I nie wódź nas na pokuszenie

Sformułowanie tej prośby takie, jakim się modlimy, nie jest najlepszym tłumaczeniem oryginału greckiego. Powinno ono brzmieć: „nie wystawiaj nas na próbę”. W całym Piśmie świętym nie mamy przykładu sytuacji, w której Bóg kogokolwiek by „kusił” do zła. Bóg jest tym, który ocala od zła – kusicielem jest przeciwnik Boga – szatan, kusicielem bywa zły człowiek, czasem też dobry, lecz nie rozumiejący planów Bożych i tego, co jest dobre. Nigdy nie kusi Bóg. Natomiast w tymże Piśmie świętym wielokroć spotykamy się z ideą Bożej próby.
W opowieści o Hiobie Bóg dopuszcza, aby szatan spowodował nieszczęścia po to, żeby okazała się wierność Hioba wobec Boga. Dopuszcza więc próbę, która jest pokusą. Pozwala na to, że człowiek wchodzi w sytuację pokusy, że szatan, inni ludzie, jego własne namiętności, pragnienia i lęki stają się dla niego próbą, stwarzając sytuację wyboru. W tej sytuacji pokusy wybór tego, co złe, czy z dwóch dróg – gorszej, ma jakąś siłę przyciągania, atrakcji, a to, co dobre, wydaje się nazbyt trudne czy szare. Stąd pokusa jest także próbą ludzkiej miłości i wierności.
Sam Jezus u progu swej działalności zechciał wejść w taką sytuację pokusy – pozwolił na to, by szatan korzystając z Jego osłabienia potem stanął przed Nim z potrójną pokusą, streszczającą wszystko to, co kusi synów ludzkich do niewierności Bogu: z pokusą dobrobytu, pokusą posługiwania się Bogiem dla swej sławy, pokusą władzy nad światem połączoną z oddaniem pokłonu złu. U końca swej działalności poddał się Jezus jeszcze jednej pokusie: pokusie strachu w Ogrodzie Oliwnym – i wziął przez to na swe ramiona wszelki strach ludzki.
Ten strach, jakiego zwykle tak bardzo się wstydzimy, a który dosięga nas w tylu sytuacjach, powoduje tyle kompromisów, strach kuszący do zaniechania dobra, a zarazem, gdy się go wstydzimy, do kamuflowania przy pomocy kłamstwa powodów naszych przegranych – cały ten strach Jezus wziął na siebie: On się bał. Od tego dnia nie musimy się wstydzić naszych lęków i naszych przerażeń. Dlaczego zatem prosimy: „Ojcze, nie wprowadzaj nas w sytuację pokusy, nie wystawiaj nas na próbę”, skoro nawet Jezus takiej próbie się poddał? Dlaczego Jezus uczy nas tak się modlić?
Święty Piotr nie bał się wystawienia na próbę. Zaręczał Panu, iż Go nigdy nie opuści, iż pójdzie z Nim na śmierć. A kiedy przyszła próba, nie wytrzymał napięcia strachu, zaparł się Mistrza. I dlatego właśnie, że nie wytrzymał, że się załamał, dlatego poznał całą swą słabość i mógł nawróciwszy się utwierdzać braci, kierować całą wspólnotą Kościoła. Zrozumiał bowiem podstawową prawdę o człowieku – tę mianowicie, że każdy z nas może ulec pokusie i upaść, kiedy przyjdzie nań pokusa zbyt wielka, zagrożenie nie do wytrzymania psychicznie w danym momencie, głód czy pragnienie albo też namiętność, której w jakiejś chwili nie potrafi się sprzeciwić. Zrozumiał też, iż z każdego upadku można powstać; że to, iż ktoś uległ pokusie, nigdy nie przekreśla Bożej ku niemu wierności – byle chciał wrócić.
W prośbie: „nie wódź nas na pokuszenie” – wyrażamy taką właśnie świadomość naszej słabości. Oto prosiliśmy już, aby Bóg nam wybaczył nasze upadki z dotychczasowego życia i wiemy, że wybaczył, bo i my wybaczyliśmy naszym winowajcom. Ale to uprzednie doświadczenie słabości nauczyło nas, podobnie jak Piotra: nie możemy być pewni własnych sił jutro. Jeżeli Bóg nas nie ustrzeże przed złem, niewątpliwie upadniemy, pomimo całej naszej dobrej woli.
Wiemy też, że Bóg chce nas ustrzec przed złem. Jak napisał święty Paweł, Bóg nie stawia nas przed pokusą ponad siły, daje natomiast zawsze pomoc na miarę pokusy, na miarę sytuacji, w której nas stawia. Wiemy też, że nie unikniemy w ogóle wyboru, sytuacji trudnych, pokus i prób. Ale doświadczenie nauczyło nas pokory. Nie wzywamy takich sytuacji, nie prosimy Boga: „sprawdź nas, jacy to jesteśmy wierni”, prosimy raczej: „nie sprawdzaj nas, nie stawiaj w bardzo trudnych moralnie sytuacjach, wybacz naszą słabość, zanim byśmy ją okazali upadkiem i daj nam zadania na naszą miarę, którą tylko Ty jeden znasz”. 
Jeżeli nasza modlitwa jest prawdziwa, nie będziemy sobie sami stwarzać sytuacji pokusy. Jest to jeden z bardzo ważnych problemów życia etycznego. Nie chodzi bowiem o to, aby w imię unikania pokusy zamknąć się w jakiejś cieplarni i unikać wszelkich trudności wymagających decyzji i odporności. Nie chodzi o to, żeby unikać ludzi potrzebujących pomocy czy nawrócenia – bo a nuż on mnie skusi do zła – ale o to, by nie pchać się w stan zagrożenia etycznego dla swojej przyjemności czy jakiejś korzyści. Nie chodzi też o unikanie niebezpieczeństw, „bo a nuż się przestraszę”, ale o to, by nie szukać męczeństwa dla próżnej chwały. Nie należy też wybierać sobie zadań, którym – według naszej oceny – nie zdołamy sprostać, jeżeli te zadania nie stają przed nami z całą oczywistością obowiązku. Tak na przykład w okresie prześladowań religijnych pierwszych wieków Kościoła biskupi nawoływali, aby nie narażać się na męczeństwo samochcąc, kazali raczej ukrywać się i dopiero w sytuacji jawnego pytania o wiarę przyznawać się do niej. Tak były stawiane sprawy w momencie poniesienia ryzyka śmierci za wiarę.
Ta metoda ukrywania się nie jest jednak właściwa w sytuacji nie tak krańcowej. Wówczas ukrywanie swej wiary z obawy przed trudnościami jest już uleganiem pokusie. 
Jeszcze ważniejszą sprawą jest to, byśmy nie stwarzali pokus bliźnim, tym bardziej, że nie znamy ich odporności na sytuacje, w jakie ich wciągamy. Na przykład na pokusę kradzieży może narazić kierownik jakiejś placówki, jeżeli nie zorganizował jej dozoru. Okazję do wzajemnej pokusy pijaństwa dajemy wtedy, kiedy urządzamy imieniny i przyjęcia z dużą ilością alkoholu. Nie zwraca się też uwagi w stosunkach towarzyskich na ludzi wyleczonych z alkoholizmu. Ludzie tacy winni być przez całe otoczenie chronieni przed możliwością wypicia nawet kieliszka. Pokusę niewierności własnemu sumieniu stwarza ten, kto działa zastraszeniem. Przykłady można by mnożyć. Nie chodzi jednak o przykłady, lecz o postawienie serio sprawy stosunku do bliźnich pod tym także kątem widzenia: niestwarzania pokus do zła.
Prosząc: „nie wystawiaj nas na próbę”, „nie wódź nas na pokuszenie”, żyjemy konsekwentnie wedle tej prośby. Nie żądajmy, żeby Bóg cudownie nas uratował od pokus, które sami sobie stwarzamy, i nie czyńmy bliźnim tego, o co prosimy, by nas ominęło.
Przeciwnie, twórzmy sobie i innym okazje poznawania, czynienia i życia dobrem: prawdziwą miłością, życzliwością, uczciwością i trzeźwością oraz radością takiego świata i takiego życia, jakie poznać można tylko na trzeźwo i tylko w atmosferze miłości i dobra.
Módlmy się więc: nie wódź nas na pokuszenie, czyli nie stawiaj nas wobec pokus zbyt trudnych do pokonania, a gdy nadejdą – bądź z nami, bądź naszą mocą i wiernością, i miłością, i odwagą, nie zostawiaj nas nigdy samotnymi wobec zła. Nie zostawiaj nikogo z nas i daj, byśmy sami nikogo nie wodzili na pokuszenie, ale społecznie i razem wszelkiemu złu się przeciwstawiali w imię Twoje.

Stanisława GRABSKA

Stanisława Grabska – publicystka, teolog, działaczka katolicka, żołnierz AK. Studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Uniwersytecie w Louvain. W latach 1990–1994 wiceprezes Klubu Inteligencji Katolickiej. Współpracowniczka miesięczników „Więź”, „ Znak”, „Tygodnika Powszechnego”. Uczestniczka obrad Okrągłego Stołu w 1989 roku. Wydała między innymi: „Nadzieja, która jest wezwaniem” (1980), „Pacierz w Biblii zakorzeniony” (1983), „Człowiek wobec Trójcy Świętej” (1990). Rozważania na temat Ośmiu Błogosławieństw były publikowane w pallotyńskim miesięczniku na przełomie 1984 i 1985 roku. Publikowany tekst ukazał się w „Naszej Rodzinie” 10 (517) 1988, s. 23.


47-2-3.jpg (76629 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Gniezno, 2007)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga