Rozum polityczny

Z ks. Józefem TISCHNEREM rozmawia Marek WITTBROT

Ks. prof. Józef Tischner (1931-2000), fenomenolog, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej i Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w latach osiemdziesiątych prezes wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, autor między innymi „Świata ludzkiej nadziei”, „Etyki Solidarności” i „Myślenia według wartości”. W sumie opublikował dziewięć książek na temat etyki, teologii i historii. Był kapelanem „Solidarności” i współtwórcą tzw. filozofii spotkania. Wielokrotnie występował w paryskim Centrum Dialogu, głosił konferencje czy też prowadził rekolekcje w pallotyńskim Duszpasterstwie Akademickim. Prezentowana rozmowa odbyła się w krakowskim mieszkaniu autora „Polskiego kształtu dialogu”. Jest jednym z dwóch komentarzy do pierwszych w Polsce po drugiej wojnie światowej demokratycznych wyborów, jakie się odbyły 4 czerwca 1989 roku. Pierwszy ukazał się w „Gazecie Wyborczej” (nr 19, pod tytułem „Potrzebna jest łaska odwagi” – rozmawiali Marek Wittbrot i Jacek Żakowski, wydanie z dnia 02/06/1989, str. 1).  Drugi, wcześniejszy komentarz, dotychczas nie ujrzał światła dzienniego.

– Po obradach Okrągłego Stołu „Solidarność” jak i wszyscy Polacy znaleźli się w nowej sytuacji. Co zatem przed nami? 

– Do głosu, bardziej niż inne rzeczy, dochodzi wreszcie rozum polityczny. 

– Od dzisiaj historia nie będzie nas oceniać za umiejętność prowadze­nia życia w podziemiu, ale za umiejętność przełożenia ideałów „Solidarność” na konkretne czyny i wprowadzenie ich w życie. 

– Przeżywamy schyłek systemu totalitarnego. Choroby totalitarne jednak wciąż na nas ciążą. Wyzwoliliśmy się z pewnych zewnętrznych struktur, ale wewnętrznie nie wyzwoliliśmy się z totalitaryzmu.

– Czy jesteśmy w stanie totalitarne choroby przezwyciężyć? 

– Nie ma innego wyjścia. Musimy powoli je przezwyciężać. One istnieją po jednej i po drugiej stronie. Ale po stronie „Solidarności” każde zjawisko, każdy okruch totalitaryzmu jest o wiele bardziej niepokojący. Po drugiej stronie totalitaryzm jest czymś „normalnym”, związanym z teorią dyktatury proletariatu. „Solidarność” stawiała i stawia na demokrację. Dlatego musi zwalczać każdy przejaw totalitaryzmu.

– Pokojowe przemiany roku 1989 to nie pierwsza próba wyjścia z totalitaryzmu. Ciążą na nas bolesne doświadczenia historyczne. Przez cały okres powojenny próbowaliśmy odzyskać wolność, wybić się na niepodległość. Niestety, poza krótkim okresem solidarnościowej euforii, poza przełomem 1980/1981, zakończonym wprowadzeniem stanu wojennego, aż 44 lata trzeba było czekać na odbudowanie nadziei, wybicie się na demokrację.

– Próby wybicia się na demokrację były i wcześniej, już w okresie zaborów, choć wtedy nie mieliśmy do czynienia z totalitaryzmem, lecz najwyżej z absolutyzmem. Po drugiej wojnie światowej wtargnął do nas system władzy totalitarnej. Do dzisiejszego dnia tkwią w nas ślady totalitaryzmu. Teraz sprawą najważniejszą jest umiejętność zjednania tych ludzi, którzy z „Solidarnością” przegrali. „Solidarność” jest czymś więcej niż tylko grupą ludzi w sejmie, czy też organizacją związkową. Istnieje „duch Solidarności”. Ten „duch Solidarności” ogarnął kiedyś cały naród. Teraz jest trochę inaczej. Niektórzy przystąpi­li do wyborów jako kandydaci spoza listy „Solidarności”. Ale i do tych ludzi trzeba się przybliżyć i umieć sobie ich zjednać. Ludzie ci, jeśli przegrają, muszą być przekonani, że przegrali wybory w demokratycznej konkurencji, a nie z powodu innych czynników. Jeżeli tego nie będzie, będzie to cios dla „ducha Solidarności”.

– Jaką rolę do spełnienia będzie miał Kościół w nowej sytuacji? 

– Kościół musi wykazać się tak rozumem religijnym, jak i politycznym. Rozum religijny ma ludzi łączyć. Rozum polityczny ma nauczyć ludzi walczyć programami, a nie ludźmi. Trzeba pamię­tać, że typowanie kandydatów do sejmu to nie jest wybór ludzi do seminariów duchownych. Inne kryteria stosujemy, gdy wybieramy kogoś na kleryka, a inne, kiedy chcemy, aby ktoś reprezentował w parlamencie pewną koncepcję polityczną czy program społeczno-gospodarczy.

– Kościół, jak wiadomo, nie może się angażować w działalność polityczną, jednak, jeśli chodzi o Polskę, był i chyba jest nadal poważną siłą polityczną? 

– Kościół był zawsze oddolną siłą polityczną – siłą, która uczyła ludzi odpowiedniego stosunku do władzy, uczyła demokracji, szacunku dla innych poglądów, tolerancji i cierpliwości, widze­nia człowieka w jego podstawowych wartościach, nie przerzucania ocen religijnych na oceny polityczne. Niewierzący może być bardzo uczciwym, wypróbowanym w walce z totalitaryzmem człowiekiem. Winniśmy oceniać go wedle tego, co zrobił.  A potrzebujemy w sejmie ludzi, którzy mają praktykę walki z totalitaryzmem. Gdy usiłujemy naprawić samochód, nie pytamy, czy ktoś chodzi do Kościoła, ale czy jest fachowcem od naprawiania samochodów. Na tym polega rozum polityczny, żeby umieć oceniać ludzi wedle tego, co w konkretnej sytuacji potrafią zrobić. Polityka jest pewnym zawodem. Dyletanci kompromitują siebie i sprawę, którą usiłują reprezentować.

– Kościół, szanując autonomię państwowych instytucji, nie traci mocy społecznego i religijnego oddziaływania. 

– Kościół powinien nieustannie wracać do istoty religii. Powinien pamiętać o tym, że religia inspiruje politykę, ekonomię i kulturę. Myślę, że my w tych ostatnich zakrętach dziejowych staliśmy się mniej religijni. Dlatego Kościół tym bardziej po­winien przywracać ludziom religijny wymiar istnienia. Obecnie dopiero rodzi się społeczeństwo dialogu. Rodzi się ono w bólach. Jest to normalna sprawa. Każde społeczeństwo wychodząc z totalitaryzmu ma w sobie i obok siebie jakieś ruiny. I z tych ruin rodzi się coś nowego. Mamy ruiny nie tylko w gospodarce, ale i w sobie. I od nas zależy, czy i kiedy powstaniemy z ruin.

Kraków, 10 maja 1989 roku




Na zdjęciu:

Ks. Józef Tischner
(Osny, 1988)


Fot. Witold Urbanowicz

© Recogito, Rafaliga