W cieniu akt bezpieki
Zapoznawszy
się na ile to było możliwe z długo reklamowaną pozycją ks.
Tadeusza Isakowicza Zaleskiego „Księża wobec bezpieki”
spieszę z oczekiwaną recenzją. Prawdę mówiąc trudno o
wnikliwą recenzję w sytuacji, gdy ma się w ręce, jak twierdzi
Autor na stronie 10. swojej przedmowy, popularno-naukową wersję
zawartości archiwów. Warto by więc wziąć pod lupę ściśle
naukowy owoc pracy, by móc go krytycznie ocenić. Na to wszakże
mało kto chyba będzie mógł (o ile nie będzie musiał) sobie
pozwolić. Autor wyraża nadzieję na to, że „w nieodległym
czasie pojawią się kolejne dokumenty, które rzucą nowe światło
na opisywane sprawy” (s. 11). Jest rzeczą wielce
ryzykowną ofiarowanie opinii publicznej pozycji, w sytuacji
gdy autor jest świadom, iż dokumentacja nie jest kompletna. Owe
dokumenty, o ile sie pojawią, mogą na przykład w zupełnie innym
świetle ukazać występujące w książce postaci. Nie wiem, wedle
jakich kryteriów Autor wyselekcjonował księży umieszczonych w
poszczególnych działach. Nie podzielam też opinii Autora
wyrażonej w listach wysłanych do zainteresowanych księży, iż
po raporcie „Więzi” na temat księdza Czajkowskiego
„nikt już nie wierzy”, że akta w IPN są sfałszowane. Nie
jestem wyrazicielem opinii typu: „nikt”, albo
„wszyscy”. Po prostu każdy przypadek, a w owym „przypadku”
każdy dokument należy skrupulatnie zbadać. Póki co jako
historyk podchodzę do zawartości archiwów z należytym dystansem. Książka
jest spokojnym, beznamiętnym zrelacjanowaniem, na przykładzie
konkretnych osób, różnorakich postaw duchowieństwa wobec
systemu komunistcznego. Przypadki te poprzedzone są ogólnym wstępem
przygotowanym przez trójkę autorów (ks. J. Marecki, F. Musiał,
E. Zając), który ma za zadanie czytelnika niezorientowanego,
szczególnie młodego, wprowadzić w kontekst opisywanych czasów. Mamy
więc przykłady kapłanów bohaterów, często znanych tylko
lokalnym społecznościom, zamordowanych, bądź prześladowanych i
mamy księży „patriotów” jak ich z przekąsem
nazywano, ludzi, którzy z przeróżnych motywów popierali
„władzę ludową”. Dane mi było spotykać takowych w
swoim życiu. Pamiętam jednego, który z przekonaniem bronił
ludowładztwa, ale też i takich, którzy puszczali „oko”
do słuchaczy. Oczywiście inna była ich rola w latach 40. czy
stalinowskich, inna w 70. czy 80., stąd i w tym przypadku uogólnienia
byłyby nie na miejscu; w książce na szczęście ich nie ma. Dużo
miejsca Autor poświęca znanym krakowskim duszpasterzom ludzi
pracy z czasów stanu wojennego. Tu lektura wsparta jest moimi
osobistymi doświadczeniami i wspomnieniami. Duchowni typu księdza
Jancarza czy księdza Popiełuszki uratowali klasę robotniczą dla
Kościoła. To ich zasługa dziś jeszcze niedoceniana, ale jakże
realna. Gdy czytam w książce o „problemach” z kurią,
przypominają mi się młodzieńcze frustracje z powodu takiego a
nie innego zachowania tego czy owego kurialisty czy biskupa, pamiętam
dobrze zgryźliwe opinie tzw. „zdroworozsądkowców” o
nieodpowiedzialności „tych Popiełuszków”, narażaniu
Kościoła itd. Zbyt głębokie zaufanie do gabinetowych
zabiegów zamykało wielu hierarchom usta tam, gdzie powinni byli
je otworzyć. Negocjować należy, ale milczeć nie wolno.
I wcale nie chodziło o wzywanie na barykady, ale o „słowo
krzepiące”, o jakiś gest, by można było powiedzieć
„nasz pasterz jest z nami”. Tak bardzo tego nieraz
brakowało. Miałem czasami poczucie, że kapłani typu księdza
Jancarza czemuś i komuś w czymś przeszkadzają. Nieraz
konfratrzy popisywali się wobec siebie, albo wobec Pasterza
takim „zdrowym rozsądkiem”, który zazwyczaj był
zamaskowanym koniunkturalizmem. Z tego powodu ludzie garnęli
się tam, gdzie czuli się oczekiwani i kochani. I słuchali z
takim samym zangażowaniem księdza Jancarza w Krakowie jak i
biskupa Tokarczuka na Jasnej Górze. Oczywiście i tu nie można
uogólniać, bo mieliśmy wtedy wielu wspaniałych biskupów, ale
przypadki przykre długo bolą. Na drugim biegunie „agenci”,
wówczas jeszcze nieznani, tacy "komandosi". Jedni dali
się złapać na paszport, inni wskutek obyczajowych potknięć,
jeszcze inni zwyczajnie ze strachu. Osobiście surowo odnoszę się
wobec tych, którzy nie gardzili esbeckim groszem czy podarkami i
nie przejmowali się, że wskutek ich działań za rogiem czai się
ludzka krzywda. Ilu takich było, nie wiem. Książka Zaleskiego o
tym mi nie mówi. Są, owszem dokumenty, ale zazwyczaj ubeckiego
autorstwa (panowie z SB jakoś nie wzbudzają mojego zaufania):
jako omówienia tego kto i o czym donosił. Tu rodzi się prawdziwy
problem. Powiem na swoim przykładzie: wkrótce mam wizytę w
IPN, będę przeglądał swoje dokumenty (taką mam nadzieję).
Rozmów z funcjonariuszami SB miałem kilka, a wliczając rozmowy z
oficerem politycznym mojej kleryckiej kompanii w Bartoszycach, który
zapewne też raczej do kółka różańcowego nie należał, około
dwudziestu. Na wszystkie byłem wzywany. Trwały od kilku do
kilkunastu minut. O czym było? –
dziś po trzydziestu latach, nie mam zielonego pojęcia. Pamiętam
tylko tę, na której dyskretnie zaproponowano mi studia na
wybranej świeckej uczelni i tę gdy pytano co sądzę o swoim
biskupie (byłem wtedy alumnem seminarium przemyskiego). Co panowie,
przepraszam, towarzysze napisali w swoich raportach, nie wiem.
Czy dali mi kryptonim, też nie wiem. I czy „donosiłem”
też nie wiem; może w ich opinii – tak,
bo w mojej –
nie. A luźne rozmowy z niektórymi bliżej zaprzyjaźnionymi
kapralami? Może któryś z nich też...? Czy coś podpisałem? Tak
–
odbiór paszportu, który otrzymałem bez jakichkolwiek problemów
i zbędnych rozmów. Coś jednak musi być na rzeczy,
skoro znalazłem się na liście Wildsteina. Dowiem się. Czy
więc biskup Górny donosił? –
nie sądzę. Czy księża mówiący, że tylko rozmawiali bez świadomości,
że może to być zinterpretowane jako donos, kłamią? –
Też, nie sądzę. Czy wspomniany w książce ks. abp Stanisław
Wielgus zasługuje, w kontekście dostępnych dokumentów na
miano agenta? –
Tu moje wątpliwości są niebotyczne. Dlatego mam wątpliwości co
do celowości wydania rzeczonej pozycji w takim charakterze, w
jakim została wydana i na obecnym etapie badań; mówię to tym
dobitniej, że swego czasu wsparłem e-mailowo Autora i nadal
jestem zwolennikiem lustracji cywilizowanej i w żadnym razie nie
odbieram Autorowi dobrej woli. Póki co, prawie na wszystkich, wyjąwszy
tych, którzy przyznali się do współpracy, „ciąży”
domniemanie niewinności i uważam, że ich nazwiska w tejże
pozycji znaleźć się nie powinny. Bo chociaż Autor parę
razy podkreśla nieproporcjonalność zachowań negatywnych wobec
pozytywnych, to po lekturze pozostał we mnie jednak osad bardzo
„proporcjonalny”; obydwa rodzaje zachowań jakby się w
mojej świadomości zrównoważyły, tak jakby na jednego porządnego
przypadał co najmniej jeden agent. Ale to oczywiście mój
osobisty, bardzo subiektywny odbiór, i oby tylko mnie dotyczył.
Gdyby wszakże zastosowano domniemanie niewinności, proporcje by
się zrównoważyły. Skoro już lustracja duchowieństwa została
rozpoczęta, należy ją, tak uważam, prowadzić tak jak proces każdego
obywatela. Nie może bowiem być tak, że powie się, iż księża
nie mogą dochodzić swego prawa do dobrego imienia przed sądami
świeckimi, a media korzystając z tego będą sobie bezkarnie używać.
Musi więc być sąd z wszelkimi procedurami, musi być sędzia,
prokurator i obrońca, musi być wyrok niezawisłego sądu wraz z
domniemaniem niewinności. I muszą być świadkowie. I są jeszcze
kryteria określające tajnego współpracownika, sformułowane
przez Trybunał Konstytucyjny. Jeżeli to wszystko nie zostanie
zachowane, skazujemy się na udrękę terlikowszczyzny i
nieustannego nękania ludzi byle czym i byle kiedy. I
przez byle kogo. Dlatego jestem zmuszony rzec, iż książka w moje
postrzeganie problemu niczego konstruktywnego nie wniosła. Życzę
wszakże Autorowi, aby doktorat spełnił moje oczekiwania. Myślę,
że ten niedługi komentarz jest wystarczającą recenzją książki
i sytuacji, która ją zrodziła.
Franciszek GOMUŁCZAK SAC
Ks. Franciszek Gomułczak. Urodził się w 1957 roku w Dobkowicach koło
Przemyśla. Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne Stowarzyszenia
Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie koło Warszawy i Katolicki
Uniwersytet Lubelski. Studiował teologię i historię. Pełnił
urząd mistrza nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich, pracował na
parafiach w Sarnach i Żytomierzu. Przez ostatnie cztery lata był
ojcem duchownym i wykładowcą Wyższego Seminarium Duchownego we
Lwowie. Obecnie mieszka w Lublinie.
|
Na ilustracji:
Okładka książki
ks. Tadeusza
Isakowicza
-Zaleskiego (2007)
|