Zabrakło jednego odważnego

Z młodzieżą rozmawia Teresa BŁAŻEJEWSKA

Kilka miesięcy temu, w jednym z gdańskich gimnazjów, kilku chłopaków na oczach całej klasy, która się temu biernie przyglądała, rozebrali jedną z dziewcząt i symulując gwałt upokarzali ją, a jeden z nich robił zdjęcia telefonem komórkowym. Nauczyciel był nieobecny, pozostawił klasę bez opieki. Dziewczyna ta, Ania, po powrocie do domu popełniła samobójstwo. Ten dramat wywołał burzę oraz dyskusje na temat przemocy w szkole, wśród uczniów. W związku z tym zadałam kilka pytań uczniom z gimnazjum i z liceum w Polsce i we Francji

– Jak mogło dojść do takiego dramatu na oczach całej klasy, dlaczego nikt nie stanął w obronie maltretowanej Ani?

Marysia R., uczennica I klasy liceum im. Czackiego w Warszawie: To była straszna sytuacja, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, jak mogło do tego dojść, że klasa nie zareagowała. Sądzę, że ci chłopcy stanowili silną grupę, która zdominowała innych uczniów. W jakiś sposób imponowała im swoją siłą, przewagą, a nawet agresją. Być może dlatego nikt nie zareagował, bo bał się im podpaść, a także, bo odczuwali oni jakiś podziw dla swojej siły. Poza tym, jeśli oni byli w stanie zrobić coś takiego Ani, to mogliby również zrobić coś znacznie gorszego każdemu, kto by im się sprzeciwił. Po prostu, jeśli chodzi o ewentualny bunt, inni bali się konsekwencji takiego zachowania.

Krzysiek R., uczeń II klasy gimnazjum Przymierza Rodzin im. Jana Pawła II w Warszawie: Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w swojej klasie. Myślę, że ani ja, ani moi koledzy nie patrzyliby obojętnie, gdyby koleżance działa się krzywda i z pewnością stanęlibyśmy w jej obronie. Ja na pewno.

– Jeśli to jest młodzież normalna, która ma ludzkie uczucia i odruchy, i widzi, co inni wyprawiają z Anią, czy można agresywnych chłopaków podziwiać, czy należy raczej się ich bać? Powiedziałaś, Marysiu, że ta brutalność budziła nie tylko grozę i lęk, lecz również podziw. Zatem bać się czy ich podziwiać?

Marysia R.: Teraz wszystko jest takie spaczone przez media. Wszędzie, niemal codziennie, widzimy podobne obrazy i sytuacje: agresja, przemoc, gwałty. Następuje jakby utrata wrażliwości. Przypuszczam, że przynajmniej część klasy nie akceptowała tego, co się tam działo, ale bali się agresji, a także bali się utraty wspólnoty z grupą, która trzyma władzę w klasie. To negatywna grupa, ale w jakimś sensie jest ona dla innych autorytetem. Ta młodzież, choćby się jej nie podobało to co koledzy robią, nie chce mieć „przechlapane”. Bo jeśli się narażą grupie przywódczej, to inni się też od nich odwrócą. Tak mogło być w Gdańsku. 

– Czy nie zastanawialiście się: przecież ja mogłabym czy mógłbym znaleźć się na miejscu Ani. Dlaczego nikt w klasie nie rozumiał tego, jak Ania cierpi i nie potrafi się obronić? Dlaczego nikt nie pomógł, nie zareagował? Jak ty, Marysiu, byś zareagowała, gdybyś była świadkiem takiego wydarzenia?

Marysia R.: Też stawiałam sobie takie pytania. Chyba bym ostro zareagowała. Nie zależałoby mi na opinii takich idiotów, ale także bałabym się ich zemsty, bałabym się wracać sama do domu. To są przecież młodzi bandyci, oni mogliby zrobić coś jeszcze gorszego. Mimo wszystko nie wytrzymałabym patrząc spokojnie na to, co robią z Anią. Gdyby kilka osób się temu sprzeciwiło, nie doszłoby do dramatu.

– Jeżeli młody człowiek patrzy na takie rzeczy i słucha dyskusji na ten temat, co mówi młodzież i dorośli, co trzeba by zrobić, aby sytuacja w szkole się zmieniła, żeby dzieci nie bały się innych dzieci, żeby nauczyciele nie bali się dzieci i młodzieży, żeby uzdrowić sytuację, żeby wszyscy w szkole czuli się bezpieczni?

Marysia R.: To jest bardzo trudne i nie można by tego zrobić z dnia na dzień. Minister edukacji miał wiele pomysłów, między innymi taki, jak zorganizowanie szkoły z zaostrzonym rygorem dla młodzieży trudnej. Jest to jednak zły pomysł, bo byłoby to coś w rodzaju klatki, gdzie oni mogliby wzajemnie się napędzać i wymyślać coraz okrutniejsze rzeczy. Jeśli psa trzyma się na łańcuchu, to on dziczeje, a co dopiero ludzie... Oni po prostu zdziczeją, będą coraz gorsi. To byłaby wylęgarnia bandytów, to byłaby eksplozja, bomba... Minister miał też pomysł, aby wprowadzić surowe kary, wprowadzić zasadę „zero tolerancji” i karać za wszystko. Kiedy chodziłam do gimnazjum, byliśmy niegrzeczną klasą i pani dyrektor postanowiła, że nie będzie nam niczego odpuszczać. Być może był to dobry pomysł, bo czasami przesadzaliśmy, urywaliśmy się z lekcji, nie odrabialiśmy domowych zadań, ale nigdy wobec siebie nie robiliśmy nic złego, nie było żadnej przemocy, agresji itp. Nie robiliśmy rzeczy karygodnych, a nauczyciele karali nas za wszystko: za to, że ktoś położył głowę na ławce – uwaga; za to, że ktoś się spóźnił na lekcję – uwaga. Wszystkie dobre relacje z nauczycielami się popsuły. To już zaczynało być śmieszne: za najmniejsze przewinienie afera! Kary odnosiły odwrotny skutek, zaczęły prowokować do złego zachowania. I powstało błędne koło.

– Czy nauczyciel nie ma prawa zwrócić uczniowi uwagi, jeśli uczeń nieodpowiednio się zachowuje?

Marysia R.: Oczywiście może i ma prawo, ale nie można ze wszystkiego robić afery. To niej jest dobra droga.

– A jak droga jest lepsza?


Marysia R.: Na ogół dobre rozwiązania są bardzo trudne. Myślę, że nie można zwalać całej roli wychowawczej na szkołę, musi się to odbywać także w rodzinie. Rodzice zbyt długo siedzą w pracy i nie mają czasu dla swoich dzieci. Dzieci wychowują się same, biorą wzorce z telewizji, która jest teraz bardzo brutalna, z filmów i z tego wszystkiego, co się wokół dzieje. Dzieci wszystko to obserwują od maleńkości. Słyszałam na ten temat wypowiedź w radiu. Ktoś powiedział, że trzeba dofinansować rodzinę, nie drogą zasiłków, ale obniżeniem podatków, żeby rodzice nie musieli pracować w pięciu pracach. Druga sprawa, to w szkole powinni być nie tylko świetni nauczyciele od poszczególnych przedmiotów, ale także świetni pedagodzy. Czytałam niedawno artykuł w „Newsweeku” – znakomity pedagog opowiadał, jak sobie radził z młodzieżą w klasie. Dobry nauczyciel, dobry pedagog do młodzieży zawsze znajdzie drogę. W szkole jest wiele znakomitych nauczycieli i pedagogów, ale są i tacy, których uczniowie poprawiają, bo robią błędy w czasie lekcji. Taki nauczyciel nie zdobędzie autorytetu. 

–Romku, od urodzenia mieszkasz we Francji, czy zetknąłeś się z przemocą i agresją w szkole?

Romek G., uczeń klasy maturalnej Lycée International de Saint-Germain-en-Laye: Moje liceum jest międzynarodowe i poza przedmiotami obowiązującymi w liceum francuskim mamy dodatkowo języki obce, języki krajów, z których pochodzą rodzice. W naszej szkole mamy dziesięć obcych języków. Ja oczywiście uczę się języka polskiego. Uczniowie pochodzą z bardzo różnych krajów i kultur. Ich rodziny asymilują się we Francji i w naszej szkole z agresją się nie spotkałem.

– Mówisz o liceum, które jest międzynarodowe, a jak było w gimnazjum, które nie było tak sprofilowane jak liceum, w którym uczysz się teraz.

Romek G.: W gimnazjum było wiele agresji słownej, a także przypadki wymuszania, złodziejstwa. Na przykład ktoś prosił: daj na chwilę telefon, muszę pilnie zadzwonić, a potem zabierał telefon i z nim uciekał. 

Marysia R.: A czy dziewczyny były atakowane przez chłopaków?

Romek G.: Myślę, że wina, czy może przyczyna takich zachowań, wynika często z postawy samych dziewczyn, które w gimnazjum, a nawet w szkole podstawowej zachowują i ubierają się bardzo prowokująco: makijaż, papierosy, szpan itp. Chłopak odbiera to jako zaproszenie i przyzwolenie na pewne śmielsze gesty. W liceum dziewczyny są chyba już trochę mądrzejsze. Znam jednak taki przypadek, że na obrzeżach Paryża młodzi muzułmanie zamordowali swoją koleżankę muzułmankę, która – ich zdaniem – zbyt śmiało się ubierała, to znaczy niezgodnie z zasadami obowiązującymi w ich kręgu. 

– A co myślisz o szkolnych mundurkach?

Romek G.: Wiem, że w Polsce minister edukacji, Roman Giertych, a we Francji jeden z kandydatów na prezydenta, Philippe de Villiers, proponują wprowadzenie mundurów szkolnych, co wcale nie wydaje mi się pozbawione sensu. Nie byłoby szpanowania markowymi ciuchami i prowokacyjnego kokietowania strojem u dziewczyn. Ale chyba nie z tym jest największy problem. Przede wszystkim nauczyciele muszą mieć większy autorytet. Trzeba, aby młodzież i rodzice wiedzieli, że nauczyciel wie, co robi i trzeba mu ufać. Nauczyciele nie mają zbyt wiele praw, aby egzekwować od uczniów dobre zachowanie. Uważam też, że zbyt mało jest takich lekcji, jak edukacja moralna i cywilna. W gimnazjum mieliśmy jedną godzinę w tygodniu, a w liceum tylko w pierwszej klasie – i na tym zakończyła się nasza edukacja z etyki. 

– Można myśleć, że w szkołach francuskich, jeśli chodzi o agresję, nie jest tak źle.

Romek G.: W mojej szkole, podobnie jak w szkole Marysi i Krzyśka jest dość spokojnie. Co nie oznacza, że nie ma agresji we francuskich szkołach. Znany jest przypadek, że sześciu chłopaków, w wieku 18-20 lat, zgwałciło dwie autostopowiczki, Norweżki. Bili je, przypali papierosem, a o świcie zmaltretowane porzucili w Lasku Bulońskim. W Marsylii przez dwa miesiące pięciu gimnazjalistów szantażowało i gwałciło trzynastoletnią koleżankę, nagrywając to wszystko na telefon komórkowy. Dziewczynka była zastraszona i szantażowana. Dopiero, gdy pracownik gimnazjum zatrzymał telefon komórkowy, którego nie wolno używać w szkole, sprawa się wydała. Takich przykładów niestety nie brakuje, nie tylko w Polsce czy we Francji, ale na całym świecie. 

– Co myślisz o programie „zero tolerancji” w szkołach dla młodzieży agresywnej?

Romek G.: Mam podobny pogląd jak Marysia: byłaby to wylęgarnia gangsterów. W szkole, czy to we Francji czy w Polsce, najważniejsze jest wzmocnienie autorytetu nauczyciela.

– A co myślisz o tragedii Ani z Gdańska?

Romek G.: Zabrakło jednej osoby odważnej, która by zaprotestowała, sprzeciwiła się. Inni pewnie by ją poparli. Niestety, nikt taki się nie znalazł. 


45-5-1.jpg (75335 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Kórnik, 2006)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga