na
stole.
– Ile
jest pan w stanie dać? – spytał chłodno Harilal.
– Jeśli
pan żąda 100 tysięcy rupii, podpiszę czek od razu.
– Czy
rzeczywiście może pan wydać 100 tysięcy rupii na tę sprawę?
–
Pewnie. Zrobiłbym wszystko, aby w końcu ujrzeć Boga.
– Czy to
nie wpędzi pana w kłopoty? Niech pan jeszcze trochę pomyśli. A
tak ogólnie, jaka jest pańska sytuacja?
Ów zaczął
wyliczać: ziemie, domy, papiery wartościowe, pieniądze w banku,
około 700-750 tysięcy rupii.
– Czy
pan przypadkiem nie żartuje? – spytał poważnie Harilal
– Twierdzi pan, że chce ujrzeć Boga, że to jest pana największe
pragnienie, a chce pan tylko przeznaczyć siedemdziesiątą piątą
część tego, co pan posiada. Nie można tak kpić z Boga. Traci
pan swój i mój czas. Nie ma sensu, aby tu pan pozostawał dłużej.
Do widzenia.”[5]
Św. Bernard powiedział: „Jedynym
powodem, dla którego kochamy Boga, jest to, że on jest Bogiem. I naszą
jedyna miarą miłości do Boga jest brak miary.” [6]
2. „Módl się nieustannie!” (Łk 18, 1-8)
„Jezus opowiedział im przypowieść o tym, że zawsze powinni się
modlić i nie ustawać. W pewnym mieście żył sędzia, który nie
bał się Boga i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście
żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: obroń mnie
przed moim przeciwnikiem! Przez pewien czas nie chciał; lecz potem
rzekł do siebie: «Chociaż Boga się nie boję, ani z ludźmi
się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa,
wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała
mnie». Pan dodał: słuchajcie, co mówił ten
niesprawiedliwy sędzia. A Bóg czyż nie weźmie w obronę swoich
wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego. Powiadam wam,
że prędko weźmie ich w obronę. Czyż jednak Syn Człowieczy
znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 1-8).
Od czasu
seminarium te słowa Ewangelii według św. Łukasza mocno mnie
poruszyły. Z jakiego powodu? Tego nie wiem. Lecz długo czułem
powołanie do życia kontemplacyjnego, nawet pustelniczego, zupełnie
poświęconego modlitwie. Jeśli ostatecznie wstąpiłem do Prado,
to dlatego, że wierzyłem w możliwość odpowiedzi na ten
apel. Ojciec Godin, który publikował znane pismo „Francja,
kraj misji” i ufundował „Księży –
Robotników”, mówił: „Misjonarz musi być
kontemplatykiem”. Ojciec Chevrier zupełnie porwany pięknem
Jezusa Chrystusa zdecydował się poświęcić Jemu życie i kroczyć
razem z Nim. W swojej szkole przyglądałem się Jezusowi modlącemu
się. Odkryłem, że On czyni to, co się Ojcu podoba (J 8,
29), i że On jest związany z Nim w niesamowity sposób, tak że
mogę zacytować: „Ja i
Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30). Mimo to poświęca on
czas na modlitwę. Na początku swego życia publicznego Jezus
wyrusza na pustynię, pości przez 40 dni i modli się w samotności.
Po wyczerpującym dniu, „Nad
ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na
miejsce pustynne i tam się modlił” (Mk 1, 35). Spędził
noc na modlitwie zanim wybrał 12 apostołów (Łk 6, 12). Potem mógł
zaprawdę powiedzieć Piotrowi: „Prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej
strony utwierdzaj twoich braci” (Łk 22, 32). On, który
przyszedł szukać tego, co było zgubione i oznajmić Dobrą Nowinę
ubogim Izraela i całego świata, zapewne miał świadomość
ogromu pracy. Nie mógł więc tracić czasu. Zauważamy często
jak stara się być wyłącznie ze swoim Ojcem. Naucza nas o
„muyoo no yoo”, to znaczy o „korzyści z
niekorzyści”. Jego uczniowie zastają go na samotnej
modlitwie na uboczu. Widok musiał być piękny, gdyż uczniowie
odważyli się go poprosić: Panie
naucz nas modlitwy! Przypominając tę postawę Chrystusa rozważam
głęboko moje uczniowskie życie.
Istotnie, będąc
niezdolny całkowicie do sprawiania we wszystkim radości Panu,
przeznaczam tylko niechętnie czas na modlitwę. Z drugiej strony
nie jestem tak jak Jezus odpowiedzialny za zbawienie świata, więc
skracam czas modlitwy i źle go wykorzystuję. Jestem jednak
przekonany, że bezinteresowne poświęcanie czasu na modlitwę
jest znakiem, który manifestuje moje pragnienie miłości do Pana
z całego serca. Niestety, ta skrucha w konsekwencji nie przekłada
się na praktykę modlitewną. W miarę jak będę akceptował
„tę stratę czasu” dla Niego i poświęcał go na
modlitwę, Jezus stanie się coraz bardziej znaczącą Osobą w
moim życiu. Stanie się Panem mojego życia. Tymczasem potrzebuję,
aby mi powtarzał: „Czemu
to wzywacie Mnie: Panie, Panie! A nie czynicie tego co mówię?”
(Łk 6, 46). Saint-Exupéry wyczuwał głębię tej prawdy, jeśli
uwierzymy w odkrycie Małego Księcia: „Czas, który poświęciłeś twojej róży, uczynił ją tak drogą
dla ciebie” [7].
Jezus nie nazywa nas sługami, lecz przyjaciółmi, ponieważ
pozwala nam poznać wszystkie sekrety Pana (J 15, 15). Jeśli więc
chcę zostać Jego przyjacielem, muszę mieć czas, aby usłyszeć
to, co chce mi powiedzieć, aby tym delektować się, aby to rozważać
bez przerwy w głębi serca i nie zapominać o tym [8].
W tym sensie Maryja jest wzorem prawdziwego ucznia. Jej właśnie
oddaje cześć Jezus za to, że słucha słowa, rozważa je i ciągle
zachowuje w sercu, nawet jeśli nie rozumie go zbyt dobrze (Łk 2,
19, 50-51; 8, 19-21; 11, 28). Jan Chrzciciel zwie się przyjacielem
Oblubieńca, stoi, słucha go i doznaje najwyższej radości na
jego głos (J 3, 29).
Zakładając, że jeśli nawet każdego dnia uda mi się
poświęcić jedną lub dwie godziny na modlitwę, nie powinienem
być z tego zadowolony i czuć się zwolnionym z obowiązku. Pan
daje nam 24 godziny na dobę, ale nie po to, abyśmy wykorzystywali
według własnego upodobania, nie po to, aby zaspakajać nasze
kaprysy. Kto chce odpowiedzieć na apel Boga, próbując go kochać
z całego serca i starając się modlić ciągle, zachowa stale w głębi
serca pamięć o Jezusie, bez względu na to, jakiej działalności
się poświęci. Narzeczony nie przestaje myśleć o ukochanej,
nawet jeśli dzieli ich praca, biegnie na jej spotkanie, gdy może
spędzić z nią chwilę. Chciałbym być coraz bardziej zakochany
w Jezusie. Właśnie wtedy mnie woła, gdy mówi: „Daj mi
swoje serce! Módl się nieustannie!”.
Ale trudno
jest sprostać podobnym wymaganiom Pana! Ojciec pustyni, Agathon, mówił:
„Myślę, że nie ma większego
wysiłku niż modlitwa do Boga. Za każdym razem, gdy człowiek
chce się modlić, jego nieprzyjaciele chcą mu przeszkodzić.
Ponieważ wiedzą, że zniechęcą go do modlitwy stawiając mu
przeszkody. Człowiek, jeśli podejmuje się dobrego dzieła, osiągnie
spokój. Ale jeśli chodzi o modlitwę, musi walczyć do ostatniego
tchnienia.”[9]
Ostatnio odkryłem,
że nieustanna modlitwa, gdyby zdać się tylko na siły ludzkie,
byłaby nie tylko trudna, ale zupełnie niemożliwa. Może być
tylko darmowym darem Boga. Kiedyś przeczytałem „Opowieść
rosyjskiego pielgrzyma” i zacząłem za jego przykładem
powtarzać modlitwę: „Panie
Jezu, Synu Boga, zlituj się nade mną grzesznikiem!”.[10]
Ale to nie trwało długo. Nie poznałem powodów tej porażki.
„Origène oświadcza,
że trzykrotna modlitwa dzienna to minimum, które dodaje powagi
chrześcijaninowi pielgrzymującemu po świecie.”[11]
Ale nie zakłada, że można się ograniczać do tego
minimum. Co do mnie, modliłem się częściej niż 3 razy, ale nie
była to modlitwa ciągła. Poddałem się porażce, gdyż nie
odkryłem jeszcze, że podobna modlitwa może być tylko gratisowym
darem Boga. W ciągu ostatniego roku seminarium prowadziłem
biblijne badania o skuteczności słowa Bożego, które spełnia
swoje posłannictwo (Iz 55, 10-11) i dałem temu rozważeniu
ten tytuł: „Dla Boga
nie ma rzeczy niemożliwych!” Ta praca sprawiła mi wiele
przyjemności, ale pozostała na planie intelektualnym.
Oto po kilku
latach trudności nagromadziły się tak, że nie wiedziałem już,
na czym stoję. Wierzyłem, że zrobiłem co w mojej mocy, ale
wynik nie był zbyt szczęśliwy. Z powodu osób, które wchodzą w
grę, jest mi trudno być bardziej konkretnym. Mogę jednak
powiedzieć, że relacje ludzkie z niektórymi osobami stały się
bardzo ciężkie. Płakałem z tego powodu nie raz. Miałem z tego
powodu kolki, mdłości, czasami cierpiałem na bezsenność. Czy
dwa ataki woreczka żółciowego były konsekwencją nagromadzonego
cierpienia? Tego nie wiem. W każdym bądź razie przebyłem
operację woreczka żółciowego (luty 1982 roku). Moja przyszłość
wydawała mi się zupełnie zamknięta. Poza wiarą w Chrystusa i
kapłaństwem, reszta wydawała mi się wątpliwa: powinienem zostać
w Japonii czy jechać pracować gdzie indziej? Czy powinienem
kontynuować pracę zaczętą tutaj, czy powrócić do życia
zakonnego lub pustelniczego? W następstwie zdaję sobie sprawę,
jak bardzo ten okres doświadczeń był czasem sprzyjającym,
czasem łaski i nawrócenia. Na szczęście miałem okazję poznać
w 1980 roku pisma Silouane’a, które mnie ogromnie podniosły
na duchu. Ten rosyjski wieśniak opuścił rodzinną miejscowość,
gdy miał 20 lat i został mnichem w Górze Athos, gdzie zmarł w
1938 roku przeżywszy 50 lat na tej Górze. Według tradycji
wschodniej zaczął praktykować modlitwę do Jezusa. Opowiada, że
będąc jeszcze młodym nowicjuszem, pewnego dnia, gdy się modlił
przed ikoną Matki Bożej, modlitwa do Jezusa wytrysnęła z jego
serca jak źródło, które nie przestaje płynąć. Powtarzając tę
modlitwę: „Panie, zlituj się nade mną”, nie
myślał jedynie o swoich grzechach młodości, lecz modlił się
także o nawrócenie grzeszników całego świata. Z tego
powodu myślał czasami z pychą: „Zrobiłem coś dobrego dla
ludzkości”. Nie mógł uwolnić się od tych próżnych myśli,
ale nadal modlił się wytrwale. Pewnego dnia usłyszał w głębi
serca następujące słowa: „Trzymaj
się świadomie w piekle i nigdy nie trać nadziei!”[12]
To mogło oznaczać: jeśli modlisz się z całego serca o
nawrócenie grzeszników z całego świata, ich cierpienia, ich lęki,
ich smutki staną się twoim cierpieniem, twoim lękiem, twoim
smutkiem. Będziesz miał wrażenie, że jesteś w piekle, chociaż
żyjesz jeszcze na ziemi. Więc aby uniknąć takiej sytuacji nadal
krzycz z ufnością: „Panie, zlituj się nade mną!”.
Ta modlitwa zapewni ci głęboką łączność duchową z twoimi
braćmi grzesznikami. Tak oto Silouane nam odkrywa, że słowo
wyzwoliło go od próżnych myśli i że resztę życia przeżył
wypełniony głębokim pokojem i promieniującą radością.
Czytanie tych pism pobudza mnie do „płaczu z płaczącymi”
(Rz 12, 15), do cierpienia z cierpiącymi oraz zachęca do
ponownego podjęcia się modlitwy do Jezusa.
Nie wiedząc,
jak pokierować resztą życia, błagałem znowu Pana: „Pozwól
mi poznać Twoją wolę! Jakie kryteria muszę spełnić, aby poznać
to, czego oczekujesz ode mnie?” Pozostawiony sam sobie, uznając
za wolę Boga to, co było tylko moją własną wolą, bardzo
silnie odczuwałem potrzebę „duchowego kierownictwa”.
W Indiach mówi się o guru, w Rosji nazywają go „starec”,
w Grecji „gerontos”, „roshi” w buddyzmie
japońskim. Oczekiwałem od „kierownika duchowego”, że
pomoże mi usłyszeć apel Ducha. Zatem po raz drugi odbyłem miesiąc
ćwiczeń duchowych wedlug św. Ignacego, w trakcie ich odbywania
podjąłem decyzję przeżycia „roku sabatycznego” poza
Japonią. Miałem nadzieję, że odrywając się od codzienności
lepiej usłyszę głos Boga. Czułem zaproszenie, które Pan mi
przekazywał ustami proroka: „Poprowadzę go na pustynię i
tam przemówię mu do
serca! Tam złączę się z nim. Ty będziesz
należał do mnie, ja będę należeć do Ciebie” (Oz 2,
16, Jr 31, 33, Pnp 2, 6; 6, 3). Pustynia, którą wybrałem były Góra
Athos (miesiąc), klasztor betlejemski w Alpach (trzy miesiące),
trapiści z Bellefontaine (miesiąc), Ashram Saccidânanda
i Ashram Poona (miesiąc). Wszyscy bracia i siostry żyjących w
tych miejsc poświęcali życie poszukiwaniu Boga według różnych
tradycji. Wśród tych różnych form zewnętrznych starałem się
znaleźć to, co było wspólne w tym poszukiwaniu. Świadectwo ich
żarliwej modlitwy, ich post, ich pokuta, ich starania o nawrócenie
były dla mnie cenną zachętą i absolutnie koniecznym impulsem. Sądzę,
że nie zniósłbym samotności bez tego żywego świadectwa,
bardzo bliskiego ich całemu życiu. W tych wszystkich miejscach
moja modlitwa wyrażała to samo pragnienie: „Panie,
obdarz mnie łaską nieustannej modlitwy! Spraw, abym w Twoim świetle
odróżnił to, czego oczekujesz ode mnie, daj mi każdego dnia
potrzebną siłę, aby to wypełnić.” Moje zaufanie
bazowało na obietnicy Pana: „Proście, a będzie wam
dane!” (Mt 7, 7). Jemu pozostawiłem wybór czasu i sposobu
spełniania modlitwy. Wydaje mi się, że mógłbym kontynuować tę
modlitwę do ostatniego tchu. Myślę o fenomenie bólu zębów:
kiedy bardzo bolą, to ten pulsujący ból nie opuszcza nas ani na
chwilę, bez względu na to co robimy, czy chodzimy, czy śpimy,
czy rozmawiamy z przyjaciółmi. Tak samo chciałbym, aby moje
serce było pochłonięte Jezusem bez przerwy, do bólu.
Dlatego myślę,
że połączenie praktyki modlitwy do Jezusa i oddechu powinno pomóc
bardzo w dążeniu do nieustannej modlitwy. Św. Jan Klimak mówił:
„Niech pamięć o Jezusie połączy się z oddechem, a wtedy
poznasz korzyść z hesychii, to znaczy kontemplację.[13]
Niech myśl o śmierci i modlitwa do Jezusa (monologistos Jesou euxe) usypia i
wstaje z tobą. Ponieważ nie znajdziesz nic w twoim śnie, co dorównuje
tym sakramentom.[14]
Jedno słowo pielgrzyma uspokoiło Boga i jeden krzyk
wiary uratował łotra. Gadulstwo w modlitwie często rozprasza
umysł i wypełnia go obrazami, podczas gdy powtarzanie jednego słowa
zazwyczaj go skupia.”[15]
Św. Grzegorz
z Nazjanzu twierdził: „Trzeba
bardziej pamiętać o Bogu niż o oddechu. Tylko tym powinniśmy być
pochłonięci”.[16]
Św. Jan z Gazy radził dołączyć do modlitwy recytację psalmów
i powtarzanie ulubionych wersetów wybranych z Pisma[17].
Jan Kasjan, który upowszechnił na zachodzie obyczaje klasztorne
praktykowane w IV i V wieku w Egipcie, Syrii i Palestynie, zalecał
bardzo częste powtarzanie wersetu: Boże,
przyjdź z pomocą! Panie, pośpiesz mi na ratunek! Widział w
tej modlitwie cudowny instrument oczyszczania serca, wewnętrznej prostolinijności,
skuteczny apel do Ducha, aby otrzymać najwyższe dary
kontemplacyjne.[18]
Ostatecznie odkryłem, że modlitwa jest jak bicie serca. Oddychamy bez
przerwy nie zdając sobie z tego sprawy, to nam wydaje się
naturalne. Dotknięty chroniczną astmą, spowodowaną skażeniem
atmosfery w Kawasaki, miałem kłopoty z oddychaniem i wielokrotnie
miałem duszności. Poczułem po raz pierwszy w życiu jak cudowną
łaską jest możliwość oddychania. Lekarze zalecili mi
oddychanie brzuszne. Nie wiedziałem na czym to polega. Później
zauważyłem, że tradycja Zen i Yogi przywiązywała dużą wagę
do tego typu oddechu. Odtąd, za każdym razem, gdy odzyskiwałem
świadomość mojego oddechu, w trakcie wdechu modliłem się: „Panie,
Tobie zawdzięczam ten oddech życia!” A w trakcie
wydechu: „Panie, na znak wdzięczności oddaje Ci
tchnienie, które mi dałeś. Ofiaruję Ci się w całości, aby
wypełnić Twoją wolę aż do dnia, w którym oddam mój ostatni
oddech Ojcu mówiąc mu: oddaję się w Twoje ręce!”.
Tak w ciągu każdego dnia odkrywałem siebie uczestnicząc w
„oddechu” samego Boga. I odtąd za każdym razem, gdy
mam świadomość mojego oddechu, ta modlitwa powraca do głębi
serca. Czyż psalmista nie miał podobnego doświadczenia, gdy pisał:
„Gdy im oddech
odbierasz, marnieją i powracają do swojego prochu. Stwarzasz je,
gdy ślesz swego ducha i odnawiasz oblicze ziemi” (Ps
104, 29-30).
Gdy za poradą ojca Lassalle`a[19]
odbywałem rekolekcje Zen i zbytnio nie koncentrowałem się na myślach,
które mi przychodziły do głowy, nagle nasunęła mi się
tajemnica obecności Chrystusa. Jest mi trudno wyjaśnić, jak
odczułem wtedy to bardzo silne przeczucie, które nadal jest mi
znamienne. Oto tak spróbuję opisać to doświadczenie. W trakcie
świadomego oddechu odczułem obecność Chrystusa jako Syn, który
bez przerwy i całkowicie ofiaruje sie Ojcu. On jest Tym, kim jest
Ojciec. Jego słowa i czyny są słowami i czynami Ojca. (J 14, 24;
5, 30) „Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje.” (J
17, 10). Świadomy daru Ojca, Chrystus jest aktem dziękczynienia,
które wyraża się ofiarą z samego siebie złożoną Ojcu. Jego
ostatnia modlitwa na krzyżu: „Ojcze,
w Twoje ręce powierzam ducha mojego!” (Łk 23, 45), była
wyrazem fundamentalnej postawy, która cechowała całe jego
ziemskie życie. Ona wyraża Jego głęboką istotę na łonie Trójcy.
On jest Tym, który będąc całkowicie przyjmowany przez Ojca, sam
oddaje się Mu bez ograniczeń. To właśnie czyni Go Synem. „Ja
zawsze czynię to, co Jemu się podoba” (J 8, 29).
Obustronny dar, związek Ojca z Synem dokonuje się w ich wzajemnej
miłości, którym jest Duch Święty, ich więź miłości.
Dlatego delektuję się słowami Jana: „Bóg jest Miłością” (1J 4, 16). Duch Święty
rozlewa Miłość Boga w naszych sercach, abyśmy mogli uczestniczyć
w obcowaniu z Ojcem, Synem i Duchem (Rz 5, 5). Po hebrajsku duch to
Ruah, co znaczy „wiatr”, „podmuch”,
„duch”. To słowo wskazuje na cudowną moc, która
tworzy wszechświat (Rdz 1, 1), która zdolna jest odnowić serce
człowieka (Ps 51, 12), skruszyć serce z kamienia i uczynić z
niego serce z ciała, serce zdolne do kochania (Ez 36, 26-27).
Wdychając,
zacząłem błagać Ducha Świętego o podmuch Ojca i Syna, aby
przyszedł przepełnić mnie Swoim Życiem i Swoją Miłością. A
wydychając, złączony z Chrystusem, ofiarowałem siebie Ojcu i
prosiłem, aby mnie prowadził wedlug Swojej Woli. Ojciec Chevrier
poleca nam częste powtarzanie modlitwy: „Panie
daj nam Swego Ducha!”. Św. Serafin z Sarov podczas słynnej
rozmowy z Motowiłowem oświadczył: „Celem
życia chrześcijanina jest nabycie Ducha Świętego”.[20]
Przyznanie takiego miejsca Duchowi Świętemu było w tej epoce
rzadkością. Liturgia wschodnia zaczyna każdego dnia nabożeństwo
następującą inwokacją do Ducha:
Królu nieba!
Pocieszycielu, Duchu Prawdy,
Ty, który jesteś wszędzie obecny, Ty, który napełniasz
wszystko,
Skarbcu łask i Dawco Życia
Przyjdź i zamieszkaj w nas.
Oczyść nas ze wszystkich skaz,
Zbaw nasze dusze,
Ty, który jesteś Dobrocią!
Pewnego dnia,
kiedy odmawiałem modlitwę do Jezusa, następujące słowa św.
Pawła przyszły mi na myśl: „Nikt nie może powiedzieć
bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1Kor 12,
5). Byłem z tego powodu szczęśliwy. Mówiąc: „Panie Jezu,
Synu Boga, zlituj się nade mną grzesznikiem”, uznawałem władzę
Jezusa z Nazaretu nad całym moim życiem, zarazem całe moje życie
zostało uzależnione od Ducha. Wszystkie demony zostały wypędzone.
Wiem dobrze, że próbowały powrócić z innymi demonami o wiele
silniejszymi. Ale Pan mówi: „Nie obawiaj się! Pokonałem
grzech, szatana i śmierć! Jestem silniejszy od nich i chcę, abyś
uczestniczył w moim zwycięstwie!”.
Ojciec Oshida,
dominikanin, zapoznał mnie ze znaczeniem chińskiego ideogramu
oznaczającego modlitwę: pokazanie swojego topora w epoce, gdy
wojownicy walczyli mieczami, lancami i toporami, oznaczało złożenie
broni nieprzyjacielowi na znak kapitulacji i całkowite oddanie się
do jego dyspozycji. Modlitwa też niejako jest kapitulacją przed
Bogiem: „Panie, zrobiłem co mogłem, aby móc żyć ciągłą
modlitwą. Ale poniosłem klęskę. Nie potrafię modlić się tak,
jak należy (Rz 8, 25). Naucz mnie modlitwy. Wyślij mi Ducha Świętego!
Jedynie On sprawi, że z mojego serca wypłynie modlitwa miła
Tobie! Jedynie On zjednoczy się z Tobą, a ja zawołam „Abba,
Ojcze!” (Rz 8, 15). Choćbym gorliwie poszukiwał Twego
Oblicza, nie mogę zapomnieć, że Ty mnie bez przerwy wyprzedzasz,
tak jak Ojciec, który oczekuje powrotu cudownego syna, jak dobry
pasterz, który poszukuje zbłąkanej owcy.[21]
Każdemu z nas stawiasz pytanie adresowane niegdyś do Adama: „Człowieku,
gdzie jesteś? Dlaczego chowasz się?” (Rdz 3, 9-10).
Panie, wstydzę się, ponieważ odwróciłem się od Ciebie.
Zamiast stawić się przed Tobą takim, jaki jestem, starałem się
usprawiedliwiać i zrzucić odpowiedzialność za grzech na innych.
Poszukiwałem podziwu, wdzięczności, przyjaźni ludzi z
otoczenia, a to sprawiło, że byłem czasami niesprawiedliwy,
niewierny prawdzie. To właśnie usłyszałem w czasie pewnego nabożeństwa:
Pragnąłem pierwszych
miejsc,
Chciałem czynić zło za zło,
Nie wypełniłem mych postanowień wobec Ciebie. O zbawco,
zlituj się!
Mówiłem z próżnością,
Pragnąłem tego, czego Ty nie lubisz,
Lekceważyłem maluczkich, których Ty wolisz,
Zapomniałem Słów Życia i Pokoju.
Tak, doprawdy zgrzeszyłem! O Zbawco, zlituj się!
Albowiem
wasz Ojciec wie, zanim go poprosicie, czego wam potrzeba (Mt 6, 8).
Aby odpowiedzieć na Twój apel, opuściłem mój kraj, moją
rodzinę, moich przyjaciół, ale świadomie wybrałem Ciebie. W
istocie, to Ty najpierw mnie wybrałeś (J 15, 16). Ty mnie wybrałeś
tak, jak wybrałeś każdego z nas przed stworzeniem świata, aby
uczynić z każdego istotę na swoje podobieństwo, prawdziwego
Syna świętego Ojca (Ef 1, 4). Jak często zapominam o tej
tajemnicy poprzedzającej ten wybór! Panie, który przybyłeś
nawracać grzeszników, zlituj się nade mną! Powiedz tylko słowo,
a będę uzdrowiony, oczyszczony i odnowiony. Wydając ostatnie
tchnienie, oddaję się w Twoje ręce, zdaję się na Ciebie!
Poddaję się! Zrób ze mną to, co Ci się podoba!
Edward BRZOSTOWSKI
[1] „Ofiara liryczna”,
Rabindranath Tagore, wyd. Gallimard 1947, s. 53.
[2] „Życie w Jezusie
Chrystusie”, Nicolas Cabasilas, wyd. Chevetogne, 1960, s. 153.
[3] „Opowieści chasydów”,
Martin Buber, Paryż 1963, s. 157.
[4] „Pensées”,
„Tajemnica o Jezusie”, Pascal, wyd. Larousse, s. 72. Św. Grzegorz z Nyssy już mówił: „Znalezienie Boga polega na ciągłym szukaniu…Widzieć
Boga, to znaczy zawsze tego pragnąć” (Macrinia, PG. 46,
zbiór 97, A). Św.
Bernard: „Ten może Ciebie szukać, kto już Ciebie znalazł. Tak, możemy
Ciebie szukać i znaleźć, ale nie potrafilibyśmy Ciebie prześcignąć”
(De diligendo Deo. PL. 150/987). Ojciec Feuillet tak streszcza studium o „Tajemnicy Miłości
Bożej w teologii joannitów” (Gabalda, 1972): „Powołaniem
ludzi jest szukanie i znalezienie Jezusa, albo Mądrości. Wszyscy
ludzie, którzy to wiedzą lub nie, szukają Jezusa, kto jest
szczery, rozpozna w słowach Jezusa uosobienie prawdy”
(s. 131-132).
[5] „Wspomnienia Arunachala”,
Henri Le Saux, wyd. Epi, 1978, s.
125-28.
[6] „De diligendo Deo”,
rozdz. 1.
[7] Antoine de Saint-Exupéry, „Mały Książę”,
wyd. Gallimard, 1946, s. 72.
[8] Święty
Cezary z Arles mówi nam, że Stary i Nowy Testament są
„listami pochodzącymi z naszej ojczyzny” (Kazania 7/2,
SC 175, s. 341). Jeśli do naszego umysłu, który nie spoczywa,
wrzucimy myśli święte i uczciwe, to my je formujemy jak zboże
duchowe, z którego przygotowujemy posiłek Chrystusowi, który
raczy zostać z nami. (s. 357).
[9] Paroles
des Anciens, J.-Cl. Guy, Paris, Seuil, 1976, s. 33.
[10] Mnich z Kościoła Wschodniego,
„Modlitwa do
Jezusa”, Paryż, Seuil, 1974.
[11]
Irénée Hausherr, „Hésychasme et Prière”, Orientalia
Christiana Analecta, nr 176, Rzym, s. 262.
[12] Silouane, Opactwo z Bellefontaine, s. 65.
[13] Św. Jan Klimak, Échelle 27,
52, „Hesychia jest zarazem stanem życia i stanem zgodnym z
duszą: odosobnienie i samotność
z jednej strony, z drugiej odpoczynek, cisza myśli i ruchów, spokój
ducha, zawieszenie czyni duszę, a zwłaszcza umysł i serce skłonnymi
do długiej kontemplacji” (Petite Philocalie, J. Gouillard,
Paryż, Seuil, 1968, s. 15-16).
[14] Id., 15/52, 20/7, 28/5.
[15] Id., 28/10.
[16] Św. Grzegorz z Nazjanzu, Orat.
Theolog.
I, nr 4; PG 36, 168.
[17]
Barsanuphe et Jean de Gaza, „Correspondance”, Solesmes,
1971, s. 146.
[18] Kasjan, Conférence 10,
roz. 10-11.
[19]
H. M. Lassalle, „Zen”, Paryż, Desclée, 1965. Id.,
„Méditation, Zen et prière chrétienne, Paryż, Le
Cerf, 1975
[20]
Irina Gorainoff, „Séraphin de Sarov”, Desclée/Bellefontaine,
1979, s. 157.
[21] Abraham
Heschel, „Dieu en quête
de l’homme”,
Paryż, Seuil, 1968. M. A. Santaner, „Dieu
cherche l’homme”, wyd. Ouvrières, 1981.
Ks. Edward Brzostowski. Urodził się w 1932 roku we Francji. W 1962 roku obronił doktorat
na rzymskim Gregorianum. W roku 1970 uzyskał tytuł Bachelor of
Arts at japanese Literature na Uniwersytecie Keio w Japonii. Jest
misjonarzem i tłumaczem. W 1982 roku ukazała się w języku
francuskim książka, która dwa lata wcześniej została napisana
po japońsku. Nosi ona tytuł: "Prier: un nouveau défi
japonais". Jej autor, ksiądz Edward Brzostowski, jest członkiem
Zgromadzenia Prado, pracuje od 40 lat w kraju kwitnącej wiśni.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Anncy, 2003)
Fot. Michael Wittbrot
|