Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
Prosimy
o chleb. W Ewangelii czytamy, że Pan Jezus odmówił kuszącemu go
szatanowi uczynienia cudu zamiany kamieni na chleb. Powiedział
kusicielowi: „nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym
słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4). Odrzucił
pokusę cudownego nakarmienia siebie, wskazując na nadrzędność
posłuszeństwa Słowu Bożemu. Słowo Boże jest chlebem najistotniejszym
– jest pokarmem, którym człowiek żyje przede wszystkim.
Potem dopiero następuje troska o chleb i trzeba nieraz umieć
przejść przez głód fizyczny dla posłuszeństwa Bożemu Słowu,
dla zdobycia tego najważniejszego pokarmu. Tak też w „Ojcze
nasz” najpierw prosimy o przyjście Bożego Królestwa i o
spełnienie się w naszym życiu Bożej woli – a więc o
nasze posłuszeństwo względem Bożego Słowa – a potem
dopiero o chleb.
Pan Jezus dwukrotnie rozmnożył chleb po to, by nakarmić rzeszę,
która – słuchając Bożych słów – odeszła od
siedzib ludzkich i została bez pożywienia. Nakarmił tych ludzi
cudownie, ale cud ów uczynił opierając się niejako o gest
ludzkiego daru, kilku chlebów i paru ryb... Nie kamienie przemienił
Pan w chleb, lecz rozmnożył chleb darowany ludziom przez ludzi. U
początku Bożego cudu chciał Pan, by zaistniał najpierw gest
ludzki dzielenia się tym, co mamy.
Opowiadanie ewangeliczne jest katechezą eucharystyczną. W
Eucharystii bowiem sam Jezus Chrystus daje się nam w nieskończoność
i odrobiną chleba karmi setki ludzi – w każdej drobinie On
cały i dający siebie – Słowo Boże Wcielone, Chleb Życia
dla nas. Ale opowiadanie to jest także katechezą chrześcijańskiej
służby bliźniemu; Bożą obietnicą dotyczącą mocy, jaka tkwi
w dzieleniu się. Cud rozmnożenia chleba zapewnia nas, że ilekroć
dzielimy się z bliźnimi naprawdę wszystkim, co mamy, nie skąpiąc
i nie bojąc się, iż nam nie wystarczy – tylekroć dawane
dobro będzie się mnożyć, a Bóg da jego wzrost, by starczyło
dla wszystkich głodnych, jeszcze z naddatkiem.
Toteż w Modlitwie Pańskiej prosimy: „chleba naszego daj
nam”. Nie „chleba mojego”, ale
„naszego”. Prosimy we wspólnocie, dla wszystkich. To słowo
„naszego” zakłada dzielenie się – i to
dzielenie się sprawiedliwe tak, by każdy otrzymał i nasycił się...
Nasz chleb – cóż to jest ten nasz chleb? Chleb był w
Palestynie, podobnie jak u nas, pożywieniem, a nadto symbolem pożywienia
dzielonego między braćmi. Chleb – to pożywienie dane przez
Boga w urodzaju zboża i wypracowane przez człowieka uprawiającego
pola i przetwarzającego ziarno w mąkę, a potem w chleb. Chleb
jest więc synonimem całego ludzkiego pożywienia, zarazem danego
przez Stwórcę i wypracowanego, pomnożonego ludzkim wysiłkiem.
Prosząc o chleb nie pragniemy uwolnić się od wysiłku pomnażania
dóbr materialnych, koniecznych dla wyżywienia, ubrania,
zamieszkania, dla życia. Ale prosimy o Boże błogosławieństwo w
naszym trudzie – o sprzyjającą pogodę dla upraw, o umiejętność
i mądrość naszych działań – o to, by z Bożej mocy i
daru to, co tworzymy dla dobra wszystkich, wzrastało i wystarczało
dla stworzenia podstawy bytu wszystkim...
Chrześcijanin nie może być kimś oderwanym od życia. Realizacja
Królestwa Bożego i pełnienie woli Bożej ma się dziać i wypełniać
także w trudzie pomnażania chleba naszego.
Chleb powszedni – co znaczy słowo „powszedni”?
Odróżniamy dzień powszedni od świątecznego. Ten powszedni jest
szary, utrudzony – świąteczny błyszczy czymś lepszym niż
dzień zwykły. Mówimy o „powszednich sprawach” i myślimy
o tym, że są to sprawy częste, wciąż się powtarzające,
dotyczące wielu... A chleb powszedni? Czy to znaczy: pożywienie
najprostsze, niezbędne – przeciwieństwo luksusu i nadmiaru?
Czy to znaczy to samo, co – codzienny? Greckie słowo użyte
przez Mateusza dałoby się przetłumaczyć bardziej dosłownie
jako: „chleba naszego najistotniejszego” albo:
„najbardziej istotnego”. Pierwsze tłumaczenie sugerowałoby
związek tej prośby z Eucharystią – drugie z ograniczeniem
prośby do tego, co nam rzeczywiście najbardziej konieczne do życia.
Tekst Łukasza wydaje się bardziej akcentować to drugie tłumaczenie.
Polskie słowo „powszedni” kładzie na pewno akcent na
to, co istotne dla życia, konieczne – a zarazem jakoś
skromne, ograniczone do tego, co niezbędne.
W tym ograniczeniu prośby o sprawy materialne do tego, co
konieczne do życia, odnajdujemy echo Jezusowych nauk, byśmy się
nie troszczyli, jak poganie, tylko o dobra materialne, bo wie Bóg,
czego potrzebujemy, ale byśmy się troszczyli najpierw o
sprawiedliwość Bożego Królestwa – a wtedy te konieczne
rzeczy materialne będą nam przydane... Słyszymy tu też echo
Jezusowych przestróg przed chciwością bogacenia się, gdy u wrót
leży biedny człowiek.
Realizm tej Jezusowej postawy możemy sobie uświadomić, gdy pomyślimy
o współczesnych problemach wyżywienia ludzkości. Wiemy, że
wystarczyłoby przeznaczyć na inwestycje rolne i wodne, na dożywienie
świata tylko część tego, co wydaje się na budżety wojskowe
– a nie byłoby głodnych. A czyż wojny i wydatki na
zbrojenia nie są dziedzictwem ducha posiadania i gromadzenia oraz
panowania jednych nad drugimi? Czy asceza ograniczania się do
tego, co istotne dla życia, nie pomogłaby zlikwidować wojny i
zbrojeń? A jeszcze bardziej pomogłoby w tym traktowanie całego
chleba ziemi jako naszego – wspólnego dobra całej rodziny
ludzkiej. Wiemy, że jedne kraje (i to mieniące się chrześcijańskimi)
chorują od nadmiaru produkcji, bogactwa i nastawienia na bogacenie
się (zatrucie powietrza, choroby cywilizacji, samotność), w
innych zaś nasi bracia giną z głodu – dorośli i małe
dzieci. Mimo wysiłków ludzi dobrej woli, mimo nawoływań Kościoła,
mimo ostrzeżeń uczonych, wciąż utrzymuje się owa tendencja do
bogacenia się krajów bogatych i wyzysku krajów biednych... I nie
da się tego przezwyciężyć bez ascezy bogatych, która by im
pozwoliła spojrzeć na biednego nie jak na potencjalne zagrożenie
poziomu własnego dobrobytu, ale jak na brata, któremu
sprawiedliwie należy się część chleba, któremu należy się
nadto miłość braterska i troska o to, by ten chleb codzienny na
jego polu się rodził. Dzielenie się wymaga ducha ubóstwa,
ograniczenia apetytów na to, co nieistotne. Dzielenie się zaś
jest pierwszym krokiem ku rozmnożeniu chleba – a więc
pierwszym krokiem do większego dobrobytu w świecie.
Jest to jeden z paradoksów Jezusowej ekonomii, w której ostatni będą
pierwszymi, cisi posiądą ziemię, kto straci życie, zyska je, a
kto nie boi się rozdać, zyskuje Królestwo Boże i dobra
materialne na dodatek – dla braci i dla siebie, tak że
wszystkim wystarczy. Paradoks ten trzeba nam przełożyć na
praktykę: i tę w życiu prywatnym, i tę w życiu całych społeczności,
w ekonomii i polityce gospodarczej na terenie poszczególnych państw
i w skali światowej. Nic się jednak nie uczyni dobrego w skali światowej
bez przemiany sposobu myślenia nas wszystkich: mamy się głęboko
nawrócić. Mamy przemienić postawę walki o „mój
chleb” (ewentualnie „mój i rodziny” albo
„mój i mego kraju”) na postawę troski o „nasz
chleb” – nas wszystkich. Mamy zmienić istniejącą w
nas konsumpcyjną mentalność bogacza, który chce mieć coraz więcej
i więcej rzeczy, na mentalność w pełni człowieczą, kogoś,
kto chce więcej być niż mieć, chce mieć umiarkowanie, tylko
tyle, ile konieczne jest, by być; i chce mieć nie sam, ale razem
z innymi w ustawicznej wymianie wzajemnej miłości.
I wreszcie musimy sobie uświadomić, że to, co sami
wypracowujemy, nie jest naszą wyłączną zasługą, bo wszystko
mamy z daru Boga; że zasoby naturalne ziemi oraz nasze siły
fizyczne i zdolności, wszystko, kim jesteśmy, i wszystko, czym
darzy nas przyroda – w ostatecznym rachunku, pochodzi od
Boga. Dlatego prosimy: „chleba naszego daj nam”.
Prosimy wreszcie: „daj nam dzisiaj” lub jak w tekście
Łukasza: „dawaj nam każdego dnia”. Prosimy o dziś
– nie o jutro czy za sto lat, ale o dziś. Strach przed
jutrem miewa czasem dobre skutki wtedy, gdy boimy się następstw
tego, co złe: następstw niesprawiedliwości społecznej, nienawiści,
przemocy, naruszania praw człowieka, zbrojeń... i gdy – bojąc
się tych złych skutków – coś w życiu ludzkim zmieniamy
na dobre. W tym celu prorocy ostrzegli Izrael, że popadnie w
niewolę, jeśli się nie nawróci. Ale strach przed jutrem często,
bardzo często ma złe skutki: wtedy, gdy ze strachu przed jutrem
zaczynamy gromadzić tylko dla siebie, organizować wyścig zbrojeń
albo gdy popadamy w duchowy bezwład i z braku nadziei odmawiamy
nowym pokoleniom prawa do życia.
Pan Jezus wzywa nas, byśmy nie bali się jutra. Jeżeli tylko
naprawdę dbamy o sprawiedliwość i miłość, możemy z całym
zaufaniem polegać na Bożej obietnicy, że da nam chleba
powszedniego.
Prosimy więc: Ojcze, daj nam co dnia to, co niezbędne do życia.
Daj nam wypracować pożywienie dla nas i dla wszystkich naszych
braci, daj nam uczynić ziemię dostatecznym źródłem życia dla
nas i dla tych, którzy przychodzą na świat w naszych rodzinach.
Pomóż w pracy, by ziemia wykarmiła wszystkich ludzi każdego
dnia. Bo Twoja jest ziemia i Twoimi my jesteśmy...
A prosząc o ten codzienny chleb pamiętajmy, że nasza prośba będzie
tylko pustym dźwiękiem, jeżeli za nią nie będzie szedł czyn
dzielenia się z braćmi, czyn rzetelnej troski i rzetelnej pracy
każdego dnia: troski i pracy mającej na względzie całą ludzkość,
jak jedną wielką rodzinę.
Stanisława GRABSKA
Stanisława Grabska – publicystka,
teolog, działaczka katolicka, żołnierz AK. Studiowała w
Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, na Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim i Uniwersytecie w Louvain. W latach 1990–1994
wiceprezes Klubu Inteligencji Katolickiej. Współpracowniczka
miesięczników „Więź”, „ Znak”,
„Tygodnika Powszechnego”. Uczestniczka obrad Okrągłego
Stołu w 1989 roku. Wydała między innymi: „Nadzieja, która
jest wezwaniem” (1980), „Pacierz w Biblii
zakorzeniony” (1983), „Człowiek wobec Trójcy Świętej”
(1990). Rozważania na temat Ośmiu Błogosławieństw były
publikowane w pallotyńskim miesięczniku na przełomie 1984 i 1985
roku. Publikowany tekst ukazał się w „Naszej
Rodzinie” 12 (519) 1987, s. 12-14.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż 2006)
Fot. Michael Wittbrot
|