Nowe przykazanie

„Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali...” – mówił Chrystus do uczniów zgromadzonych w wieczerniku. Co owe słowa miały oznaczać? Dlaczego mowa jest nie o starym, lecz o nowym przykazaniu? I dlaczego w dwóch zdaniach aż trzykrotnie padają słowa o wzajemnym miłowaniu? Co więcej, dowiadujemy się, iż jest to znak rozpoznawczy: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi...”.
Słowa o miłowaniu zostały wypowiedziane po wyjściu Judasza. Jezus nie tylko przeczuwał, lecz doskonale zdawał sobie sprawę, co go czeka. Jeden z tych, których wybrał i naprawdę umiłował, miał go wydać, sprzedać właściwie za marne grosze. A jednak, co byłoby zrozumiałe, Syn Człowieczy nie przywołał zasady obowiązującego wtedy prawa – „oko za oko, ząb za ząb” – nie nawoływał do zemsty ani nie kazał chwycić za miecz, przeciwstawić się wymierzonym przeciwko sobie działaniom.
O niczym innym tak wiele nie napisano, jak o miłosnych uczuciach, namiętnościach ciała i duszy, łączących albo, nierzadko, dzielących kobietę i mężczyznę. Wiele też pisano o macierzyńskich i ojcowskich uczuciach, o braterstwie, o pokrewieństwie z wyboru, jak i ciemnych labiryntach, otchłaniach duszy, które sprawiają, że najszczytniejsze ideały przemieniają się niekiedy w zawiść czy nienawiść.
Moglibyśmy powtórzyć za jednym z oświeceniowych myślicieli, badających fakty dotyczące uczuć, że ani wzajemny stosunek między ideami, ani żadne wyobrażenia nie są w stanie nas poruszyć tak, jak poruszają osobiste doświadczenia, przebyta razem droga i przeżyty wspólnie czas. Wielu podzielało opinię Hume’a, że cnota dostrzeżona w drugiej osobie skłania do dobrych czynów, zaś przywara, a tym bardziej rażąca wada wywołuje całkiem przeciwne skutki. Romantycy, idąc tropem niemieckich idealistów i, w dużym stopniu, nawiązując do średniowiecznych idei chrześcijańskich, wielbili miłość wzniosłą, ale i tragiczną. Z kolei największy duński filozof, prekursor egzystencjalizmu, uznał, że nie da się pogodzić uczuć wyższych, związanych z miłością do Boga, z życiem w małżeństwie. Søren Kierkegaard, bo o nim tu mowa, zrywając zaręczyny z Reginą Olsen, mimo wszystko interesował się jej osobą, pojawiał się tam, gdzie spodziewał się ją spotkać; zjawiał się tylko po to, żeby nasycić się jej widokiem.
Już z tego widać, z jak dużym rozdźwiękiem mamy do czynienia, jeżeli chodzi o ideały i o życie. Albowiem czy wystarczy poznać szczytne idee, żeby je urzeczywistnić? Czy nie da się pogodzić miłości do Stwórcy z tym, co w miłości raczej ludzkie niż boskie? Czymże wreszcie jest owa wzajemność, którą tak mocno akcentował Jezus? Co ona oznacza dziś – w zwykłych relacjach, w stosunku dzieci do rodziców, w postawie młodych względem starszych, czy w tych związkach, które obecnie chętnie nazywamy partnerskimi, choć mniej chętnie nawiązujemy do odziedziczonych wzorców, dawnych tradycji czy zasad?
Jeszcze sto lat temu niektórzy nie bali się dowodzić, że duchowe centrum wszechświata mieści się w człowieku. Nowożytny antropocentryzm upadał długo. Wreszcie poległ, kiedy się okazało, że po „śmierci boga” przychodzi kolej na podważenie, unieważnienie albo też – używając popularnego terminu – dekonstrukcję wszelkich wartości, w tym chrześcijańskich zasad i podstawowych ludzkich więzi. A jednak Kościół nie zrezygnował ani z teocentryzmu, ani z Jezusowego, ukazanego w Ewangelii, „antropocentryzmu”.
Trzeba jednak pamiętać o tym, co teologia opisuje posługując się terminem harmonia veritatis. Prawdy boskie muszą się przekładać na prawdy ludzkie, wzniosłe idee – na praktykę życia codziennego, immanencja – na transcendencję i na odwrót. Nie można kochać Boga w oderwaniu od człowieka. Nie miłuje ten bliźniego, kto nienawidzi Boga, albowiem „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.
Ani Stary, ani Nowy Testament nie wzywa do wyzbycia się uczuć czy wrażliwości – rzec by można – tak bardzo ludzkiej, że niekiedy nazbyt wybiórczej, jednostronnej. Porywy serca są jak najbardziej pożądane. Wystarczy wspomnieć Pieśń nad Pieśniami czy te miejsca w Nowym Testamencie, w których stosunek Chrystusa do Kościoła, a zatem i do ludzi, zyskuje miano miłości oblubieńczej. Nie ma nic gorszego, jak zastygnięcie w formach, trzymanie się zwietrzałych idei, uczynienie z żywotnych, podstawowych dla chrześcijaństwa zasad jedynie zbioru paragrafów, wyuczonych w dzieciństwie formuł. Jezus, zwracając się do uczniów, a poprzez nich do wszystkich wierzących, mówił o wzajemności, o wspólnocie, o tym, że łączyć nas ma miłość żarliwa, płodna i ofiarna, a to nie znaczy, że wszystko będzie równie patetyczne i wzniosłe, jak nasze młodzieńcze oczekiwania. Właśnie dlatego serca nasze nie mają stygnąć, oczy – ślepnąć, uszy – niedosłyszeć, ręce – opaść, płuca – przestać oddychać, a duch, tchnienie Ducha – opuścić nas, przestać nas poruszać.
Nie ma raczej nikogo, kto by nie popełnił błędów, nigdy nie wystąpił przeciwko owej wzajemności, do jakiej zachęcał Syn Boży. Nie ma większego grzechu niż ten, wymierzony przeciwko miłości. Ale też nie ma większej zasługi, większej łaski, jak ta, skłaniająca do rezygnacji z własnego „ja”, umiejętnego i odważnego dzielenia się, niekiedy niemal heroicznego wyrzeczenia się swoich potrzeb, rezygnacji z jakiegoś cząstkowego dobra na rzecz dobra większego, nieprzemijającego. 
„Daję wam przykazanie nowe” – powiedział Jezus do swoich uczniów. Ono miało stać się prawdziwym fundamentem Kościoła, a nie żadne belki, zbrojenia, betonowe wzmocnienia – wszystko to, co w danej chwili wydaje się niezbędne, a z czasem okazuje się ledwie odblaskiem, nieudolną atrapą prawdziwej Świątyni Ciała i Ducha, Świątyni Boga. Często i siebie musimy pytać: co zrobiliśmy z tym przykazaniem? Co naprawdę się kryje za naszymi wyznaniami i ideałami? Ile w naszej miłości jest własnego „ja”, a ile zrozumienia, troski, a nawet ofiarności i poświęcenia?

6-05-2007

Marek WITTBROT

Marek Wittbrot – w latach 1991-1999 prowadził „Naszą Rodzinę“, obecnie zaś jest redaktorem „Recogito“.


47-2-2.jpg (168224 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Worpswede, 2005)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga