Boże wezwanie
Wcale nie tak rzadko, jak mogłoby się wydawać osobom
sceptycznie nastawionym do wszelkich „interwencji z
nieba”, słyszymy Boże wezwanie. Nierzadko, choć odnosi się
ono do zgromadzenia wiernych, jest bardzo osobiste, kieruje je
bowiem Pan nie tylko do określonej społeczności, lecz do każdego
z osobna.
„Zbierzcie lud, zwołajcie świętą społeczność,
zgromadźcie starców, zbierzcie dzieci i ssących piersi; niech
wyjdzie oblubieniec ze swojej komnaty, a oblubienica ze swojego
pokoju. Między przedsionkiem a ołtarzem niech płaczą kapłani,
słudzy Pana!” – wołał
Jahwe ustami proroka Joela. Płacz, lament, błaganie o
odpuszczenie grzechów i post, a nade wszystko otwarte serce
– to oznaki skruchy, gotowości do wewnętrznej przemiany.
Nawrócenie zaczyna się nie od zewnętrznych, spektakularnych gestów,
lecz od wysłuchania, przyjęcia Bożego wezwania.
Łaskę nawrócenia – jak uczył św. Paweł –
otrzymujemy nie po to, aby później wszystko powróciło do
poprzedniego stanu; łaska, jaką otrzymujemy darmo, ma wzmacniać,
wspomagać nie tylko w dobrych postanowieniach, lecz i w działaniach,
które przybliżą do celu, pomogą zrealizować Boże zamierzenia;
i to nie w jakiejś nieokreślonej przyszłości, w nieoznaczonym
czasie, lecz dziś, jutro, w możliwie jak najkrótszym okresie. Każdy
akt żalu, każde przyznanie się do winy – jeśli rzeczywiście
jesteśmy przyczyną jakiegoś zła czy ludzkiej krzywdy – każde
zadośćuczynienie czy próba naprawienia wyrządzonej szkody, to
nie dowód naszej wspaniałomyślności, lecz wymóg sprawiedliwości.
W pewnym sensie nie ma nic gorszego, bardziej gorszącego,
jak modlitwa, jałmużna czy pokuta czyniona na pokaz. „Kiedy
pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy” – mówi
Jezus. Kiedy cokolwiek dajemy, lepiej żeby lewa ręka nie wiedziała,
co czyni prawa. Kiedy się modlimy, lepiej żeby zamilkły nasze
usta, niż mielibyśmy czynić to dla efektu, dla udowodnienia
swojej wyższości czy wyjątkowości.
Jezus, wzywając do nawrócenia i pokuty, jednocześnie
bardzo stanowczo domaga się wyzbycia wszelkiej obłudy. Co więcej,
przestrzega, przypomina, że na nic cały wysiłek, nie zasłużymy
na żadne odkupienie, jeśli kierowały nami niskie pobudki, chęć
przypodobania się czy stadny instynkt.
Jeden z dawnych współpracowników abbé Pierre´a
opowiadał mi, jak na jedną z głośnych charytatywnych imprez
zaproszono ojca Piotra, nazywanego ojcem ubogich, i wręcz rzucono
się na niego z kamerami i mikrofonami, obwożono go po całej
hali, żeby podnieść rangę imprezy, a także, żeby zebrać jak
najwięcej datków. Lecz kiedy był już niepotrzebny, nie
zatroszczono się o niego, mimo że znajdował na wózku
inwalidzkim, nie pomyślano o tym, co się z nim dzieje, po prostu
pozostawiono go gdzieś w kącie, samego, bezradnego, zwróconego
twarzą do ściany – tak jakby odstawiło się na bok jakiś
towar.
Żyjąc w epoce multimediów i głośnych przedsięwzięć
łatwo dajemy się nabrać, wyprowadzić w pole, naiwnie i często
bezkrytycznie korzystamy ze współczesnych narzędzi komunikacji,
a także chętnie ufamy tym, którzy każą nam wierzyć we własną
samowystarczalność; oczywiście o ile uda się zdobyć odpowiednią
pracę i odpowiednie dochody. Jakoś trudniej o prosty odruch, zwykłe
współczucie i ludzką solidarność. A tymczasem niemal na każdym
kroku przekonujemy się, że nie jesteśmy samowystarczalni.
Potrzebujemy nie tylko siebie nawzajem, ale i szerszej perspektywy,
namysłu, odniesienia nie tylko do historii, lecz do tego
wszystkiego, co przekracza horyzont doczesności.
Poświęcenie dla poświęcenia, wyrzeczenie dla
wyrzeczenia, modlitwa dla samej tylko modlitwy – to też
pewien rodzaj ucieczki, zatrzymania się na poziomie formy,
zwyczaju czy rytuału. Łatwo i w tym się zagubić, stać się równie
bezdusznym, jak wiele instytucji, które nie stronią od wielkich i
pięknych haseł, a zabiegają głównie o własne korzyści czy o
tak zwaną renomę.
Ewangelia czytana w
Środę Popielcową przypomina, że ciągle trzeba stawać w
prawdzie, oczyszczać swoją duszę i serce, aby po prostu nie
stracić kontaktu z rzeczywistością. Ojciec nasz, „który
widzi w ukryciu”, tak naprawdę niczego od nas nie
potrzebuje. To my potrzebujemy Jego wsparcia, Jego siły, Jego miłości
i Jego wyrozumiałości.
21-02-2007
Marek
WITTBROT
Marek Wittbrot - w latach 1991-1999
prowadził "Naszą Rodzinę", obecnie zaś jest
redaktorem "Recogito".
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2007)
Fot. Michael Wittbrot
|