Autostopowiczka
Słaby wiatr, poruszający z lekka tylko gałęziami
rosnących gęsto wzdłuż drogi drzew, ozdobionymi wciąż jeszcze
żółto-rudawymi liśćmi, nie wywierał wpływu na jakość
prowadzenia samochodu. Zachodzące powoli słońce z rzadka jedynie
przesłaniane strzępem chmury, sprawiające, iż jesienna przyroda
skrzyła się mnogością swych barw przyświecało delikatnie z tyłu,
bynajmniej nie drażniąc wyblakłych oczu kierowcy, ukrytych
dodatkowo za szkłami wielkich okularów w niemodnej oprawie. Uroki
jesiennego krajobrazu nie miały jednak dostępu do wnętrza ich właściciela.
Doktor Wiltchoore poświęcał uwagę jedynie praktycznej stronie
życia, stawiając na pierwszym miejscu, co nikogo spośród znających
go bliżej nie dziwiło, osiąganie możliwie największego zysku z
każdego przedsięwzięcia, w które angażował czas i siły.
Ostatnimi czasy wszakże, zarówno finanse jak też cała przyszłość
małomiasteczkowego lekarza stanęła pod wielkim znakiem zapytania.
Społeczność miasta od pewnego czasu z zapałem i nie słabnącym
nadal, pomimo upływu kilku miesięcy zainteresowaniem poddawała
wszechstronnej analizie dramatyczne wydarzenia, które rozegrały
się w rodzinie znanego, miejscowego lekarza. W pewnym momencie stało
się oczywiste dla większości mieszkańców, jak też nie ulegało
najmniejszej wątpliwości, iż pan Thaddeus Wiltchoore został
najzwyczajniej w świecie wyrzucony z domu przez własną żonę.
Starsze panie licznie występujące w tej miejscowości, podkreślały
z satysfakcją karygodny fakt, iż była to już druga małżonka
pana Wiltchoorea, na dodatek młodsza od niego o dobre trzynaście
lat. On sam przecież nie zaliczał się do grona lokalnej młodzieży,
a prawdę mówiąc, przekroczył już dawno pierwsze półwiecze.
Druga pani Wiltchooreowa nigdy nie zdołała zaskarbić sobie
sympatii ogółu mieszkańców, a bodaj najbardziej wpływowego i
opiniotwórczego jego elementu, to znaczy wspomnianych, bardziej i
mniej leciwych pań. Sam doktor również nie należał do
ulubionych postaci w miasteczku, jednakowoż garnęło się do
niego wciąż sporo pacjentów. Zapewne zadowalające wytłumaczenie
owego zjawiska stanowiła alternatywa udania się po poradę do
zabytkowego, miłego, lecz coraz mniej skutecznego w stawianiu
diagnozy doktora McGonsagga. Toteż, ci, którzy nie mogli zwlekać
lub też nie widzieli jeszcze konieczności zasięgania opinii
specjalisty bądź poddania się szpitalnemu badaniu w nieco odległym,
dużym mieście decydowali skorzystać z usług doktora Wiltchorea.
Rzecz jasna, jak zwyczajnie bywa, część klienteli lekarza
rekrutowała się spośród zalęknionych, pełnych obawy pań, żywiących
obawę, iż porzucenie doktora i korzystanie z porad innego mogłoby
wywołać jego gniew, albo też spowodować niechęć pozostałych
medyków, urażonych takim brakiem zaufania wobec przedstawiciela
ich profesji. Dodać wypada pewną liczbę osób, mających obyczaj
zapadania na poważne schorzenia w wysoce odpowiadających im
sytuacjach, tudzież okolicznościach, a potrzebujących stosownych
zaświadczeń lekarskich. Doktor Wiltchore okazywał najwyższe
zrozumienie dla podobnych dolegliwości, za czym hojnie rzeczone
dokumenty wystawiał spotykając się naturalnie z nie mniej
hojnymi wyrazami wdzięczności.
Od pewnego wszakże czasu strumień pacjentów
szturmujących drzwi gabinetu doktora mocno wysechł. Zapewne
niebagatelną znaczenie miało to, iż owe drzwi zostały przed
kilkunastu tygodniami na głucho zamknięte. Pewnego pięknego dnia,
pośrodku słonecznego lata miasteczko obiegła sensacyjna i zgoła
niespodziewana - aczkolwiek, jak potem wspominały niektóre panie,
nie dal wszystkich - wieść. Pani doktorowa najzwyczajniej w świecie
wyrzuciła męża z domu, wymawiając mu również prawo użytkowania
mieszczącego się w nim gabinetu. Kilka wiekowych dam ogłosiło
natychmiast, iż od dawna spodziewały się takiego właśnie finału
owej niewątpliwie żałosnej, acz jeśli zważyć wspólne dobro,
zwłaszcza chorych, niefortunnej sprawy. Każdemu, kto czyni właściwy
użytek z oczu i rozumu ( one ma się rozumieć, zawsze czyniły)
podobna konstatacja winna już dawno przyjść do głowy. Nie od
dziś, ani też nie od wczoraj, co bardziej bystre i myślące
osoby dostrzegały pewne określone sygnały (jeśli wiadomo, o
czym mowa) w zachowaniu pana Witchorea, pozwalające wnosić, iż
jego małżonka może stwierdzić któregoś dnia, iż ma tego dosyć.
W rzeczy samej pani doktorowa uznała, iż miarka się przebrała,
albo też sam doktor doszedł do słusznego wszak przekonania, że
skoro pragnie odtąd dzielić życie z niejaką Rosalyn, nie
pozostaje mu nic innego jak wyprowadzka. Tak też uczynił, znajdując
tymczasowe lokum w solidnym zajeździe o dość nietypowej jak na
tego rodzaju instytucje nazwie „Pod Wężem”. Joe
Morgan, właściciel rzeczonego zakładu, mający pewne tytuły do
długu wdzięczności wobec lekarza, o których nie chciałby z
pewnością głośno rozprawiać, wynajął dlań na czas nieokreślony
odpowiednią ilość pomieszczeń, a co ważniejsze wyraził zgodę
na otwarcie tymczasowego, prowizorycznego gabinetu. Po pewnym
czasie najwierniejsi pacjenci zaczęli tam docierać, niektórzy,
podniesieni na duchu samą tylko wizytą, wzmacniali swe nadwątlone
siły krzepiącym napojem lub też ulegali pokusie spożycia
solidnego posiłku, z czego pan Morgan czerpał radość i zyski.
Stan powyższy nie mógł, że zrozumiałych względów trwać
nieskończenie. Wynalezienie samodzielnego mieszkania, a co za tym
idzie przywrócenie praktyki do dawnych bodaj rozmiarów, choćby
tylko jako fasady stawało się priorytetową kwestią. Przerodziło
się zaś we wprost palącą, gdy w jakiś czas potem żona wniosła
sprawę o rozwód na korzystnych dla siebie warunkach i tenże
otrzymała! Rosalyn bynajmniej nie zdecydowała się związać z
doktorem w tym celu, aby żyć coraz to skromniej z dnia na dzień.
Pomimo niewątpliwego braku charakteru, zaślepienia oraz lekkomyślności,
jaką zdaniem starszych pań, należało tłumaczyć jego postępowanie,
pan Wiltchoore zdawał sobie sprawę, iż nie zatrzyma przy sobie młodszej
niemal o połowę trzeciej już małżonki, jeżeli nie zapewni jej
materialnego statusu, a także splendoru bycia „panią
doktorową”, jakiego oczekiwała. W tym właśnie celu, właśnie
dziś zasiadł za kierownicą niedawno, krótko przed rozstaniem z
żoną nabytego samochodu i wyruszył w drogę. Miał do pokonania
ponad sto mil oraz sporo obaw i obiekcji żywionych przez pana
Mortimera, który równie pragnął wzbogacić się jak lękał
konsekwencji nieudanych, nie do końca legalnych działań. Jeżeli
jednak Monty przystanie na układ, w ciągu najbliższych dni, na
rachunek bankowy doktora zaczną wpływać pieniądze, i to całkiem
spore. Perspektywa opuszczenia zajazdu i wynajęcia, a z czasem
nabycia własnego domu stawała się coraz bardziej realna.
Tymczasem jesienny, rozedrgany złotem las kończył się, pagórkowaty
teren z wolna ustępował na rzecz równiny, szosa traciła skłonność
do wicia się w zakrętach. W pewnej chwili pan Wiltchoor przycisnął
pedał hamulca i zatrzymał samochód. Na poboczu stała gestykulując
rozpaczliwie młoda kobieta. Nie namyślając się otworzył drzwi.
Skorzystała natychmiast z zaproszenia i ulokowała się na fotelu
obrzucając jednocześnie doktora spojrzeniem przepełnionym wdzięcznością
i wyrzucając z siebie istną lawinę podziękowań. Zdołał wyłowić
z tej nieco chaotycznej wypowiedzi jakiś sens. Oto, spotkała ją
na tym pustkowiu bardzo niemiła przygoda. Podróżowała starym
samochodem ojca, a ten oczywiście, musiał się tutaj, to znaczy
samochód, nie ojciec naturalnie, zepsuć, wiec zatrzymał się na
środku drogi. Tutaj ruch nie jest tak wielki, więc czekała dobry
kwadrans nim zjawiło się jakieś auto. Niestety, ku jej rozpaczy,
za kierownica siedziała jakaś starsza kobieta, która powiedziała,
iż najzupełniej nie zna się na samochodach, potrafi tylko
prowadzić. Zaproponowała jej podwiezienie, ale naturalnie się
nie zgodziła, przecież nie mogła zostawić swego auta, tak na środku
szosy i to samego! Potem, za jakiś czas nadjechał samochód i
zatrzymał się. Tak, ale teraz wie, że lepiej byłoby gdyby się
nie zatrzymał. Dlaczego? Wysiadło z niego dwóch młodych mężczyzn.
Wcale nie wyglądali na takich, którzy mają złe zamiary.
Zajrzeli do jej auta i powiedzieli, iż błyskawicznie je naprawią.
Jeden z nich robił różne rzeczy, ruszał przewodami, odkręcał
coś i zakręcał, ona nie ma pojęcia po co. Drugi siedział w
samochodzie, którym przyjechali. Wreszcie, ten, który naprawił
jej auto, zamknął maskę, wsiadł i silnik zapalił! Ucieszyła
się okropnie, a zaraz potem te drań odjechał jej autem!
Momentalnie ruszył za nim ten drugi. I tak, została tu sama, bez
samochodu, bez torebki, w której były dokumenty i portfel, no i
karta kredytowa. To straszne. Od tej chwili upłynęło chyba z pół
godziny. Kto wie, gdzie oni pojechali. Kilka mil dalej jest przecież
skrzyżowanie, mogli się udać w jednym z trzech kierunków.
Pasażerka zakończyła przemowę i odetchnęła, najwyraźniej
wyczerpana przeżyciami. Teraz doktor mógł przyjrzeć się jej
baczniej. Na oko, według jego doświadczenia wyglądała na jakieś
dwadzieścia kilka lat. Wiekiem, więc podobna był do Rosalyn.
Musiał jednak przyznać, iż porównanie tejże z niespodziewaną
towarzyszką podróży zdecydowanie wypadało na korzyść tej
ostatniej. Już na pierwszy rzut oka było widać jasno, że
Rosalyn z pewnością ustępowała jej inteligencją, a i, gdy szło
o urodę, zostawała w tyle. Nieznajoma niewątpliwie miała szyk i
styl, choć strój, właściwy raczej dla osoby z prowincji, zwłaszcza
ta chustka niestarannie zawiązana na imponującej blond fryzurze,
a także zrozumiałe wzburzenie i nerwowość zachowań psuły
nieco obraz. Stanowczo, jego zdaniem, a dziedzinie mody i strojów
uważał się za znawcę, połączenie bardzo zwykłej, tandetnej
wręcz sukienki, taniego płaszcza z eleganckimi, a zatem
kosztownymi okularami przeciwsłonecznymi, przy braku lakieru na
paznokciach oraz zbyt silnym makijażu było nad wyraz niestosowne
i nietrafione. Pomimo tego, doktor doszedł do przekonania, iż ma
do czynienia z kobietą silną, świadomą własnej urody, wartości
i niewątpliwie uroku, jaki roztacza nawet w tak niedbałym
odzieniu.
Tak, nie można było zaprzeczyć, iż
Rosalyn, która jeszcze przed kilku minutami zdawała się być
gwiazdą filmową w zestawieniu z nieco postarzałą już drugą małżonką
doktora, teraz wydawała mu się zupełnie nijaka i pospolita. No,
cóż, nie sądził jednak, by taka młoda, pewna siebie i zapewne
przedsiębiorcza, a także, wbrew pozorom zamożna kobieta zwróciła
na niego poważniejszą uwagę. Z bolesną oczywistością zdał
sobie sprawę z prawdziwości faktów, które na co dzień
starannie od siebie odsuwał. Tak, nie był już młody, jego
figurze sporo można by zarzucić. Włosy, cóż, co prawda od
dawna utraciły naturalny kolor i, aczkolwiek całkiem białe,
tudzież z lekka przerzedzone nadal jednak okrywały wysokie czoło.
Zbyt duży nos i wyjątkowo nie twarzowe okulary, które w połączeniu
z włosami okazywały się przydatne dla budzenia szacunku i
zaufania wśród starszych pacjentów, nie wypadały z pewnością
korzystnie w oczach osób pokroju nieznajomej „autostopowiczki”.
Tak można by sądzić, wszakże, jak życie uczy, od zasady bywają
wyjątki. Może i tym razem tak się stanie?
Nieznajoma zdawała się być całkowicie
skoncentrowana na lustrowaniu drogi, zapewne w nadziei ujrzenia
skradzionego samochodu. Tedd Wiltchoor włączył więc radio, by
zapełnić czymś ciszę, a także zyskać nieco czasu na obmyślenie
najlepszej strategii postępowania. Upłynęło tak kilka następnych
minut jazdy, po czym stacja, którą wybrał przypadkowo przerwała
nagle nadawanie niewyszukanej muzyki. Zamiast nieskomplikowanych
taktów zabrzmiały słowa nadzwyczajnego komunikatu. Ostrzegano
wszystkich podróżujących samochodami, by pod żadnym pozorem nie
zabierali przygodnych pasażerów, ponieważ w okolicy grasuje
niezwykle groźny przestępca, który będąc podejrzanym o popełnienie
kilku zabójstw swego czasu zbiegł z więzienia. Podano także
jego nazwisko oraz rysopis. Według komunikatu miał być średniego
wzrostu, szczupłym, przystojnym mężczyzną o wyglądzie
przyzwoitego młodego intelektualisty, urzędnika lub nawet
studenta, czym wprowadzał w błąd łatwowierne ofiary. Dziś dopuścił
się nowego morderstwa i kolejny raz, osaczony już przez stróżów
prawa zdołał się wydostać i umknąć. Policja nie wyklucza, iż
może on występować w przebraniu kobiety.
Doktor Tedd gwałtownie przełknął ślinę, ale gorąco, które
go zalało nie ustąpiło ani na jotę. Czuł, że serce podeszło
mu do gardła, w skroniach zaś zaczyna się gwałtowne łomotanie.
Nogi zrobiły się nagle jakieś omdlałe, z trudem tylko wykonywały
wyuczone ruchy, pozwalając na prowadzenie auta. Zdołał wreszcie
opanować na tyle paniczny strach, by nieznacznie obrócić głowę.
Zobaczył to, czego się najbardziej obawiał i zalała go kolejna
fala obezwładniającego niemal przerażenia. Nieznajoma nie uśmiechała
się już rozbrajająco. Jej, lub też, co bardziej prawdopodobne,
jego oczy spoglądały twardo, niemal okrutnie. Twarz zastygła w
wyrazie zimnego spokoju i beznamiętnego zdecydowania. W dłoni
okrytej tandetną, damską rękawiczką tkwił teraz automatyczny
pistolet wymierzony w wydatny brzuch doktora.
* * *
Tedd
Wiltchoor powłócząc z najwyższym wysiłkiem opornymi nogami,
posuwał się wolno poboczem szosy. Z ogromnym trudem zmuszał
roztrzęsione kończyny do wykonywania w miarę skoordynowanych
ruchów. W głowie wciąż nieznośnie huczało, w ustach odczuwał
słodkawo-mdły zapach strachu, serce tłukło się niemiłosiernie,
nie chcąc się uspokoić. Powinien przysiąść gdzieś na jakimś
pniu, albo i na samej ziemi, odpocząć nieco, zebrać siły.
Strach okazywał się jednak silniejszy niż głos zdrowego rozsądku.
Przecież on mógł w każdej chwili zmienić zamiary i wrócić!
Doktor nie potrafił już układać w logiczną całość swoich myśli.
Cóż, bowiem pomógłby najszybszy nawet marsz, jeśli przestępca
poruszał się zabranym mu samochodem? A, jednak, ta oczywista
prawda nie potrafiła przebić się do świadomości przerażonego
lekarza, toteż dobywał ostatków sił, by oddalić się możliwie
najdalej od miejsca, w którym ten bandyta po prostu pozostawił go
na szosie.
Tedd nigdy wcześniej nie przeżył niczego równie dramatycznego i
strasznego. Otarł się dosłownie o śmierć. Od chwili nadania
przez radio komunikatu jechali w całkowitym milczeniu dobre pół
godziny. Wreszcie tamten kazał mu zatrzymać wóz. Wiltchoor był
zbyt sparaliżowany strachem, by pomyśleć nawet o podjęciu
jakiejkolwiek obrony. Wykonał polecenie. Kazał mu wysiąść.
Wysiadł z najwyższym trudem. Nie wiedział już właściwie, co
się dzieje, choć przeczuwał, że to jego ostatnie chwile.
Wszystko niemal rozpływało mu się przed oczami. Nie myślał
nawet o Rosalyn, o pracy, o pieniądzach. Gdzieś wewnątrz kołatał
się głos mówiący, iż umiera w tak głupi sposób, na własne
życzenie. Potem usłyszał trzask, a zaraz po nim wypowiedziane
spokojnym głosem słowo „trudno”. Tamten stwierdził z
uśmiechem, którego Tedd nie zdołał dostrzec, iż w pistolecie
nie ma już ani jednego naboju. Skoro tak, puści go wolno. Może
sobie pozwolić na taki gest. W zamian pożyczy sobie jednak samochód.
Tedd stał, nie mogąc zdobyć się na żaden
ruch, jeszcze dobre kilka minut, nim wreszcie przyszedł do siebie
w wystarczającym stopniu, by podjąć działanie, po czym ruszył
w drogę. Nim przebył dwie, może trzy mile pojawiły się
pierwsze oznaki postępującego osłabienia, potem zaś opadał z
sił coraz szybciej. Musiał się zatrzymać. Zamierzał zejść z
asfaltu, by oprzeć się o drzewo i choć trochę odpocząć. Czuł,
że bez chwili przerwy i oddechu nie przejdzie już ani jarda.
Uczynił krok i zaraz potem upadł.
* * *
Barbra Collas przerywała, co kilka zdań swoją dramatyczną, a może
bardziej chaotyczną, a pewnością niezwykle głośną opowieść,
by przyłożyć rękę do serca, które, co powtarzała z lubością,
niemal się zatrzymało, gdy prawie najechała na tego leżącego
na szosie człowieka. Całe szczęście, że na nią to właśnie
trafiło. Większość kobiet w podobnej sytuacji uległoby panice,
pozostając całkowicie bezradnymi, ale nie ona. Ona zawsze była w
życiu twarda i nie pozwalała sobie na żadne fanaberie. Owszem,
jej chore serce nakazywało ostrożność, ale obowiązek ponad
wszystko, oto, co wyznaje. Nie kobieta musi być mocna, ot, co. Na
mężczyzn przecież nie można liczyć. Przecież to nie kobieta,
ale właśnie dorosły mężczyzna, wcale nie ułomek zasłabł na
tej jezdni, a ona, słaba, jak się powszechnie uważa kobieta, właśnie
ona, sama, tak, sama, bez niczyjej pomocy, no, bo któż miałby
tam wtedy być, na tym pustkowiu, niech jej ktoś to powie, ona
sama zatem wtaszczyła go do samochodu i prawie nieżywego, tak, już
prawie trupa, zawiozła do szpitala.
Detektyw King pomyślał, iż z chęcią
zobaczyłby Barbrę Collas na szpitalnym łóżku, lub pod kołami
samochodu, rychło jednak skarcił się za tę nie licującą z
jego profesją wizję i przystąpił do wydobywania z energicznej
niewiasty bardziej konkretnych informacji.
* * *
Doktor
Tedd obudził się. Usiłował poruszyć ręką, jednak bez skutku.
Po kilku dalszych próbach dał za wygarną. Powoli, stopniowo
rozpoznawał miejsce, w którym się znajdował. Ach, tak,
intensywna terapia i te przyrządy. Kroplówka, a, tak, i to
lekarstwo, cóż, nie jest z nim dobrze. Co się stało? Czyżby
zawał?
Zamknął oczy. Gorączkowo szukał w pamięci strzępów wydarzeń.
Kawałek po kawałku układały się w całość. Tak, pamiętał
tego człowieka, drogę przez biegnącą lasem szosę. Tylko tyle.
Wszystko, co nastąpiło potem stanowiło niewiadomą. Wiedział,
że czuje się straszliwie słabo. Zapadł w sen.
* * *
Doktor
Wiltchoor otworzył oczy. Otrząsnął się z resztek długiego,
chaotycznego snu. Za oknami panowała ciemność. Zatem przespał
kilka godzin. To dobrze, sen przywraca siły. Stwierdził wszakże
po chwili, iż, bynajmniej nie czuje się ani odrobinę lepiej, a
może nawet jest jeszcze słabszy? Dlaczego? Z wysiłkiem przebiegł
wzrokiem najbliższe otoczenie. Tak! Kroplówka schodziła, więc
wszystko w porządku. Czy rzeczywiście? Jej kolor, tak, wyglądał
jakoś inaczej. Usiłował się poruszyć daremnie. Natężał tę
odrobinę sił, a raczej wyobrażenie o nich, które jeszcze mu
jeszcze pozostało. Chciał krzyknąć, jednak z gardła wydobywał
się jedynie cichy bełkot. Znów natężył się, jeśli można to
było tak nazwać, podejmując beznadziejną próbę sięgnięcia
do dzwonka.
* * *
Rosalyn uśmiechała
się do siebie, krocząc zamaszyście szpitalnym korytarzem. Kiedyś
pracowała krótko jako pielęgniarka, ale to nie było dla niej.
Zbyt ciężka praca, za mało korzyści, za dużo pretensji i
ludzkich oczekiwań. Ona wymagała od życia czegoś innego.
Dlatego zgodziła się, gdy Tedd powiedział, że dla niej odejdzie
od żony. Miał samochód, pieniądze, o których żona nie wiedziała,
szybko odzyskałby dawną praktykę. Pewnie, że to nie trwałoby
wiecznie, ale wystarczyłoby, aby się ustawiła na całe życie.
A, teraz? Po co jej był potrzebny? Poprzednia żona nawet nie
przyszła go odwiedzić. Policja zwracała się wciąż do Rosalyn
zawracając jej głowę. To jeszcze można by od biedy jakoś znieść,
ale nie to, co maiło nastąpić później. W żadnym wypadku nie
zamierzała marnować najlepszych lat życia oraz resztek oszczędności
na pielęgnowanie starego dziada. Tak, nie była głupia, znała się
w końcu odrobinę na medycynie, a lekarze także niczego przed nią
nie ukrywali. Zawał, jakiego doznał Tedd był tak silny i rozległy,
że cudem tylko przeżył, a jego przyszłość stała pod wielkim
znakiem zapytania. Większość opiekujących się nim medyków
wyrażało umiarkowany optymizm. Sądzili, iż Wiltchoor za jakiś
czas powróci na tyle do sił, by możliwe było
przetransportowanie go do sanatorium. Najbliższe kilka miesięcy
według ich opinii miały być naznaczone wędrówkami z dobrych do
jeszcze lepszych ośrodków rehabilitacyjnych. Nikt wszakże nie mógł
zagwarantować skuteczności owych leczniczych zabiegów. Należało
w rachubach brać pod uwagę także tę okoliczność, iż Tedd do
końca życia pozostanie słabym, zdanym na pomoc żony inwalidą.
Niezależnie od tego, czy takie „życie” miałoby
potrwać kilka lat czy też jedynie parę miesięcy, Rosalin ani myślała
do tego dopuścić. Tak, czy inaczej, myślała, mąż nie wróci
do pracy. Źródło dochodów wyschnie. Będzie sobie urabiała ręce
po łokcie przy zrujnowanym ramolu, utrzymując się z jego renty.
Nie tego chciała. Zamierzała cieszyć się na równi rentą i
wolnością. To właśnie, dlatego zrobiła z kroplówką właśnie
to, co zrobiła.
* * *
Długa, koścista,
blada, końska twarz Barbry Collas wydłużyła się jeszcze
bardziej o ile to możliwe. Tak, znał tę kobietę. No, prawda!
Tak, to żona tego człowieka, którego znalazła na szosie. Właśnie
przyszła dowiedzieć się, co z nim się dzieje. No, tak, ale to
ciekawe, nadto niezwykle zaskakujące. Dlaczego ta kobieta ma na
sobie strój pielęgniarki? Przecież każdemu wiadomo, że do wejścia
na te kilka minut odwiedzin wystarczyłby ochronny fartuch. Tu się
dzieje coś dziwnego, już ona to czuje. O, tak, nie ma co. Trzeba
zadzwonić do tego policjanta. Jest nieco ciężkawy, wydaje się
mało operatywny, ale przecież policjant, no i z pewnością są
też tam mądrzejsi od niego. Nie, nie wie nic pewnego, ale na
wszelki wypadek...
Ksiądz BROWN
Za pseudonimem ukrywa się ksiądz metropolii
krakowskiej i że napisał już ponad 100 niepublikowanych kryminałów-humoresek;
pisze prace z zakresu historii Kościoła lokalnego.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu (Oyten, 2007)
Fot. Michael Wittbrot
|