Autostopowiczka

Słaby wiatr, poruszający z lekka tylko gałęziami rosnących gęsto wzdłuż drogi drzew, ozdobionymi wciąż jeszcze żółto-rudawymi liśćmi, nie wywierał wpływu na jakość prowadzenia samochodu. Zachodzące powoli słońce z rzadka jedynie przesłaniane strzępem chmury, sprawiające, iż jesienna przyroda skrzyła się mnogością swych barw przyświecało delikatnie z tyłu, bynajmniej nie drażniąc wyblakłych oczu kierowcy, ukrytych dodatkowo za szkłami wielkich okularów w niemodnej oprawie. Uroki jesiennego krajobrazu nie miały jednak dostępu do wnętrza ich właściciela. Doktor Wiltchoore poświęcał uwagę jedynie praktycznej stronie życia, stawiając na pierwszym miejscu, co nikogo spośród znających go bliżej nie dziwiło, osiąganie możliwie największego zysku z każdego przedsięwzięcia, w które angażował czas i siły. Ostatnimi czasy wszakże, zarówno finanse jak też cała przyszłość małomiasteczkowego lekarza stanęła pod wielkim znakiem zapytania. 
Społeczność miasta od pewnego czasu z zapałem i nie słabnącym nadal, pomimo upływu kilku miesięcy zainteresowaniem poddawała wszechstronnej analizie dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się w rodzinie znanego, miejscowego lekarza. W pewnym momencie stało się oczywiste dla większości mieszkańców, jak też nie ulegało najmniejszej wątpliwości, iż pan Thaddeus Wiltchoore został najzwyczajniej w świecie wyrzucony z domu przez własną żonę. Starsze panie licznie występujące w tej miejscowości, podkreślały z satysfakcją karygodny fakt, iż była to już druga małżonka pana Wiltchoorea, na dodatek młodsza od niego o dobre trzynaście lat. On sam przecież nie zaliczał się do grona lokalnej młodzieży, a prawdę mówiąc, przekroczył już dawno pierwsze półwiecze. Druga pani Wiltchooreowa nigdy nie zdołała zaskarbić sobie sympatii ogółu mieszkańców, a bodaj najbardziej wpływowego i opiniotwórczego jego elementu, to znaczy wspomnianych, bardziej i mniej leciwych pań. Sam doktor również nie należał do ulubionych postaci w miasteczku, jednakowoż garnęło się do niego wciąż sporo pacjentów. Zapewne zadowalające wytłumaczenie owego zjawiska stanowiła alternatywa udania się po poradę do zabytkowego, miłego, lecz coraz mniej skutecznego w stawianiu diagnozy doktora McGonsagga. Toteż, ci, którzy nie mogli zwlekać lub też nie widzieli jeszcze konieczności zasięgania opinii specjalisty bądź poddania się szpitalnemu badaniu w nieco odległym, dużym mieście decydowali skorzystać z usług doktora Wiltchorea. Rzecz jasna, jak zwyczajnie bywa, część klienteli lekarza rekrutowała się spośród zalęknionych, pełnych obawy pań, żywiących obawę, iż porzucenie doktora i korzystanie z porad innego mogłoby wywołać jego gniew, albo też spowodować niechęć pozostałych medyków, urażonych takim brakiem zaufania wobec przedstawiciela ich profesji. Dodać wypada pewną liczbę osób, mających obyczaj zapadania na poważne schorzenia w wysoce odpowiadających im sytuacjach, tudzież okolicznościach, a potrzebujących stosownych zaświadczeń lekarskich. Doktor Wiltchore okazywał najwyższe zrozumienie dla podobnych dolegliwości, za czym hojnie rzeczone dokumenty wystawiał spotykając się naturalnie z nie mniej hojnymi wyrazami wdzięczności.
Od pewnego wszakże czasu strumień pacjentów szturmujących drzwi gabinetu doktora mocno wysechł. Zapewne niebagatelną znaczenie miało to, iż owe drzwi zostały przed kilkunastu tygodniami na głucho zamknięte. Pewnego pięknego dnia, pośrodku słonecznego lata miasteczko obiegła sensacyjna i zgoła niespodziewana - aczkolwiek, jak potem wspominały niektóre panie, nie dal wszystkich - wieść. Pani doktorowa najzwyczajniej w świecie wyrzuciła męża z domu, wymawiając mu również prawo użytkowania mieszczącego się w nim gabinetu. Kilka wiekowych dam ogłosiło natychmiast, iż od dawna spodziewały się takiego właśnie finału owej niewątpliwie żałosnej, acz jeśli zważyć wspólne dobro, zwłaszcza chorych, niefortunnej sprawy. Każdemu, kto czyni właściwy użytek z oczu i rozumu ( one ma się rozumieć, zawsze czyniły) podobna konstatacja winna już dawno przyjść do głowy. Nie od dziś, ani też nie od wczoraj, co bardziej bystre i myślące osoby dostrzegały pewne określone sygnały (jeśli wiadomo, o czym mowa) w zachowaniu pana Witchorea, pozwalające wnosić, iż jego małżonka może stwierdzić któregoś dnia, iż ma tego dosyć.
W rzeczy samej pani doktorowa uznała, iż miarka się przebrała, albo też sam doktor doszedł do słusznego wszak przekonania, że skoro pragnie odtąd dzielić życie z niejaką Rosalyn, nie pozostaje mu nic innego jak wyprowadzka. Tak też uczynił, znajdując tymczasowe lokum w solidnym zajeździe o dość nietypowej jak na tego rodzaju instytucje nazwie „Pod Wężem”. Joe Morgan, właściciel rzeczonego zakładu, mający pewne tytuły do długu wdzięczności wobec lekarza, o których nie chciałby z pewnością głośno rozprawiać, wynajął dlań na czas nieokreślony odpowiednią ilość pomieszczeń, a co ważniejsze wyraził zgodę na otwarcie tymczasowego, prowizorycznego gabinetu. Po pewnym czasie najwierniejsi pacjenci zaczęli tam docierać, niektórzy, podniesieni na duchu samą tylko wizytą, wzmacniali swe nadwątlone siły krzepiącym napojem lub też ulegali pokusie spożycia solidnego posiłku, z czego pan Morgan czerpał radość i zyski. 
Stan powyższy nie mógł, że zrozumiałych względów trwać nieskończenie. Wynalezienie samodzielnego mieszkania, a co za tym idzie przywrócenie praktyki do dawnych bodaj rozmiarów, choćby tylko jako fasady stawało się priorytetową kwestią. Przerodziło się zaś we wprost palącą, gdy w jakiś czas potem żona wniosła sprawę o rozwód na korzystnych dla siebie warunkach i tenże otrzymała! Rosalyn bynajmniej nie zdecydowała się związać z doktorem w tym celu, aby żyć coraz to skromniej z dnia na dzień. Pomimo niewątpliwego braku charakteru, zaślepienia oraz lekkomyślności, jaką zdaniem starszych pań, należało tłumaczyć jego postępowanie, pan Wiltchoore zdawał sobie sprawę, iż nie zatrzyma przy sobie młodszej niemal o połowę trzeciej już małżonki, jeżeli nie zapewni jej materialnego statusu, a także splendoru bycia „panią doktorową”, jakiego oczekiwała. W tym właśnie celu, właśnie dziś zasiadł za kierownicą niedawno, krótko przed rozstaniem z żoną nabytego samochodu i wyruszył w drogę. Miał do pokonania ponad sto mil oraz sporo obaw i obiekcji żywionych przez pana Mortimera, który równie pragnął wzbogacić się jak lękał konsekwencji nieudanych, nie do końca legalnych działań. Jeżeli jednak Monty przystanie na układ, w ciągu najbliższych dni, na rachunek bankowy doktora zaczną wpływać pieniądze, i to całkiem spore. Perspektywa opuszczenia zajazdu i wynajęcia, a z czasem nabycia własnego domu stawała się coraz bardziej realna. 
Tymczasem jesienny, rozedrgany złotem las kończył się, pagórkowaty teren z wolna ustępował na rzecz równiny, szosa traciła skłonność do wicia się w zakrętach. W pewnej chwili pan Wiltchoor przycisnął pedał hamulca i zatrzymał samochód. Na poboczu stała gestykulując rozpaczliwie młoda kobieta. Nie namyślając się otworzył drzwi. Skorzystała natychmiast z zaproszenia i ulokowała się na fotelu obrzucając jednocześnie doktora spojrzeniem przepełnionym wdzięcznością i wyrzucając z siebie istną lawinę podziękowań. Zdołał wyłowić z tej nieco chaotycznej wypowiedzi jakiś sens. Oto, spotkała ją na tym pustkowiu bardzo niemiła przygoda. Podróżowała starym samochodem ojca, a ten oczywiście, musiał się tutaj, to znaczy samochód, nie ojciec naturalnie, zepsuć, wiec zatrzymał się na środku drogi. Tutaj ruch nie jest tak wielki, więc czekała dobry kwadrans nim zjawiło się jakieś auto. Niestety, ku jej rozpaczy, za kierownica siedziała jakaś starsza kobieta, która powiedziała, iż najzupełniej nie zna się na samochodach, potrafi tylko prowadzić. Zaproponowała jej podwiezienie, ale naturalnie się nie zgodziła, przecież nie mogła zostawić swego auta, tak na środku szosy i to samego! Potem, za jakiś czas nadjechał samochód i zatrzymał się. Tak, ale teraz wie, że lepiej byłoby gdyby się nie zatrzymał. Dlaczego? Wysiadło z niego dwóch młodych mężczyzn. Wcale nie wyglądali na takich, którzy mają złe zamiary. Zajrzeli do jej auta i powiedzieli, iż błyskawicznie je naprawią. Jeden z nich robił różne rzeczy, ruszał przewodami, odkręcał coś i zakręcał, ona nie ma pojęcia po co. Drugi siedział w samochodzie, którym przyjechali. Wreszcie, ten, który naprawił jej auto, zamknął maskę, wsiadł i silnik zapalił! Ucieszyła się okropnie, a zaraz potem te drań odjechał jej autem! Momentalnie ruszył za nim ten drugi. I tak, została tu sama, bez samochodu, bez torebki, w której były dokumenty i portfel, no i karta kredytowa. To straszne. Od tej chwili upłynęło chyba z pół godziny. Kto wie, gdzie oni pojechali. Kilka mil dalej jest przecież skrzyżowanie, mogli się udać w jednym z trzech kierunków.
Pasażerka zakończyła przemowę i odetchnęła, najwyraźniej wyczerpana przeżyciami. Teraz doktor mógł przyjrzeć się jej baczniej. Na oko, według jego doświadczenia wyglądała na jakieś dwadzieścia kilka lat. Wiekiem, więc podobna był do Rosalyn. Musiał jednak przyznać, iż porównanie tejże z niespodziewaną towarzyszką podróży zdecydowanie wypadało na korzyść tej ostatniej. Już na pierwszy rzut oka było widać jasno, że Rosalyn z pewnością ustępowała jej inteligencją, a i, gdy szło o urodę, zostawała w tyle. Nieznajoma niewątpliwie miała szyk i styl, choć strój, właściwy raczej dla osoby z prowincji, zwłaszcza ta chustka niestarannie zawiązana na imponującej blond fryzurze, a także zrozumiałe wzburzenie i nerwowość zachowań psuły nieco obraz. Stanowczo, jego zdaniem, a dziedzinie mody i strojów uważał się za znawcę, połączenie bardzo zwykłej, tandetnej wręcz sukienki, taniego płaszcza z eleganckimi, a zatem kosztownymi okularami przeciwsłonecznymi, przy braku lakieru na paznokciach oraz zbyt silnym makijażu było nad wyraz niestosowne i nietrafione. Pomimo tego, doktor doszedł do przekonania, iż ma do czynienia z kobietą silną, świadomą własnej urody, wartości i niewątpliwie uroku, jaki roztacza nawet w tak niedbałym odzieniu. 
Tak, nie można było zaprzeczyć, iż Rosalyn, która jeszcze przed kilku minutami zdawała się być gwiazdą filmową w zestawieniu z nieco postarzałą już drugą małżonką doktora, teraz wydawała mu się zupełnie nijaka i pospolita. No, cóż, nie sądził jednak, by taka młoda, pewna siebie i zapewne przedsiębiorcza, a także, wbrew pozorom zamożna kobieta zwróciła na niego poważniejszą uwagę. Z bolesną oczywistością zdał sobie sprawę z prawdziwości faktów, które na co dzień starannie od siebie odsuwał. Tak, nie był już młody, jego figurze sporo można by zarzucić. Włosy, cóż, co prawda od dawna utraciły naturalny kolor i, aczkolwiek całkiem białe, tudzież z lekka przerzedzone nadal jednak okrywały wysokie czoło. Zbyt duży nos i wyjątkowo nie twarzowe okulary, które w połączeniu z włosami okazywały się przydatne dla budzenia szacunku i zaufania wśród starszych pacjentów, nie wypadały z pewnością korzystnie w oczach osób pokroju nieznajomej „autostopowiczki”. Tak można by sądzić, wszakże, jak życie uczy, od zasady bywają wyjątki. Może i tym razem tak się stanie?
Nieznajoma zdawała się być całkowicie skoncentrowana na lustrowaniu drogi, zapewne w nadziei ujrzenia skradzionego samochodu. Tedd Wiltchoor włączył więc radio, by zapełnić czymś ciszę, a także zyskać nieco czasu na obmyślenie najlepszej strategii postępowania. Upłynęło tak kilka następnych minut jazdy, po czym stacja, którą wybrał przypadkowo przerwała nagle nadawanie niewyszukanej muzyki. Zamiast nieskomplikowanych taktów zabrzmiały słowa nadzwyczajnego komunikatu. Ostrzegano wszystkich podróżujących samochodami, by pod żadnym pozorem nie zabierali przygodnych pasażerów, ponieważ w okolicy grasuje niezwykle groźny przestępca, który będąc podejrzanym o popełnienie kilku zabójstw swego czasu zbiegł z więzienia. Podano także jego nazwisko oraz rysopis. Według komunikatu miał być średniego wzrostu, szczupłym, przystojnym mężczyzną o wyglądzie przyzwoitego młodego intelektualisty, urzędnika lub nawet studenta, czym wprowadzał w błąd łatwowierne ofiary. Dziś dopuścił się nowego morderstwa i kolejny raz, osaczony już przez stróżów prawa zdołał się wydostać i umknąć. Policja nie wyklucza, iż może on występować w przebraniu kobiety.
Doktor Tedd gwałtownie przełknął ślinę, ale gorąco, które go zalało nie ustąpiło ani na jotę. Czuł, że serce podeszło mu do gardła, w skroniach zaś zaczyna się gwałtowne łomotanie. Nogi zrobiły się nagle jakieś omdlałe, z trudem tylko wykonywały wyuczone ruchy, pozwalając na prowadzenie auta. Zdołał wreszcie opanować na tyle paniczny strach, by nieznacznie obrócić głowę. Zobaczył to, czego się najbardziej obawiał i zalała go kolejna fala obezwładniającego niemal przerażenia. Nieznajoma nie uśmiechała się już rozbrajająco. Jej, lub też, co bardziej prawdopodobne, jego oczy spoglądały twardo, niemal okrutnie. Twarz zastygła w wyrazie zimnego spokoju i beznamiętnego zdecydowania. W dłoni okrytej tandetną, damską rękawiczką tkwił teraz automatyczny pistolet wymierzony w wydatny brzuch doktora. 

* * *

Tedd Wiltchoor powłócząc z najwyższym wysiłkiem opornymi nogami, posuwał się wolno poboczem szosy. Z ogromnym trudem zmuszał roztrzęsione kończyny do wykonywania w miarę skoordynowanych ruchów. W głowie wciąż nieznośnie huczało, w ustach odczuwał słodkawo-mdły zapach strachu, serce tłukło się niemiłosiernie, nie chcąc się uspokoić. Powinien przysiąść gdzieś na jakimś pniu, albo i na samej ziemi, odpocząć nieco, zebrać siły. Strach okazywał się jednak silniejszy niż głos zdrowego rozsądku. Przecież on mógł w każdej chwili zmienić zamiary i wrócić! Doktor nie potrafił już układać w logiczną całość swoich myśli. Cóż, bowiem pomógłby najszybszy nawet marsz, jeśli przestępca poruszał się zabranym mu samochodem? A, jednak, ta oczywista prawda nie potrafiła przebić się do świadomości przerażonego lekarza, toteż dobywał ostatków sił, by oddalić się możliwie najdalej od miejsca, w którym ten bandyta po prostu pozostawił go na szosie.
Tedd nigdy wcześniej nie przeżył niczego równie dramatycznego i strasznego. Otarł się dosłownie o śmierć. Od chwili nadania przez radio komunikatu jechali w całkowitym milczeniu dobre pół godziny. Wreszcie tamten kazał mu zatrzymać wóz. Wiltchoor był zbyt sparaliżowany strachem, by pomyśleć nawet o podjęciu jakiejkolwiek obrony. Wykonał polecenie. Kazał mu wysiąść. Wysiadł z najwyższym trudem. Nie wiedział już właściwie, co się dzieje, choć przeczuwał, że to jego ostatnie chwile. Wszystko niemal rozpływało mu się przed oczami. Nie myślał nawet o Rosalyn, o pracy, o pieniądzach. Gdzieś wewnątrz kołatał się głos mówiący, iż umiera w tak głupi sposób, na własne życzenie. Potem usłyszał trzask, a zaraz po nim wypowiedziane spokojnym głosem słowo „trudno”. Tamten stwierdził z uśmiechem, którego Tedd nie zdołał dostrzec, iż w pistolecie nie ma już ani jednego naboju. Skoro tak, puści go wolno. Może sobie pozwolić na taki gest. W zamian pożyczy sobie jednak samochód.
Tedd stał, nie mogąc zdobyć się na żaden ruch, jeszcze dobre kilka minut, nim wreszcie przyszedł do siebie w wystarczającym stopniu, by podjąć działanie, po czym ruszył w drogę. Nim przebył dwie, może trzy mile pojawiły się pierwsze oznaki postępującego osłabienia, potem zaś opadał z sił coraz szybciej. Musiał się zatrzymać. Zamierzał zejść z asfaltu, by oprzeć się o drzewo i choć trochę odpocząć. Czuł, że bez chwili przerwy i oddechu nie przejdzie już ani jarda. Uczynił krok i zaraz potem upadł.

* * *

Barbra Collas przerywała, co kilka zdań swoją dramatyczną, a może bardziej chaotyczną, a pewnością niezwykle głośną opowieść, by przyłożyć rękę do serca, które, co powtarzała z lubością, niemal się zatrzymało, gdy prawie najechała na tego leżącego na szosie człowieka. Całe szczęście, że na nią to właśnie trafiło. Większość kobiet w podobnej sytuacji uległoby panice, pozostając całkowicie bezradnymi, ale nie ona. Ona zawsze była w życiu twarda i nie pozwalała sobie na żadne fanaberie. Owszem, jej chore serce nakazywało ostrożność, ale obowiązek ponad wszystko, oto, co wyznaje. Nie kobieta musi być mocna, ot, co. Na mężczyzn przecież nie można liczyć. Przecież to nie kobieta, ale właśnie dorosły mężczyzna, wcale nie ułomek zasłabł na tej jezdni, a ona, słaba, jak się powszechnie uważa kobieta, właśnie ona, sama, tak, sama, bez niczyjej pomocy, no, bo któż miałby tam wtedy być, na tym pustkowiu, niech jej ktoś to powie, ona sama zatem wtaszczyła go do samochodu i prawie nieżywego, tak, już prawie trupa, zawiozła do szpitala. 
Detektyw King pomyślał, iż z chęcią zobaczyłby Barbrę Collas na szpitalnym łóżku, lub pod kołami samochodu, rychło jednak skarcił się za tę nie licującą z jego profesją wizję i przystąpił do wydobywania z energicznej niewiasty bardziej konkretnych informacji.

* * *

Doktor Tedd obudził się. Usiłował poruszyć ręką, jednak bez skutku. Po kilku dalszych próbach dał za wygarną. Powoli, stopniowo rozpoznawał miejsce, w którym się znajdował. Ach, tak, intensywna terapia i te przyrządy. Kroplówka, a, tak, i to lekarstwo, cóż, nie jest z nim dobrze. Co się stało? Czyżby zawał?
Zamknął oczy. Gorączkowo szukał w pamięci strzępów wydarzeń. Kawałek po kawałku układały się w całość. Tak, pamiętał tego człowieka, drogę przez biegnącą lasem szosę. Tylko tyle. Wszystko, co nastąpiło potem stanowiło niewiadomą. Wiedział, że czuje się straszliwie słabo. Zapadł w sen.

* * *

Doktor Wiltchoor otworzył oczy. Otrząsnął się z resztek długiego, chaotycznego snu. Za oknami panowała ciemność. Zatem przespał kilka godzin. To dobrze, sen przywraca siły. Stwierdził wszakże po chwili, iż, bynajmniej nie czuje się ani odrobinę lepiej, a może nawet jest jeszcze słabszy? Dlaczego? Z wysiłkiem przebiegł wzrokiem najbliższe otoczenie. Tak! Kroplówka schodziła, więc wszystko w porządku. Czy rzeczywiście? Jej kolor, tak, wyglądał jakoś inaczej. Usiłował się poruszyć daremnie. Natężał tę odrobinę sił, a raczej wyobrażenie o nich, które jeszcze mu jeszcze pozostało. Chciał krzyknąć, jednak z gardła wydobywał się jedynie cichy bełkot. Znów natężył się, jeśli można to było tak nazwać, podejmując beznadziejną próbę sięgnięcia do dzwonka. 

* * *

Rosalyn uśmiechała się do siebie, krocząc zamaszyście szpitalnym korytarzem. Kiedyś pracowała krótko jako pielęgniarka, ale to nie było dla niej. Zbyt ciężka praca, za mało korzyści, za dużo pretensji i ludzkich oczekiwań. Ona wymagała od życia czegoś innego. Dlatego zgodziła się, gdy Tedd powiedział, że dla niej odejdzie od żony. Miał samochód, pieniądze, o których żona nie wiedziała, szybko odzyskałby dawną praktykę. Pewnie, że to nie trwałoby wiecznie, ale wystarczyłoby, aby się ustawiła na całe życie. A, teraz? Po co jej był potrzebny? Poprzednia żona nawet nie przyszła go odwiedzić. Policja zwracała się wciąż do Rosalyn zawracając jej głowę. To jeszcze można by od biedy jakoś znieść, ale nie to, co maiło nastąpić później. W żadnym wypadku nie zamierzała marnować najlepszych lat życia oraz resztek oszczędności na pielęgnowanie starego dziada. Tak, nie była głupia, znała się w końcu odrobinę na medycynie, a lekarze także niczego przed nią nie ukrywali. Zawał, jakiego doznał Tedd był tak silny i rozległy, że cudem tylko przeżył, a jego przyszłość stała pod wielkim znakiem zapytania. Większość opiekujących się nim medyków wyrażało umiarkowany optymizm. Sądzili, iż Wiltchoor za jakiś czas powróci na tyle do sił, by możliwe było przetransportowanie go do sanatorium. Najbliższe kilka miesięcy według ich opinii miały być naznaczone wędrówkami z dobrych do jeszcze lepszych ośrodków rehabilitacyjnych. Nikt wszakże nie mógł zagwarantować skuteczności owych leczniczych zabiegów. Należało w rachubach brać pod uwagę także tę okoliczność, iż Tedd do końca życia pozostanie słabym, zdanym na pomoc żony inwalidą. Niezależnie od tego, czy takie „życie” miałoby potrwać kilka lat czy też jedynie parę miesięcy, Rosalin ani myślała do tego dopuścić. Tak, czy inaczej, myślała, mąż nie wróci do pracy. Źródło dochodów wyschnie. Będzie sobie urabiała ręce po łokcie przy zrujnowanym ramolu, utrzymując się z jego renty. Nie tego chciała. Zamierzała cieszyć się na równi rentą i wolnością. To właśnie, dlatego zrobiła z kroplówką właśnie to, co zrobiła.

* * *

Długa, koścista, blada, końska twarz Barbry Collas wydłużyła się jeszcze bardziej o ile to możliwe. Tak, znał tę kobietę. No, prawda! Tak, to żona tego człowieka, którego znalazła na szosie. Właśnie przyszła dowiedzieć się, co z nim się dzieje. No, tak, ale to ciekawe, nadto niezwykle zaskakujące. Dlaczego ta kobieta ma na sobie strój pielęgniarki? Przecież każdemu wiadomo, że do wejścia na te kilka minut odwiedzin wystarczyłby ochronny fartuch. Tu się dzieje coś dziwnego, już ona to czuje. O, tak, nie ma co. Trzeba zadzwonić do tego policjanta. Jest nieco ciężkawy, wydaje się mało operatywny, ale przecież policjant, no i z pewnością są też tam mądrzejsi od niego. Nie, nie wie nic pewnego, ale na wszelki wypadek...

Ksiądz BROWN

Za pseudonimem ukrywa się ksiądz metropolii krakowskiej i że napisał już ponad 100 niepublikowanych kryminałów-humoresek; pisze prace z zakresu historii Kościoła lokalnego.


46-1-2-1.jpg (47104 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Oyten, 2007)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga