Kolekcja La Caze’a

Muzea zazdrośnie ukrywają swoje skarby i sekrety. Zgromadzone w nich obrazy czy rzeźby trafiają do „świątyń sztuki” różnymi drogami. Nie jest tajemnicą, iż chętnie przyjmują one darowizny, nie zapominają również o ofiarodawcach, mimo że nie zawsze i nie bez oporów spełniana jest ich wola. Jeżeli ktoś odwiedził paryski Luwr dla samego faktu bycia w słynnym miejscu, zapewne nie miało dla niego znaczenia to, że na przykład arcydzieło Rembrandta powstałe w 1654 roku, czyli „Batszeba w kąpieli”, znalazło się w paryskim muzeum dzięki hojnemu ofiarodawcy. A jednak bez takich, niejednokrotnie wręcz nieocenionych darowizn i Luwr nie mógłby się szczycić wieloma ze swych znanych na całym świecie arcydzieł.
„Batszeba w kąpieli” to płótno często opisywane, głównie ze względu enigmatyczność sceny, do której powstania przyczyniły się dzieje starotestamentowego króla Dawida. To jeden z najważniejszych obrazów Rembrandta, ofiarowany Luwrowi w 1869 roku przez francuskiego kolekcjonera Louisa La Caze’a. „Batszeba” należała do 583 obrazów z prywatnej kolekcji, przekazanych Luwrowi zapisem testamentowym w drugiej połowie XIX stulecia. Niebywała szczodrość ze strony ofiarodawcy wzbogaciła stałą kolekcję przede wszystkim o francuskie malarstwo XVIII wieku i dzieła takich malarzy jak Boucher, Chardin, Fragonard, Greuze, Robert czy Watteau.
Syn bankiera, raczej filantrop niż lekarz, milioner i miłośnik sztuki posiadając wyrobione upodobania i dość duże wymagania, nie mając wielkiego mniemania o gustach swej epoki, poszukiwał ciągle nowych, prawdziwych arcydzieł. Z perspektywy czasu można by stwierdzić, że odkrył i uprzystępnił swoim rodakom malarstwo hiszpańskie, malarstwo szkoły północnej, włoski barok i osiemnastowieczne malarstwo angielskie. W jego zbiorach znalazły się bowiem płótna takich mistrzów jak Anton Van Dyck, Peters Paul Rubens, Jusepe de Ribera, Rembrandt Harmensz van Rijn, Frans Hals, Thomas de Keyser, Jacob Jordaens, Giovanni Lanfranco. W wiele lat po śmierci, a zatem w sposób niezamierzony, wywołał „rodzaj estetycznego porażenia” w szerokich kręgach miłośników sztuki.
Louis La Caze (1798-1869) był z wykształcenia lekarzem, z zamiłowania wizjonerem i malarzem amatorem. Widywano go w paryskich domach aukcyjnych i na straganach ze starociami. Chętnie spoufalał się z historykami sztuki, ale też rywalizował, a czasami stawał się serdecznym przyjacielem najważniejszych i liczących się kolekcjonerów. Otwierał drzwi do swojej „prywatnej świątyni” młodym adeptom malarstwa. „Dobry doktor” zapraszał w swoje progi Maneta, Fantin-Latoura i Degasa, aby mogli kopiować dzieła wielkich mistrzów pędzla. W wieku 67 lat sporządził testament. Napisał między innymi: „Zostawiam paryskiemu muzeum całą moją kolekcję obrazów, stanie się ona jego własnością po mojej śmierci. Żywię nadzieję, iż znajdzie ona odpowiednią, poświęconą jej salę. Jeżeli muzeum nie zaakceptuje mego daru, proszę o przekazanie jej do różnych muzeów na prowincji”. Jakże prosta i nieskomplikowana formuła.
Louis La Caze umarł 28 września 1869 roku. Kiedy amatorzy sztuki w 1870 roku ujrzeli Salle des Séances, osłupieli z wrażenia. „Pierrot” Watteau, „Deser” czy „Modlitwa przy stole” Chardina, „Natchnienie” Fragonarda – rzeczywiście były dowodem, iż przyszło wszystkim obcować z niezwykłym zbiorem malarskim. Bardzo szybko jednak podzielono go między Luwr i muzea na francuskiej prowincji. Kto współcześnie odwiedza nadsekwańskie muzeum, znajduje obrazy z jego zbiorów w różnych salach, na różnych piętrach Luwru. Dobrze zatem się stało, iż na jakiś czas kolekcja La Caze’a choć częściowo odzyskała dawny charakter.


47-4-2a.jpg (49308 Byte)

Na ilustracji:

"Batszeba
w kąpieli"
(1654)
Rembrandta
(1606-1669)



© Musée du Louvre

„Upadek gwiazd” w Grand Palais

Z taką poetycką opowieścią chciałoby się pozostać jak najdłużej. Otwiera ona bowiem nieznany a zarazem autentyczny świat, wyczarowany przy pomocy koloru, zamierzonego przez niemieckiego artystę porządku oraz wiary w potrzebę komunikacji. Chciałoby się powiedzieć: to przecież nic nowego, a jednak w tej prostocie jest wiele siły, a także ogromny ładunek autentycznej osobowości. Obcowanie z pracami urodzonego w 1945 roku, osiadłego w 1994 roku we Francji, wykorzystującego efekty materii, niezależnego i nietuzinkowego twórcy sprawiło mi wiele przyjemności. I chociaż nie jestem amatorką tego typu ekspresji, znalazłam w „Upadku gwiazd” coś, co według mnie jest niebanalnym dokonaniem.
„Malarstwo jest dziedziną wybranych, dla niektórych, mimo ich najlepszych chęci i pracowitości, stanowi ono teren zamknięty” – twierdzi najzdolniejszy uczeń Beuysa. Mimo wszystko trudno Anselma Kiefera zaliczyć wyłącznie do malarzy, uprawia on bowiem różne gatunki. Na pewno należy do twórców o wysublimowanej „wrażliwości wizualnej”. Nie maluje – jak sam podkreśla – dla samego malowania. Nie interesuje go powtarzanie tej czynności. Punktem wyjścia może być przeczytany tekst, zasłyszana opowieść, zaobserwowane zjawisko. Pomocną w tworzeniu jest sama natura, upływający czas czy zmiany temperatur. Być może Kiefer jest bardziej chemikiem i fizykiem, ale to nie jest najistotniejsze. Liczy się efekt końcowy i to co pokazuje, na przykład ochronione przed zniszczeniem liście paproci, słoneczniki, trzcina czy pnie palmy. On tworzy, koryguje i przeobraża. Jego dzieło nie istnieje bez przestrzeni. Taką przestrzeń znalazł Kiefer pod ogromnym szklanym dachem paryskiego Grand Palais. Szkło i metal, monumentalna wielkość i spektakularna wysokość hali nie przeraziły twórcy. Przeciwnie, jego artystyczna, na wpół archeologiczna i wizjonerska instalacja wtopiła się w zamkniętą przestrzeń i przypomniała o dramacie historii, o globalnej, ludzkiej tragedii i, mimo wszystko, o sensie życia toczącego się pod każdym niebem i każdym dachem.
Anselm Kiefer nie ucieka od historii. Historia jego kraju ciągle powraca w jego twórczych wizjach i poszukiwaniach. Wychowany w religii chrześcijańskiej, nie odcina się od judaizmu, od Biblii, od kosmogonii czy od mitologii. Wszystko dla niego jest ważne. Pokazując przykładowo symboliczny, zburzony dom z Bejrutu, Bagdadu czy Hiroszimy, dom, w którym zamieszkał chaos, autor pozostawia nadzieję, na gruzach pozwala zakwitnąć słonecznikom. W jego dziele siła destrukcji miesza się z wolą życia. Autor świadomie ożywia pamięć po umarłych poetach i pisarzach – po Paulu Celanie, po Louisie Ferdynandzie Celinie czy po Ingebordze Bachmann. Jeżeli pamięć nie umarła, życie trwa i trwają ludzkie dzieła.
Paryskie Grand Palais zapraszając do wielkiego „Domu” Anselma Kiefera zapoczątkowało nowy cykl wystaw zatytułowanych „Monumenta”. Po Kieferze, w kolejnych latach, swoje wizje mają przedstawić Richard Serra i Christian Boltanski.

Anna SOBOLEWSKA

Anna Sobolewska. Urodziła się w Białymstoku. Jest absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. W czasie stanu wojennego wyjechała z Polski. Obecnie mieszka w Paryżu.

 


47-4-2b.jpg (171023 Byte)

Na ilustracji:

Praca
Anselma Kiefera
(1945 -)
poświęcona
Paulowi
Celanowi
(2001)




© Grand Palais

 

© Recogito, Rafaliga