Cmentarz
Toby
po raz nie wiedzieć, który powtarzał sobie w duchu, że trzeba
było zostać w domu. Gdyby posłuchał tego, co podpowiadał
rozum, bazujący na dotychczasowym doświadczeniu, nie musiałby
teraz przeżywać tych okropności. Zwyczajnie, wycieczka, zwłaszcza
taka, do puszczy, w teoretyczne bezludzie jest zwykle czymś bardzo
ciekawym, dostarczającym przyjemnych, ba, niezapomnianych wrażeń,
szczególnie wówczas, gdy ma się kilkanaście lat. Owszem, to
prawda, jednakże tylko wtedy, gdy spełnione są pewne warunki.
Rzecz jasna, do najważniejszych należy z pewnością odpowiednie
towarzystwo. W wypadku Tobyego, podczas tej wyprawy towarzystwo składało
się z jego klasy oraz kilkunastu innych osób ze szkoły, które
zabrano, by wszystkie miejsca w autobusie zostały zajęte. Wiadoma
rzecz, wówczas koszt dzieli się między większą ilość ludzi,
dzięki czemu każdy płaci za swój udział nieco taniej. Toby zaś,
mówiąc delikatnie, za swoją klasą nie przepadał.
Wśród dwudziestu kilku osób, z którymi spędzał codziennie
kilka godzin w ramach jednej klasy znalazłoby się parę, z którymi
dosyć dobrze się dogadywał. Przejawiali mniej więcej podobne
zainteresowania, zachowywali się też w miarę spokojnie, znając
i respektując podstawowe wymogi kultury. Tymczasem przeważająca
część kolegów, a także, co szczególnie przykre, koleżanek,
postępowała zgoła inaczej. Wielu i wiele spośród nich miało
zamożnych rodziców, albo też piastujących ważne stanowiska, a
przynajmniej tak myślących. Skoro rodzice często nie
interesowali się życiem i szkolną działalnością dzieci, a także
nie zawsze respektowali obowiązujące zasady, tym bardziej lekceważyły
je ich pociechy. Nie musieli się, więc liczyć z forsą, a
czasami rozmaite wybryki uchodziły im na sucho. Większość z
nich posiadała, już od dawna własne samochody, a także,
przynajmniej czasami obnosiła się z dużymi pieniędzmi. Oczywiście,
takie już są prawidła ludzkiej natury, że tacy właśnie
uczniowie zdobywają popularność, imponują i narzucają ton
reszcie. W klasie Tobyego istniał, zatem ustalony i utrzymujący
się podział na „elitę” oraz „resztę”,
którą naturalnie rzekoma elita traktowała z lekceważeniem.
Oczywiście, jak się to czasami zdarza, tylko mała grupa spośród
tak „elitarnej” klasy pozostawała zainteresowana czymś
tak niepociągającym, jak zdobycie solidnej wiedzy. Toby do tego
niewielkiego marginesu należał, zaś oprócz niego także Henry,
Michael, Simon, a gdy szło o dziewczyny z pewnością Suzan i
Maggie, a od czasu do czasu także Sandra. Na ich towarzystwo liczył
Toby, podejmując z ciężkim sercem decyzję wzięcia udziału w
wycieczce. Sandra jednak nie cierpiała jazdy autobusem, nawet na
krótkim dystansie, do szkoły przywoził ją ojciec samochodem.
Michael, dobry kolega, na którego można było zawsze liczyć
akurat się rozchorował i wypadł z gry. Suzan oznajmiła, iż choć
jest to ostatnia rzecz na świecie, jaką chciałaby zrobić, to
jednak wypada jej udać się gdzieś daleko, na ślub jakiejś mało
znanej ciotki, toteż wszyscy troje nie mogli wziąć udziału w
wycieczce. Zostawało, zatem troje przyzwoitych ludzi, nawet więcej,
bo w miarę życzliwych, do których można było otworzyć usta.
Wyjazd okazał się jeszcze mniej ciekawy, niż można było się
obawiać. Najbardziej „elitarni” zabrali góry drogiego
jedzenia i, naturalnie rozmaite butelki, puszki oraz inne rzeczy,
które udało się im sprytnie ukryć w bagażu. Oczywiście, tylko
niewielka część ludzi zwracała uwagę na piękno otoczenia.
Najważniejszą atrakcję stanowiła rozrywka, taka jak oni ją
rozumieli. Łatwo odgadnąć, iż żelaznym punktem było, ja
zwykle, dokuczanie ludziom takim jak Toby.
Toby należał do osobników ukrywających swe uczucia. Nie narzucał
się otoczeniu, nie usiłował błyszczeć, ani też sztucznie, głośno
lub wręcz topornie zaznaczać swego istnienia. Nie przyłączał
się do „wesołego” spędzających czas, nie należał
do elity, toteż zaliczał się do jej ofiar. Odmiennie pojmował
rozrywkę, szukał oddechu i odskoczni od problemów za pomocą
sposobów innych, niż zabawa w kotka i myszkę z opiekunami, po
to, by nażłopać się piwa, dajmy na to. Zapadająca noc w
puszczy, blask ogniska, odgłosy lasu i gwiazdy na niebie miały
dostatecznie dużo uroku. Co prawda, krzyki, śmiechy i głupawe żarty
kolegów mogły popsuć nastrój, jednakże nie potrafiły go
zniszczyć. Pomimo wszystko, wiele by dał, aby móc siedzieć przy
ogniu samotnie, albo najwyżej z Henrym, Simonem i Maggie. Wiedział
dobrze, iż oni myśleli w podobny sposób.
Wieczorne ognisko było przedostatnią atrakcją kończącej się
powoli wycieczki. Jutro z rana udadzą się w głąb puszczy, na
poszukiwanie chaty traperskiej. Podobno zbudowano ją przed stu pięćdziesięciu
laty, a wiązały się z nią różne straszne i dramatyczne
historie. Nie wiedziano, czy bodaj drobna część krwawych, przerażających
opowieści o Indianach, białych myśliwcach, napadach, stoczonych
tam walkach, strzelaninach, zakopanym złocie, a także i
nieboszczykach odpowiadała prawdzie. Nie przeszkadzało to jednak
w niczym, wystarczała siła legendy, by do chaty wędrowało, co
roku sporo wycieczek i turystów. W roli dodatkowej ciekawostki,
podnoszącej w oczach przybyszów atrakcyjność wędrówki do sławnej
chaty występował leżący nieopodal drogi do niej wiodącej, (która
była tak dobrze wytyczona, oraz zadbana, aby nikt, nawet
najbardziej zagorzały mieszczuch się nie zgubił) stary indiański
cmentarz. Podobnie, jak w wypadku chaty, podnosiły się głosy
kwestionujące także jego autentyczność.
Toby nie wiedział, czy te informacje należy traktować zupełnie
poważnie, czy uznać je za typowy element składający się na
skuteczną reklamę. Większość jego kolegów uważała, że to
wszystko bujda. Nie wierzyli w przygody, dramaty, pasjonujące
wydarzenia, skoncentrowane wokół chaty. Mieli jednak wielką
ochotę wybrać się do niej. Nic w tym dziwnego. Zgodnie z tradycją
takich poszukiwań klasy, albo całe wycieczki dzielono na małe
grupy, które samodzielnie udawały się do celu. Miało to w
szlachetnych założeniach, pobudzać do okazywania aktywności,
pomagać ujawniać się nowym lub ukrytym umiejętnościom,
sprawdzać orientację w terenie oraz wyzwalać wszelkie dobre
cechy, jakich tylko wymaga zespołowe dążenie do osiągnięcia
celu. Problem w tym, iż jak zwyczajnie, tak i w tym wypadku okazało
się, iż dorosłych, w tym nauczycieli było mniej niż grup,
zatem, co oczywiście łatwe do przewidzenia, większość chciała
dostać się do grupy bez opiekuna. Klasę Tobyego podzielono na
cztery części. Udało mu się, chociaż to, że znalazł się w
tej samej co Maggie, Simon oraz Henry. Dołączono do nich jeszcze
trzy dziewczyny, które nie były w sumie najgorsze, choć czasami
same nie wiedziały, po której stronie się opowiadają.
Zdecydowali wspólnie, że, skoro „kobiety” mają większość,
jedna z nich będzie dowodzić. Bardzo szybki, bez zbędnego
udawania uznali naturalne zdolności twórcze Maggie, toteż jej
powierzyli dowództwo, po czym ruszyli przed siebie.
Zabłądzenie na drodze do chaty oceniane było przez dorosłych
jako „w praktyce niemożliwe”. W rzeczy samej, przez
niezbyt gęsty las prowadziła dosyć szeroka droga, która mogło
podążać obok siebie nawet czworo dorosłych ludzi. Wędrówka
wzdłuż tak wyraźnie wytyczonego szlaku, skręcającego nader
rzadko, w dodatku w większości bardzo łagodnie, wydawała się
mało wymagającym zadaniem. Maszerowali z początku niezbyt
szybko. Zamierzali pozostać w tyle na tyle daleko, by większość
chłopaków i dziewczyn uniknęła im z oczu. Po krótkim czasie
zostali na końcu wycieczki, a następnie sami. Większość kolegów
i koleżanek pobiegła naprzód, chcąc uwolnić się spod kontroli
dorosłych.
Toby nareszcie odetchnął i zaczął cieszyć się, iż mimo
wszystko pojechał. Pewnie, że trzy poprzednie dni nie należały
do przyjemnych, ale teraz było tak, jak chciał: cicho i
spokojnie. Dziewczyny nawet przestały trajkotać. Właściwie, słychać
było odgłosy kroków, czasami jakąś luźno rzuconą uwagę. Po
pewnym czasie zauważył, że w ogóle jest bardzo cicho, nawet za
bardzo. Przecież w lesie powinny się odzywać jakieś odgłosy.
Powiedzmy ptaki, dzięcioły na przykład, owady, albo niedźwiedzie
czy wiewiórki, jeśli tu akurat mieszkają. Co do niedźwiedzi, to
oczywiście lepiej, że ich nie było słychać. Jednak ta cisza
wydawała się bardzo dziwna. Toby postanowił przerwać ją i
zaproponował, by się zatrzymali.
Być może Henry, Magie i Simon także zauważyli, iż coś nie
jest w porządku, ponieważ nie zaprotestowali. Pozostałe
dziewczyny przeszły kilka kroków, zobaczyły, że idą same i także
się zatrzymały. Spoglądały zdumione na Tobyego, który,
nieruchomy, niczym posąg wsłuchiwał się w ciszę. W panującej,
niezwykłej, jakby zatrzymanej niby na zdjęciu atmosferze nie
dostrzegały niczego, co wymagałoby zastanowienia. Cisza, o cisza.
Dostosowały się do nastroju i przestały rozmawiać, ale nie
widziały powodu, by się zatrzymywać. Teraz jednak, widząc
niepewność reszty towarzystwa, one także zamilkły i nieco
pobladły.
Toby wyjaśnił im wolno, o co mu chodziło. Nikt nie wzruszył
ramionami. To coś, udzieliło się również im. Zaczęli się
rozglądać i nasłuchiwać. Ich twarze poważniały z każdą
chwilą. Po chwili przyznali mu rację. Żaden dźwięk do nich nie
dobiegał. Zauważyli też coś więcej. Drzewa stały zupełnie
nieruchomo. Nie poruszał się nawet jeden listek. Simon zaczął
poruszać rękoma, jak człowiek, który właśnie uświadomił
sobie, iż od pewnej chwili marznie. Toby czuł się coraz bardziej
nieswojo. Nie, serce pracowało bardzo spokojnie, ręce i nogi
nadal słuchały poleceń, a jednak, gdzieś, w głębi umysłu
wiedział, że zbliża się coś straszliwie niebezpiecznego.
Wtedy, właśnie Simon wypowiedział dwa słowa, które wszystkich
przeraziły, choć starali się to ukryć. Blady jak ściana,
starając się przywołać uśmiech na twarz rzucił krótko:
„Duchy jakieś, czy co?” Odpowiedzi nie było. Znów
zapadła cisza.
Henry otrząsnął się najszybciej. Odchrząknął z trudem,
potem, muz bez problemów powiedział, iż stojąc tutaj niczego się
nie dowiedzą. Najlepiej będzie, jeśli się pospieszą i spróbują
dogonić tamtych. Maggie, także odzyskała mowę, odpowiedziała,
że lepiej i łatwiej będzie wrócić do autobusu. To tylko niecałe
ćwierć mili, więc raczej się nie zgubią. Simon się sprzeciwił.
Stwierdził, że i tak już „tamci” mają ich za nic,
dopiero by się śmiali i kpili bez końca. Wracając,
zapracowaliby na przezwisko tchórzy, oferm, lalusiów, maminsynków
i tym podobnych. Nie mają wyjścia. Nie trzeba tracić czasu na
zastanawianie się i gadanie, tylko ruszać w ślad za tamtymi. Być
może większość z nich myślała podobnie już wcześniej, gdyż
bardzo szybko przytaknęli chętnie i natychmiast ruszyli przed
siebie szybkim krokiem. Po chwili, całkiem naturalnie, bez
konsultacji, zaczęli biec.
Toby zadyszał się i zmęczył tak, że musiał przystanąć.
Pochylił się i oparł dłonie na kolanach. Reszta tylko na to
czekała. Zatrzymali się wszyscy i oddychali ciężko przez dłuższą
chwilę. Po długiej chwili Toby wyprostował się i spojrzał
przed siebie. Droga biegła w tym miejscu prosto. Wytężył wzrok.
Niestety, aż do punktu, w którym, w oddali zbiegały się drzewa
nie było widać ludzi, ani żadnej chaty. Pomyślał, iż wszystko
wskazuje, że źle zrobili słuchając Simona. Ta droga wygląda
tak, jakby nie miała mieć końca. Może jednak wrócić? Jeszcze
jest czas. Odwrócił się, by podzielić się z nimi tym
wnioskiem, otworzył usta, ale nie wypowiedział ani słowa. Zamarł
wprost ze zdumienia. Świat przed nim zupełnie zniknął! Kilka
kroków z tyłu, za jego kolegami wszystko tonęło w gęstej białej
mgle.
Stał, usiłując zapanować nad ogarniającym go lękiem. Po
chwili usłyszał załamujący się ze strachu głos jednej z
dziewczyn. Zapytała po prostu: „Co to jest?” Dobre
pytanie. Gdyby on sam wiedział! Mgła, to widać, ale czy to
normalna mgła? Nigdy nie był za mocny, gdy szło o znajomość
geografii, a już z pewnością meteorologii, ale przecież, na
zdrowy rozum, to dziwne. Jest początek lata, dni, a również noce
były ostatnio bardzo ciepłe, nawet gorące. Wczoraj, niemłody już
leśnik, pracujący w tej puszczy od przeszło trzydziestu lat, mówił,
że to bardzo suche lasy. Pytali go o bagna, albo jakieś mokradła,
gdzie ktoś po zabłądzeniu mogły utonąć, a także, na których
coś mogłoby straszyć. Oczywiście, szło o to, by nastraszyć
dziewczyny. Odpowiedział, iż w pobliżu nie ma niczego niezwykłego.
Owszem, opodal drogi prowadzącej do chaty, znajdował się stary
indiański cmentarz, ale dla niego nie był on niezwykły. Leśnik
opowiadał, że przecież, Indianie mieszkali tu wcześniej od białych.
Niewiele śladów pozostało po nich na tym terenie, ale cóż
niezwykłego, że przetrwał stary cmentarz? Mokradła, owszem są,
ale dobre kilka mil na północ od chaty. Jeśli dodać do tego, iż
odległość pomiędzy ich obozem, a chatą wynosiła niecałe trzy
mile, okazywało się, że znajdowali się z dala od bagien, w całkiem
bezpiecznym dystansie. Skąd zatem się wzięła ta mgła? Rano,
gdy wstali było już bardzo ciepło. Zauważył jednak, że teraz
robi się coraz zimniej.
Odwrócił się. Wszyscy spoglądali po sobie ze zdumieniem i
strachem. Po chwili, bez naradzania się, prawie jednocześnie
pobiegli przed siebie. Chcieli uciec przed mgłą. Mieli nadzieję,
że już zaraz, za jakimś załomem drogi ujrzą chatę, o wokół
niej ludzi. Jak bardzo pragnęli zobaczyć teraz te twarze, których
zwykle woleli by nie oglądać!
Przystanęli dopiero wówczas, gdy prawie zabrakło im tchu. Jak na
komendę wszyscy obejrzeli się za siebie. Dziewczyny krzyknęły,
jedna zaczęła piszczeć. Mgła była tuż za nimi! Tyle i tak
szybko biegli, a nie odsunęli się od niej ni na krok! Teraz
jednak zatrzymała się tak, jak oni.
Toby z najwyższym trudem krzyknął, iż muszą iść dalej. Jedna
z dziewczyn zapiszczała, dysząc ciężko po każdym wyrazie, żeby
sam sobie szedł, bo ona nie ma siły. Druga zaczęła krzyczeć na
Simona, że to jego wina, że trzeba było od razu wracać, ale on
wolał grać bohatera. Simon, który zdołał już złapać równiejszy
oddech, odpowiedział, że wszyscy mogli coś powiedzieć, a nie
teraz się mądrzyć. Toby wydał z siebie nieokreślony, za to
niezwykle mocny wrzask. Ucichli natychmiast, może dlatego, że ich
tak zaskoczył. Byli zdziwieni. Nigdy wcześniej tego nie robił.
Powiedział, że potem się będą kłócić, jak się wydostaną z
tego lasu. Posłuchali go i powlekli się wzdłuż drogi.
Dotarli do ostrego zakrętu. Wcześniej takich nie było.
Zatrzymali się. Droga załamywała się tak ostro i nagle, iż w
efekcie mieli przed sobą ścianę drzew. Co mogło kryć się za
nimi? Toby polecił, aby zaczekali, on sam to sprawdzi. Powoli
doszedł na róg zakrętu. Wyjrzał ostrożnie. Droga biegła dalej
zupełnie prosto. Po lewej stronie drzewa rosły jak dotąd. Po
prawej rozciągała się ogromna łąka. Wznosiła się nieco do góry,
a tam... Ależ, tak! To był cmentarz! W odległości może
kilkudziesięciu jardów od drogi! Nawet stąd dostrzegał tablicę
informacyjną oraz resztki ogrodzenia, otaczającego teren
cmentarzyska. Zawołał Simona.
Wszyscy razem minęli zakręt. Zatrzymali się na wprost cmentarza.
Nikt nie chciał spojrzeć za siebie. Wreszcie Toby się odważył.
Krzyknął niezbyt głośno. Obrócili się. Mgła została za
barierą drzew. Nie przekroczyła załomu drogi. Dlaczego? Toby
przyglądał się łące, a potem wzgórzu za nią. Tak, najwyraźniej
widać było tam zniszczenia. Nie tylko ogrodzenia zostało wyłamane.
Tablica chyliła się ku ziemi. Kilkanaście rosnących tam świerków
miało połamane i obszarpane gałęzie.
Powiedział, że muszą tam pójść. Oczywiście, dziewczyny zaczęły
wołać: „coś ty” i „nigdy w życiu”, ale
ich nie słuchał. Wszedł na łąkę. Maggie, Simon, a na końcu
Henry poszli za nim. Wreszcie trzy pozostałe dziewczyny, rozejrzały
się i pobiegły za nimi. Cmentarz zasypany był kawałkami gałęzi,
leżącymi w mocno zdeptanej trawie. Pomiędzy nimi walały się
puste puszki po piwie oraz rozmaite śmieci. Toby powiedział, że
muszą zrobić z tym porządek. Trzy dziewczyny zapiszczały, że
nie ma czasu, i, że to przecież cmentarz! One tu nie zostaną!
Nie będą się w tym grzebać. Wtedy Simon wtrącił się, mówiąc,
że właśnie dlatego trzeba to posprzątać. A, poza tym, tu po
nieboszczykach dawno już pewnie nic nie zostało, najwyżej jakaś
kostka, nie ma się czego bać. Trzy dziewczyny pomruczały coś
jeszcze, ale w końcu wzięły się do pracy.
Po upływie może pół godziny, stary indiański cmentarz wyglądał
o wiele lepiej. Wreszcie Simon zdecydował, że zrobili, co mogli i
trzeba iść dalej, zanim mgła sobie o nich przypomni. To słowo
sprawiło, że rozejrzeli się wokół i teraz już wszyscy zaczęli
wrzeszczeć. Mgła sobie przypomniała. Była już nie tylko z tyłu,
od strony obozu, i przed nimi, w kierunku chaty, ale wszędzie!
Dokoła okręgu wytyczonego wokół cmentarza, zaraz za naprawionym
ogrodzeniem wszystko tonęło w gęstej jak mleko mgle! Nie
wiedzieli już nawet, skąd przyszli, ani jak prowadziła droga.
Dwie dziewczyny usiadły na jakimś pniaku i zaczęły płakać.
Maggie trzymała się dzielnie. Stwierdziła, że jeśli wcześniej
działo się coś niezwykłego, to ona nie wie, jak nazwać to, co
dzieje się teraz. Trzecia z dziewczyn zaczęła krzyczeć. Toby
zdołał zrozumieć, iż pyta o to, co mają teraz zrobić, i czy
tutaj umrą? Powiedział, że na pewno nie umrą, ale muszą się
dobrze zastanowić. Najlepiej usiąść i coś zjeść.
Usiedli jak najbliżej siebie i sięgnęli do plecaków. Pierwszą
rzeczą, którą znalazł Henry był jednak telefon! Krzyknął tak
głośno, że wszyscy poderwali się na nogi. Zaraz potem
przekrzykiwali się wzajemnie, oskarżając o krańcową głupotę.
No, oczywiście, telefon! Jak mogli tak się dać otumanić? Ze
strachu zapomnieli o tym, co najbardziej oczywiste! Przecież
wystarczyło zadzwonić do kogokolwiek, do pana Dudeya, wychowawcy
klasy, na ten przykład!
Henry, a zaraz potem Maggie i Simon, którzy najszybciej odnaleźli
aparatu rozpoczęli próby. Tylko Toby siedział spokojnie i powoli
przeżuwał bułkę. Miał dziwne przeczucie, że telefony nie
zadziałają. Przecież szli i biegli już dosyć długo. Nie
zadzwonił jednak żaden telefon. Nie słychać było ani jednego
SMS-u. W jakiś trudny do opisania sposób wiedział, że nic z
tego. Po dłuższej chwili zawiedzione i pełne rozpaczy spojrzenia
potwierdziły jego obawy. Telefony były całkowicie martwe.
To prawda, że jedzenie uspokaja i poprawia nastrój. Dziewczyny,
ochłonąwszy po kolejnym, telefonicznym wstrząsie, bardzo szybko
przestały płakać i mówić o śmierci. Wszyscy odkryli, iż w
rzeczy samej, są bardzo głodni. Pokonawszy większość zapasów
zaczęli rzucać różne pomysły na wyjście z sytuacji. Nie mogli
jednak się na nic zdecydować. Błądzenie po lesie, na chybił
trafił mogło się źle skończyć. Czekać, także nie mogli do
końca świata. Toby pocieszał, że może mgła wreszcie się
podniesie. Potem, zmienił temat. Zaczęli się zastanawiać, kto
spośród ich kolegów pozostawił cmentarz w takim stanie. Ilość
puszek wskazywała, że mogła je zostawić najwyżej jedna grupa,
góra dwie. Kto? Dalej, skąd mieli tyle czasu, by dokonać
zniszczeń i jeszcze urządzić „ucztę”? Przecież
dystans między nimi nie był aż tak wielki. Naprawdę, działo się
tu coś niewytłumaczalnego. Tak czy inaczej, musiały to być dwie
grupy bez nauczycieli, bo przecież oni nie pozwoliłby, chyba, że
pan Boorock, ojciec Stana. Tak, on, jak się to mówi, nie pogardził
okazją, jeśli się nadarzała...Poza tym, był to człowiek dosyć
apodyktyczny i nerwowy, może więc... Ale, kto wie, jak było
naprawdę?
Podskoczyli wszyscy, a potem zerwali się na równe nogi, gdy usłyszeli
odpowiedź. Jak ona tu przyszła? Spoglądali zdumieni na stojącą
przed nimi dziewczynę. Toby rozpoznał od razu indiańską sukienkę,
taką, jaką widywał na starych dziewiętnastowiecznych
fotografiach. Dziewczyna mogła być w ich wieku. Miała regularne,
mało indiańskie rysy, a jednak nie wątpił, że nią właśnie
była. Pomyślał, iż jest o wiele ładniejsza od Maggie i Suzan,
o tamtych, zarozumiałych koleżankach z klasy nie mówiąc.
Indianka, wyglądająca jakby zeszła ze zdjęcia w książce, powtórzyła,
iż ona zna odpowiedź na wszystkie ich pytania. Wie, kto znieważył
cmentarz. Widziała także, co uczynili oni. Ona sama, a także jej
plemię jest bardzo wdzięczne, za to, że okazali tyle szacunku
zmarłym. Indianie potrafią okazywać wdzięczność, dlatego ona
wskaże im drogę, do miejsca, z którego dziś rano wyszli.
Spoglądali po sobie, nie próbując nawet kryć przed sobą krańcowego
zdumienia. Kim ona jest? Skąd to wie? Czyżby byli od dawna śledzeni?
Ale...Właśnie, przecież tu nigdzie nie ma rezerwatu. Leśnik mówił,
że w tej okolicy nie spotka się Indian, chyba, że turystów, jak
oni sami. To najdziwniejsze, co ich dziś spotkało. Toby wpatrywał
się w zamyśleniu w twarz dziewczyny przez nieznośnie długą
chwilę. Potem wypowiedział tylko jedno słowo:
„dobrze”. Było coś takiego w jego głosie, iż nikt z
nich nie zaprotestował. Indianka odwróciła się, a zaraz potem
weszła w mgłę. Toby pospieszył za nią. Pozostali wzięli się
za ręce i poszli w jego ślady.
Mgła nie zrzedła ani trochę. Dziewczyna szła jednak tak pewnie,
jakby wokół świeciło słońce, a oni znajdowali się na jakimś
deptaku. Z trudem nadążali za nią, od czasu do czasu ktoś wpadał
na drzewo. Nie trwało to jednak długo. Po kilkunastu zaledwie
minutach, bez żadnego ostrzeżenia ze strony niezwykłej
przewodniczki wyszli nagle z mgły i zobaczyli, że znajdują się
na skraju lasu, tuż obok ich obozowiska. Kilkanaście kroków
przed nimi stała grupa ludzi. Był tam wychowawca klasy Tobyego,
nauczycielka geografii, dwoje rodziców oraz czterech nieznanych mężczyzn.
Jeden z nich w mundurze leśnika, drugi konnej policji. Pozostali,
zwyczajnie, mieli cywilne ubrania. Leśnik i policjant rozmawiali z
kimś przez telefony. W grupie tej nie dostrzegli jednak Joego
Boorocka, ani też zastępcy dyrektora, „Josepha
Kolano”, którego nazywali tak z racji jego łysiny, a także
małej sympatii jaką się cieszył wśród uczniów. Dalej, w
pobliżu autobusu parkował policyjny samochód.
Toby pierwszy ruszył naprzód, a wtedy tamci zaczęli biec i zaraz
ich otoczyli. Zadawali mnóstwo pytań, nie dając czasu na
odpowiedź. Wreszcie policjant uciszył wszystkich. Zażądał, by
ktoś jeden opowiedział co się wydarzyło. Maggie najszybciej
zabrała głos i szybko wymieniła najważniejsze wydarzenia. Na
koniec stwierdziła, iż wrócili cało dzięki tej dziewczynie.
Policjant spojrzał na nią ze zdumieniem i zapytał, o kim mówi.
Maggie wskazała więc ręką na Indiankę, która uśmiechała się
teraz w dziwny sposób. Dorośli wymienili znaczące spojrzenia.
Przemówił wychowawca, upominając Maggie delikatnie, iż poza
nimi, jego uczniami, nie ma tu żadnej innej dziewczyny, a już na
pewno Indianki. Nie pora, poza tym na żarty. Zaginęło dziewięciu
uczniów, nie mówiąc już o panu Josephie Ko...( tu wychowawca
ugryzł się w język), a także panu Boorocku. Wszyscy inni
dotarli do chaty. Tamci nie doszli do niej. Zniknęli gdzieś po
drodze. Nie wrócili też do obozu. Nie wiadomo, co się z nimi stało,
choć szuka się ich od wczoraj. Tak, od wczoraj. W lesie znajduje
się kilkunastu leśników oraz kilkudziesięciu policjantów. Mają
psy. Rano, nad tym terenem, przez godzinę latał helikopter i nic!
Żadnych wieści. Żadnych śladów, ciał, ani żywych ludzi! Inna
rzecz, gdyby chłopcy i dziewczęta byli sami, ale przecież ta
grupa, większa od innych znajdowała się pod tak doskonałą
opieką! Sam zastępca dyrektora! A, i pan Boorock, postać znana w
mieście, człowiek energiczny, odważny i (język wychowawcy znów
ucierpiał, zatrzymany przed wypowiedzeniem słowa
„bezkompromisowy”) Nie, to niewytłumaczalne! Przecież,
tu, w pobliżu nie ma ani bagien, ani jeziora, ani starych kopalni
czy podobnych pułapek. Od lat nie widziano szarego, burego ani
innego koloru niedźwiedzia. Zresztą, gdyby napadł ich drapieżnik,
ktoś by przeżył. Mieli przecież telefony, wzywaliby pomocy. A,
tu nic!
Wychowawca, wysoki, szczupły mężczyzna, lubiący w każdej
sytuacji znaleźć coś zabawnego, nie sprawiał teraz wrażenia człowieka
dobrze się bawiącego. Wyraźnie przygnębiony szarpał nerwowo
imponujące wąsy, daremnie usiłując znaleźć wyjaśnienie
niezwykłej i tragicznej zagadki. Nagle przypomniał sobie, że oni
też dopiero co się znaleźli, najpewniej umierają z głodu i
strachu, toteż odzyskał zwyczajną werwę i zarzucił ich
pytaniami w stylu: czy im się nic nie stało; czy ktoś czegoś
nie złamał, albo nie skręcił; gdzie spędzili noc i całe
dzisiejsze przedpołudnie? Dlaczego nie poszli do chaty? Dlaczego
nie zadzwonili? Po co ta bajka o Indiance? Czy myślą, że oni,
nauczyciele i rodzice w to uwierzą?
Maggie, która stałą na wprost zmartwionego i z trudem ukrywającego
przerażenie wychowawcy, nie odpowiedziała. Milczał Toby i
wszyscy pozostali. To, co usłyszeli, odebrało im mowę. Jak, to
całą noc? Przecież do chaty szli godzinę, może dwie, no, i
cmentarz, a potem chyba kwadrans do obozu, i...Toby, Henry, Simon,
Maggie i trzy dziewczyny spoglądali na młodą Indiankę, która
nic nie mówiąc podniosła dłoń w geście pożegnania. Nie słyszeli
następnych pytań.
Grupa dorosłych z rosnącym zdumieniem obserwowała siedmioro
uczniów, którzy nagle odwrócili się w kierunku ściany mgły i
machali komuś na pożegnanie. Machali tak, jak ludzie, którzy
bardzo żałują, że muszą się rozstać. Ale, przecież tam
nikogo nie było!
Ksiądz BROWN
Za pseudonimem ukrywa
się ksiądz metropolii krakowskiej i że napisał już ponad 100
niepublikowanych kryminałów-humoresek; pisze prace z zakresu
historii Kościoła lokalnego.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Egligny, 2006)
Fot. Michael Wittbrot
|