|
...
(28)
Posłuchaj, M...
Gdańsk, 25-26
stycznia 1998 roku
Już
drugi miesiąc wchodzę po starych drewnianych schodach, opieram się
o wytarte poręcze, przekręcam klucz w podwójnych brązowych
drzwiach. Już drugi miesiąc patrzę ze swojego okna (za którym
jest jeszcze staroświecka weranda) na zapaloną latarnię i powoli
wygasające światła po drugiej stronie ulicy. Przyzwyczajenie
się do nowego miejsca przychodzi z trudem – nie opornie, ale
z trudem. Trudność ukrywa się raczej pod pozornie niewinnym
pytaniem, a to pytanie związane jest ściśle ze świadomością,
że tutaj prawdopodobnie przyjdzie spędzić resztę życia. Więc
problem nie w zagospodarowaniu i oswojeniu przestrzeni, wyrażonej
w metrażu, ale przestrzeni wewnętrznej, zagospodarowanej ilością
zapisanych kartek, narastającym stosem książek, listów, płyt,
fotografii, późnych telefonów, bezradnym wpatrywaniem się w
okno albo w sufit. Przestrzeni zagospodarowanej powrotami z
podróży lub pakowaniem się do jakiegoś wyjazdu.
Ściany zapełnione są już książkami na pólkach z regałem,
obrazami i plakatami (jest ten plakat Rimbauda zerwany z muru na
Saint-Germain podczas pierwszego pobytu w Paryżu). Świecznik
pokrył się warstwami stearyny z kilkudziesięciu wypalonych
świeczek. Wiklinowy koszyk przepełniony jest listami, które
nadeszły już na nowy adres. To wszystko są namacalne, widoczne
dowody na zamieszkanie w tym pokoiku, nazwanego z racji swego
osobnego usytuowania w innej części mieszkania „stróżówką”;
czy nie powinienem zatytułować tego pisania „Listami ze stróżówki”?
Tak więc widzisz – drugi miesiąc. A za tamtym poprzednim
miejscem żadnej głębszej nostalgii, żadnych przypomnień i snów
tam się dziejących. Prawie tak, jakbym przeprowadził się na
Wyspiańskiego z jakiejś pustki. Oczywiście, wszystkiego w życiu
zapomnieć się nie da, ale w pewnych sprawach nieźle panuję
nad swoją pamięcią – niepamięcią.
Bardziej myślę o przeszłości tej kamienicy, tego mieszkania,
tej mojej „stróżówki”, choć na żaden trop nie
uda mi się natrafić. Kto był tutaj pierwszym i czyje stopy
po raz pierwszy stanęły w progu? Kim byli ci, którzy tutaj
urodzili się i umierali, byli szczęśliwi lub spotkały ich jakieś
nieszczęścia, chorowali i wyprawiali karnawałowe bale, co w
takiej przestrzeni jest wielce prawdopodobne? Czasami o tym długo
myślę, ale wyobrażenie nie podsuwa żadnych obrazów, twarzy,
głosów.
Teraz ja jestem tutaj – jeszcze jeden, który swoją obecnością
wypełni historię tego domu. O tym i o wielu innych, ale już
dzisiejszych, sprawach myślę, kiedy zamykam drzwi do siebie
(dosłownie i w przenośni); kiedyś ktoś będzie myślał
podobnie siedząc na wprost okna z podwójnymi szybami, pomiędzy
którymi stoi drewniany czerwony konik przywieziony jesienią z
Krakowa.
Coś mi się wydaje, że oczekiwałeś czegoś innego z pierwszego
pisania stąd. Być może to sprawa Andreï’a
Makine’a i jego „Francuskiego testamentu”, który
przed paroma dniami przeczytałem (pochłonąłem!), a który
mnie oczarował, a jednocześnie zatruł. Nie myliłem się jednak
w swoich przeczuciach po przeczytaniu kilku wzmianek o tej powieści
w 1995 roku, że to jednak będzie powieść dla mnie, i która
stanie obok tych udanych książek, bez których trudno byłoby mi
się obejść. Myślę, że już ją przeczytałeś, że moje
natarczywe namowy odniosły skutek. Bo Makine’a przeczytać
warto – i trzeba. Żałuję, że wtedy latem w Paryżu nie
udało mi się natrafić na jego trop i chyba już nigdy się nie
uda. A myślę o nim często – to pisarz, o którym trzeba
pamiętać.
Poddałem się melancholii „Francuskiego testamentu”,
dlatego dość melancholijnie napisałem ci o swoim nowym
miejscu, ale jeszcze wszystko przede mną, przecież to dopiero
drugi miesiąc...
Aleksander JUREWICZ
Posłuchaj, A...
„Francuski
testament” nie stał się moją książką. Być może
dlatego, że opowieści Charlotty, przybranej babki autora, dotyczą
spraw, jakie nie były i chyba nie będą moją domeną. Sława
Makine’a jakby przycichła, pojawiły się bowiem nowe
gwiazdy i młodsi, zakochani w kulturze francuskiej, tworzący w języku
Jourdaina autorzy. Do nieżyjących i żyjących, takich jak
Beckett, Cioran, Kundera czy Makine, dołączył ostatnio Jonathan
Littell, trzydziestoletni, urodzony w Nowym Jorku, żyjący obecnie
w Katalonii, pochodzący z polsko-żydowskiej rodziny francuski
pisarz.
Książka młodszego z Littellów – starszy, piszący po
angielsku, zasłynął z powieści szpiegowskich – „Les
Bienveillantes”, czyli „Mile widziani” czy też
„Milutcy”, została już przetłumaczona na język
polski. Jesienią ubiegłego roku zdobyła Nagrodę Goncourtów i
podbiła nie tylko nadsekwański rynek. Być może również nad
Wisłą zyska licznych czytelników; zresztą z całego serca
Francuzowi z wyboru tego życzę. Dodać jednak muszę, iż zawsze
z dużą powściągliwością, a niekiedy wręcz z niechęcią sięgałem
po okrzyczane tytuły. Wolę poczekać aż opadną emocje i modne
książki znikną z witryn, zaczną przemawiać wyłącznie własnym
głosem.
Z pewnym zawstydzeniem muszę się przyznać, iż w minione dni
poddałem się melancholii Twojego „Popiołu i wiatru”.
Kursując między Paryżem a Saint-Cloud, siedząc na ławce przed
kliniką doktora Zbynka albo nieopodal, w kawiarni „Le
Magenta”, zatrzymując się na godzinę w ogrodzie Alberta
Kahna w Boulogne, czy też – po różnych konsultacjach,
analizach i badaniach – powracając na ulicę Hautefeuille,
na zieloną herbatę u swojego Chińczyka, oddawałem się lekturze
Twoich zapisków ze „stróżówki”. Co rusz, nie tyle
zaskoczony, co poruszony, odkrywałem, że... i ja w piątym roku
życia opuściłem rodzinne okolice, czyli pamiętającą
przedwojenne, pruskie czasy wioskę, że i dla mnie cmentarz z
niemieckimi grobami był magicznym, zaczarowanym zakątkiem, a czas
przeszły ciągle wydawał mi się za krótki. I ja musiałbym mówić
o wyrwaniu z życia, o przedwcześnie pojawiających się albo
odchodzących, nieustannie oddalających się obrazach.
Jeśli możliwe jest zapanowanie nad swoją pamięcią
i niepamięcią, nigdy i tak nie będziemy mieć pewności, że
udało się nam stanąć po właściwej stronie, zapisać los, pójść
pod prąd, podzielić się „tajemnicą bólu i nadziei,
strachu i wolności, śmierci i samotności, rozłąki i miłości”.
Chwytanie za pióro, ołówek lub długopis, a raczej zasiadanie
przed klawiaturą i ekranem komputera, aby dokonać jeszcze jednego
zabiegu na otwartym sercu, jest tyleż działaniem terapeutycznym,
co dowodem osamotnienia. Twój mentor, autor „Dżumy” i
„Pierwszego człowieka”, miał rację, iż lepiej
zrezygnować z różnego typu literackich wycieczek i wspinaczek niż
łudzić się, że możliwa jest powtórka, powrót do stanu
pierwotnej niewinności, a tym bardziej jakieś odwzajemnienie
– od natury, od życia, od drugiej, nawet wyjątkowo bliskiej
nam osoby.
Niewątpliwie potrzebujemy jakichś widocznych, namacalnych dowodów,
że to co robimy nie pójdzie na marne. Ale pełnego, psychicznego
komfortu mieć nie będziemy. Przeważnie pozostaje jedynie
wewnętrzna przestrzeń, którą sami musimy zagospodarować i
uporządkować. Pozostaje bycie sam na sam ze sobą i pożółkłe
fotografie, „niechciane wspomnienia”, płyta, której
nie mamy odwagi słuchać, niekiedy bezsenność, niekiedy zwykła
intuicja albo niejasne przeczucie zbliżającej się burzy,
„ułamek chwili”, w której odpływają albo znikają
wszelkie liczące się godziny i minuty.
Twoje „Listy ze stróżówki” ułożyły się w pięćdziesięciopięcioczęściową
opowieść o odchodzeniu i powracaniu, a właściwie o wędrówce,
która się nie kończy. Są jak testament, którego nie każdy będzie
umiał i chciał odczytać. Ale chyba znacznie ważniejsze są
„odłamki księżycowej poświaty”, które rozjaśniały
Tobie drogę, ważniejszy jest powiew wiatru znad lidzkich łąk,
szczątki opowiadania, którego nie udało się zapisać, lub
spopielone kartki niewysłanych listów – niż wszystko, o
czym marzą, o czym śnią, o co zabiegają kolejni zdobywcy,
kolekcjonerzy złudzeń, spełnieni pisarze i poeci. – M.
Paryż, 24 czerwca 2007 roku
Cykl tekstów „Posłuchaj, M...”
ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny” od maja 1995
do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list
ukazał się w pierwszym numerze „Recogito”, zaś
pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...” ukazał się
w numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma,
obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru
– 3 (642) 1998, s. 26.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Gdańsk, 2007)
Fot. Michael Wittbrot
|