... (29)

Posłuchaj, M...

Gdańsk, 25 kwietnia 1998 roku

Nadchodzą czasami dni, gdy milczenie staje się jedyną formą rozmowy – ze sobą, ze światem, z życiem – i nie są to ani puste, ani złe dni. Wtedy następuje coś w rodzaju wygasania, pogrążania się w grząskim błocie pamięci, nieistotnych przeżyć z jakiegoś „kiedyś”, utraconych zachwytów, krótkich uniesień, co było namiastką szczęścia albo miłości. A temu milczeniu odpowiada skupienie desek podłogi udeptywanej niespiesznym chodzeniem od ściany do drzwi, od drzwi do ściany. A to milczenie zatrzymuje się na szybie, za którą po przeciwnej stronie dziewięć niewielkich lwich głów podtrzymuje dach starej kamienicy. A to milczenie siada na białym suficie, by skroplić się w postaci cienia albo rysów twarzy kogoś, kogo chciałbym jeszcze zobaczyć lub do kogo chciałbym coś powiedzieć, kiedy milczenie się wyczerpie, kiedy po którymś przebudzeniu trzeba będzie opuścić tg celę, w jaką zamienił się pokój, biec po schodach i wtopić się w uliczny tłum. Lecz do tego momentu jest jeszcze daleko, tak jak teraz jest lepiej. Wierzysz, że tam na zewnątrz nie czeka na ciebie nikt i nic, choćby było inaczej chcesz wierzyć, że nie ma tam nikogo i niczego, co zapewniłoby cię w potrzebie opuszczenia pokoju, tapczanu, myśli i strzępów chmur widzianych w górnej szczelinie okna. Wygasanie, stygnięcie, żadnego oczekiwania. Wczorajszy krótki wiosenny deszcz, który na kwadrans przyćmił światła nie różni się niczym od Parsifala Wagnera, już ponad trzecią godzinę nadawanego w radiu, bo jest się i tak obok, obok wczorajszego deszczu i Wagnera w tej chwili. Wszystko jest obok. Być może kiedyś bolałoby to „obok”, ale dzisiaj, ale teraz jest dobrze. Właśnie tak - obok. Bo nic nie jest warte zajmowanie się polityką, zabieganie o tzw. sukces, podtrzymywanie niesłusznych przyjaźni, bo życie (jak zatytułował jedną ze swoich powieści Milan Kundera) jest gdzie indziej i tak naprawdę liczy się tylko to, co zatrzymamy w godzinie ostatniej...

Aleksander JUREWICZ

Posłuchaj, A...

Minęło dziewięć lat od dnia, w którym donosiłeś o przyglądaniu się w milczeniu samemu sobie i światu. Pisałeś wtedy o pozbywaniu się złudzeń, rozmowie ze ścianami, drzwiami, podłogowymi deskami, jak i białym sufitem. Dziś musiałbym mówić nie o harmonii, wygaszeniu emocji, lecz o przemijaniu. Nie o czasie gojącym czy zabliźniającym rany, lecz o latach zamazujących obrazy, zniekształcających fakty. Nie o tym, co jest obok, lecz o tym, co pozostaje – w środku, wokół nas i w życiu.
Dzisiaj po raz kolejny zasiadłem przy swoim stole w „Pingwinie”. „Pinguin” – dodam dla jasności – to zamieniony na kawiarnię, przycumowany do kei wycieczkowy statek. Mimo że nadrzecznym bremeńskim bulwarem w ciepłe wiosenne popołudnia spaceruje wiele osób, do „Pingwina” mało kto zachodzi, a właściwie schodzi po trapie. Lubię przeto tutaj się zatrzymać, czytać, poprawiać teksty albo odpowiadać na zaległe listy.
Dziś musiałbym mówić nie o kojącej ciszy, lecz o niemym krzyku. Dopada mnie on bowiem często, coraz częściej. I każe pamiętać nie o odchodzeniu, nie o stygnięciu uczuć, nie o czyjejś złej woli czy odwiecznych, związanych z ludzką naturą przypadłościach, lecz o tym, co Francuzi określają prosto: la fusion totale des être. Czy jednak totalna przemiana, całkowite zespolenie w ogóle jest możliwe? Gdzie się kończy i gdzie zaczyna zrozumienie bez słów, a gdzie pozostają tylko puste dżwięki, zdania bez znaczenia? Co się będzie liczyć w godzinie ostatniej i potem – gdy przestaniemy cokolwiek czuć i czegokolwiek potrzebować? – M.

Brema, 25 kwietnia 2007 roku

Cykl tekstów „Posłuchaj, M...” ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny” od maja 1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym numerze „Recogito”, zaś pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...” ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru – 6 (645) 1998, s. 27.


46-6-1.jpg (65711 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Paryż, 2007)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga