Człowiek

Dziwna rzecz – w ciężkich okresach życia zbiorowego, w złożonych warunkach napięć psychicznych, podczas wojen, okupacji, epidemii i śmiertelnych zagrożeń życia, klęsk żywiołowych, zbiorowych tragizmów – człowiek mobilizuje się wewnętrznie, zacina w sobie, szuka wyjścia, sposobu przetrwania. Człowiek zwiększa siły i wolę przetrwania. Po prostu hartuje się, nabywa odporności.
Przeciwnie – w braku wszelkiego zagrożenia, w optymalnych warunkach bytowych zaczyna się nieoczekiwane zjawisko „ciężaru dobrobytu”, miraż łatwizny, paraliż wysiłku. Zaczyna się rozleniwienie. W nadmiarze rozrywek łapie człowiek nudę. W nadmiarze rozkoszy czepiają się człowieka perwersje. W nadmiarze łatwizny pojawia się zmęczenie, uczucie bezcelowości. Gubi się gdzieś sens życia, rodzi się bezideowość. Męcząca stagnacja – zmęczenie na samą myśl podjęcia trudu.
Znawcy od wszystkiego zapominają niekiedy o „alfabetycznych” regułach życia biologicznego i równowagi neurohormonalnej. Stres życia stwierdzony przez Hansa Selye około 1936 roku obowiązuje każdy organizm, w tym również i ludzki. Psychiczne i biologiczne stany alarmowe wywołane stresorami są nie tylko samoobroną organizmu, ale również początkiem dynamicznej równowagi neurohormonalej właśnie przy wysiłku. Pozytywne działanie stresorów niepokojących życie ukazuje się właśnie jako zdrowie i tężyzna dynamiczna życia. W chrześcijaństwie nawet grzech przeżywany jako stresor nękający sprawcę, może być czynnikiem dynamizującym człowieka do dobra. I to jest ta ładna strona grzechu według Ewangelii...
Absolutna natomiast łatwizna życia, eliminowanie wszelkiego trudu – mści się biologicznie i psychicznie. W wielkim dobrobycie i wyrównanym idealnie życiu pewne sfery mają już własnego psychiatrę. Gdy się wszystko równo uspokoi w życiu, zaczyna się strach ciszy i zrównoważenia.
Dobrze, że istnieją trudności. Błogosławione mozoły. Całe szczęście, że istnieją sytuacje wymagające wielkiej fatygi. Dobrze, że człowiek musi ciągle coś pokonywać, przy czymś się mobilizować. Piękna jest krzątanina człowieka wokół siebie. Cechą właśnie życia nie jest absolutny spokój. Ten gości dopiero w miastach umarłych, które nazywamy cmentarzami.
Praca, wysiłek, przeszkoda, trud, fatyga – to czynniki dynamizujące człowieka. Na takim tle zrozumiała się staje maksyma Einsteina – „dobrobyt jest ideałem świń". Absolutny dobrobyt, zaoszczędzenie wszelkiego wysiłku jest najprostszą drogą do zahamowania twórczego zrywu człowieka. Wtedy zjawia się nie do udźwignięcia własny ciężar. Zrozumiałe się staje, dlaczego wielu twórców nauki czy kultury było wybitnych zdobywając oryginalność w cierpieniu, niepowodzeniach i przeciwnościach.
Dochodzimy do paradoksalnego wniosku. Zadufany w swoje racje, krótko myślący zwolennik mini-przekonań nie potrafi uwierzyć w rolę trudności. Nasza dynamiczna równowaga psychobiologiczna wymaga nie samych przyjemności i ułatwień, w tym również nie tylko dobrobytu. Równowaga czynników mobilizujących nas w trosce, myśleniu, poszukiwaniu dróg i rozwiązań, daje psychiczne zdrowie. Pan Bóg i życie ukształtowali nas do aktywnej pozycji, a nie do zwykłego biorstwa łatwizny. Absolutne optimum naszego życia jest sztucznym dążeniem do rzekomego rozwoju człowieczeństwa.
Jednostronne oglądanie ludzkiego życia jest dążeniem do płaskorzeźby naszej wartości. To wydumany stan o życiu, nie odpowiadający rzeczywistości ani biologicznej, ani psychologicznej. Życie nie rozgrywa się ani na samych pozytywach, ani na wyłącznych negatywach. Jest to krańcowy rozstaw osi – powiedziałby kolejarz. Rozstaw wymyślony teoretycznie. Życie rozwija się na „kancie”. Życie stoi niejako okrakiem między szczęściem i trudnością, między awersem i rewersem otrzymanego talentu życia.
Życie ma bowiem swój rewers i awers jak moneta. Życie jest jedną wielką grą z dążeniem do zamierzonego celu, który tylko w wyniku wielu wypadkowych przyjmuje wartości pozytywne, choćby przez mobilizowanie człowieka.
Nasz remanent człowieczeństwa to nie zmiana natury ludzkiej, nie krańcowe rozwiązywania, lecz jej zrozumienie.
Aby filozofować na temat człowieka, trzeba stać na tej samej desce filozoficznej, a nie na dwóch różnych huśtawkach myślowych. Inaczej może wypaść orzekanie szewca o kwantowych podstawach chodzenia w kapeluszu i logicznych podstawach wygodnego obuwia. Duety dyskusyjne nie cieszą się nawet przypuszczalnym uzgodnieniem problemu ludzkiego. Widząc nawet rację po przeciwnej stronie, można zastosować neokartezjańską zasadę – Nego, ergo sum – Przeczę, a zatem istnieję. Człowiek jest za życia biologicznego gliną, zwykłą gliną biblijną, niczym więcej. Filozoficznie – możnością bycia dopiero czymś. Właściwe bycie w kolosalnej skali moralnej między świetnością i krańcowym upodleniem, między genialnością a niebywałym ograniczeniem umysłu – to wszystko jest wynikiem jego wyboru i pracy. Wszystkie wachlowania się deklamacją o wolności są zdeterminowane własną zasługą wyboru z tej możności krańcowych rozwiązań.
Glina biblijna – człowiek – wymaga dopiero własnej obróbki, by się stać czymś znaczącym w oczach Bożych. Inaczej wachlujemy się i kolebiemy deklamując o wartości człowieka. To zawsze tylko wartość wrodzona zwana możnością bycia i dowolnym wyborem zaświadczonym pracą nad ową gliniastą mazią biologicznego zdeterminowania.
Remanent jest konieczny; inaczej nikt nie wie co firma Homo w sobie przedstawia. Nie trzeba pokory. Wystarczy mądre oraz istotne spojrzenie na ludzką naturę. Biologicznie i psychologicznie biorąc – człowiek jest jedynie możnością bycia czymś. Skąd to zadzieranie głowy możności? Możność deklamuje o swej wielkości?
Trudność stoi dalej. Tak zwany intelektualny remis. Równowaga racji?
Czy remanent człowieka współczesnego jest konieczny? Zależy do potrzeb. Jeśli się pragnie być chrześcijaninem, czyli ewangelicznym człowiekiem, trzeba mieć wstępną ocenę sytuacji. Inaczej nie wiadomo od czego zacząć ewangelizowanie siebie. Nieznany początek układu współrzędnych może dać jedynie względność rozwiązań. A więc rozrzut racji.
Dokonanie remanentu pojedynczego człowieka – jako statystycznej wielkości zbioru ludzkiego – nie jest łatwe, ponieważ statystyczny człowiek przedstawia średnią arytmetyczną zbiorowości zwanej ludzkością i nie jest do przedstawienia liczbowo. Będzie to zawsze jedynie przybliżona wielkość, może lepiej orientacyjna. Obserwacja jest megasko-powa w postaci zbioru czyli ludzkości, natomiast remanent jest jednostkowy czyli personalistyczny.
Skoro mamy problem rozpaprany i według niektórych sporny, to należałoby uzasadnić, z jakiego powodu podejmowano w ogóle remanent współczesnego człowieka. Z takim fantem przyrody jak człowiek należy coś zrobić celem znalezienia właściwego miejsca dla niego na ziemi, skoro najszczytniejsze upodlenie wylęgło się z człowieka, skoro cała nauka, sztuka, architektura, ogólnie twórczość jest bezpośrednio pochodzenia człowieczego. Z drugiej znów strony, żadne ze zwierząt nie wykazuje tyle zbestwienia i upodlenia jak człowiek. Widocznie człowiek jest zadatkiem wszystkiego. Potrafi być tym i tamtym. Geniuszem i hebesem, mędrcem i arcygłupcem.
Remanent człowieka wykazuje niezmierną potencjalność dobra i zła. Widocznie można z człowieka wydobyć maksimum pozytywów lub przerażającej negacji.
Sytuacja na bycie czymś dopiero w życiu nie jest przeraźliwa. Wszyscy utrzymują, że są już ludźmi. Niestety, jest to prawda jedynie w znaczeniu biologicznym, więc w analogiczny sposób jak u zwierząt. Człowiekiem stajemy się dopiero przy udziale świadomości i naszych możliwości, które trzeba rozwinąć. Człowiek to jedynie szansa na bycie nim w jakimś stopniu, przy osobistym udziale i współdziałaniu społeczeństwa.
Nie jest się zapomnianą w świecie możnością bycia człowiekiem lub nie stania się nim. Nasza możność została zagrożona odmętem, jaki stwarza życie. Nikt nie płynie pod samotnym żaglem przez życie. Jesteśmy wszyscy na Bożym wietrze. Tylko z niego skorzystać.
Bilansujemy pokrótce człowieka w jego remanencie podjętym tutaj:
Czym jestem? Czym mogę być? Czym nigdy nie zostanę? Czego mogę ostatecznie od siebie oczekiwać? Co mam do dyspozycji? Cel remanentu jest oczywiście jasny – stać się człowiekiem.
Dopiero stać się człowiekiem? Źle powiedziane. Nie tyle stać się człowiekiem, co stawać się nim w każdej chwili. W długim życiu nie spotkałem jeszcze niemądrego człowieka. Wszyscy są mądrzy dla siebie, nawet psychicznie chorzy. Jednak już niejednego Pan Bóg wypolerował na mędrca.
Uczmy się poznawać świat oraz w nim naszą możność bycia wszystkim lub niczym, przy rozumieniu siebie oraz innych.

Włodzimierz SEDLAK

Włodzimierz Sedlak urodził się 1911 roku w Sosnowcu w rodzinie górniczej. Był trzecim z kolei dzieckiem Pawła i Elżbiety z domu Janszek. Miał jednego brata i cztery siostry. Chociaż w jego domu rodzinnym nie było tradycji naukowych, to jednak już w dzieciństwie przejawiał on zainteresowania przyrodnicze. Po maturze (1930) w Gimnazjum matematyczno-przyrodniczym w Skarżysku-Kamiennej (dokąd w 1921 przenieśli się rodzice) wstąpił do Seminarium Duchownego w Sandomierzu, gdzie w 1935 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Jako ksiądz podjął pracę prefekta w Ćmielowie (1935-1939), a następnie w Siennie (1939-1948), gdzie podczas wojny prowadził tajne nauczanie. Po II wojnie światowej, dzięki jego staraniom, w Siennie powstały Szkoła Rzemiosł i istniejące do dzisiaj Liceum Ogólnokształcące, które od 1992 roku nosi imię swego założyciela. W 1946 podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie gdzie uzyskał w 1946 dyplom magistra z antropologii, a w 1950 z pedagogiki. W 1951 otrzymał na UMCS stopień doktora za rozprawę "Zmienność organizmu jako podstawa biologiczna wychowania". W 1952 przeniósł się do Radomia, a w 1960 rozpoczął pracę na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966 uzyskał stopień doktora habilitowanego z biologii teoretycznej za rozprawę "Możliwość odtworzenia początków ewolucji organicznej na podstawie komponenta krzemowego", a następnie objął kierownictwo utworzonej, decyzją Rady Wydziału, Katedry Biologii Teoretycznej. W roku 1974 został profesorem nadzwyczajnym, a w 1980 roku profesorem zwyczajnym. Zmarł w Radomiu 17 lutego 1993. We wrześniu 1987 roku, goszcząc u paryskich pallotynów, wygłosił trzy konferencje. Pierwsza, prezentowana wyżej, ukazała się w „Naszej Rodzinie” – 2 (521) 1988, s. 6-8.

48-4-1.jpg (259005 Byte)


Na zdjęciu:

Ksiądz
Włodzimierz
Sedlak


Fot. Archiwum "NR"

© Recogito, Rafaliga