|
... (30)
Posłuchaj, M...
Gdańsk, 6 czerwca
1998 roku
Parę dni temu wyjąłem
ze skrzynki ten list zaadresowany znajomym pismem, ale już wtedy
wiedziałem, że nie ma takiej siły we mnie, nie ma takiej siły,
która zmusiłaby do jego otwarcia. Nie bałem się tego, co mogłoby
być w nim napisane, nie spodziewałem się też, że trzymam w ręku
tylko pustą zaadresowaną kopertę. Mogłem domyśleć się, co
mogło być w nim napisane, i być może ta pewność uwalniała
mnie od potrzeby czy konieczności rozerwania koperty.
Być może przyszedł za wcześnie,
za miesiąc może otworzyłbym go od razu na schodach, może...
Wiem także, że nie otworzę go za miesiąc, że nie przeczytam go
nigdy. Leży na parapecie okna i utwierdza mnie w pewności, że są
słowa, których nie chce się już wymawiać, że są dni, w których
trzeba iść samemu; że już nic nie ma się do powiedzenia komuś
drugiemu. To się tak kończy, nagle, niepostrzeżenie. Jakby nastąpiło
raptowne wstrzymanie uczuć, które jeszcze niedawno były najświętszym
stanem duszy. (Czy dzisiaj ktoś jeszcze wie lub pamięta, co to
jest „dusza”?). Odwracasz się od tego, co było, a co
powoli zamieniło się w trujący jad. I nie ma sensu przedłużać
tego stanu żadną siłą woli ani wyobraźni...
Parę razy w życiu powtarza się
ten schemat i przysięga się sobie, że już nigdy więcej, że
początek i koniec jest taki sam – banalny i gorzki. Pozostaje zbędny bagaż, z którym
najpierw nie wie się co zrobić, a który potem przeszkadza.
Ale jak to jest z tą
naszą wewnętrzną chemią, która doprowadza nas do stanu
wstrzymania uczuć? Jak to jest, że nagle tęsknimy za ciszą i już
nie chce nam się mówić, choć mieliśmy – tak się zdawało
– jeszcze tyle do
powiedzenia? Potem jeszcze czasami próbujemy powstrzymać ten
nieuchronny koniec: właśnie pisząc list (bez pewności, że
zostanie przeczytany), wykręcając znajomy numer telefonu i odkładając
raptownie słuchawkę. To się jeszcze ciągnie – czasami krócej,
czasami dłużej, niekiedy do końca dni. I czasami odzywa się
pragnienie, by jeszcze raz zobaczyć choćby w tłumie tamtą postać,
ale zaraz odchodzi to pragnienie, gdy nadchodzi następna myśl, że
trzeba będzie zacząć rozmawiać. A rozmawiać już nie ma o
czym, właśnie ona i on nie mają już dla siebie żadnych słów,
żadnej myśli, żadnego sekretu do powierzenia.
Coś trzeba z tym listem zrobić,
ale każdy pomysł zdaje się nieciekawy, jakby od tego coś
jeszcze mogło zależeć, jakby coś jeszcze mogło się zdarzyć
lub odmienić. Może po jakimś czasie słowa tam napisane znikną
same?
Aleksander JUREWICZ
Posłuchaj, A...
Jeśli znikają, zamazują się miłe sercu obrazy, jeśli wszystko, na co
się czekało albo czym się oddychało, o czym się śniło, z
czym rozpoczynało się nowy dzień i kończyło następny,
przestaje cokolwiek znaczyć, co rzeczywiście się liczyło i
liczy? Czy każde pożegnanie musi być gorzkie, równie banalne,
co łzy i słowa powtarzne tysiąc, sto tysięcy razy?
Może nie powinniśmy niczego wykreślać, zamazywać,
raptownie wstrzymywać, a tym bardziej skrywać się ze swoimi
afektami czy mieszanymi uczuciami? Czyż tylko do tych przeżyć
mamy się przyznawać i tylko przed tymi osobami nie uciekać, które
potrafią podnieść na duchu albo nazbyt mocno nas nie absorbują?
Co pomoże albo co zmieni nieodbieranie telefonu, nieotwieranie
listów, nieodzywanie się albo bojkotowanie bliskiej, najbliższej
niegdyś istoty? Czy jedynym rozsądnym rozwiązaniem – gdy
gaśnie płomień uczuć – jest wymazanie, wykreślenie kogoś
z życia?
„Co będzie prawdziwe dalej? Co będzie życie? A co
kroki po tobie w pustej ulicy? We wszystkim, co się zdarzy, ile będzie
śladów nie do zatarcia nigdy?” – pyta bohater
„W środku nocy”. W swojej niewielkiej, niezbyt
obszernej literackiej rozprawie poruszyłeś wiele problemów, a właściwie
jeden, zasadniczy: po co jesteśmy, po co kochamy i umieramy,
dlaczego giniemy z miłości albo buntujemy się, niszczymy
wszystko, co było treścią, podstawą, zasadą istnienia?
Dlaczego szukamy i nie umiemy znaleźć: spełnienia, zrozumienia,
bliskości czy szczęścia? Czyż nie wiadomo, że tylko w tanich
romansidłach albo modnych obecnie, nudnych, niekończących się
telenowelach, których nazwa stała się równie myląca jak treść,
wszystko zamyka wzniosła puenta, patetyczny finał,
melodramatyczne rozstanie albo samobójcza, niszcząca rozpacz?
W książce, którą zaliczam do Twoich najlepszych utworów, nie żadna
puenta, lecz jej brak zmusza do zastanowienia, prowokuje, angażuje
– tak duszę jak i ciało – nie tyle, aby sobie coś
wyrzucić albo zarzucić, lecz żeby zdać sobie sprawę, iż w
pewnych przypadkach nie los decyduje o ostatecznych wyborach, lecz
nieuchronna, chroniczna potrzeba, tęsknota za niepojętym, a
niekiedy i zupełnie nieoczekiwanym rozstrzygnięciem. Śnimy o
czyjejś bliskości, a z czasem zaczyna nas męczyć brak samotności.
Pragniemy szczęścia, a zjawiają się łzy albo obojętność,
pojawiają się większe, coraz poważniejsze kłopoty z samookreśleniem
czy wspólnym zaangażowaniem. Wierzymy, że uda się spełnić choć
jedno marzenie – a w końcu nie stać nas choćby na połowiczne
rozwiązanie, ryzyko zaufania, krok w swoją stronę.
Najświętsze stany duszy pojawiają się bardzo rzadko, a kiedy już
poczujemy jakiś poryw, wzmożoną potrzebę odkrywania najsłodszych
sekretów czy też naturalną skłonność do przebywania,
poruszania się jakby po jednej, wspólnej orbicie – czy, od
kogo i dlaczego mamy żądać, żeby odświętne chwile trwały w
nieskończoność? Czyż wszystko, co wczoraj łączyło, dzisiaj
musi dzielić, odpychać, wzbraniać przed odebraniem telefonu,
otwarciem listu albo odczytaniem maila? Czy zamiast słów, do
jakich powracało się na jawie i we śnie, zamiast powierzanych
sobie tajemnic i nieobojętynych myśli, nadejść musi – już
nie gorzka refleksja lub wola rozpamiętywania doznanych krzywd, chęć
rozliczenia się ze sobą i z przeszłością, lecz zniechęcenie,
zniecierpliwienie, nieodwołalny wyrok, upór nie do pokonania albo
banał? – M.
Paryż, 17 lutego 2007 roku
Cykl tekstów „Posłuchaj, M...” ukazywał się
na łamach „Naszej Rodziny” od maja 1995 do września
1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w
pierwszym numerze „Recogito”, zaś pierwszy tekst z
serii „Posłuchaj, A...” ukazał się w numerze 11-12 z
1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został
poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru – 7-8
(646-647) 1998, s. 20.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 1994)
Fot. Miarek Wittbrot
|