Kultura słowa

Pogański filozof Xantus, który zaprosił kilku swoich przyjaciół do siebie na obiad, rozkazał swemu kucharzowi Ezopowi zakupić na przyjęcie najlepsze rzeczy. Ezop kupił na targu języki i przyrządziwszy je, podał do stołu. Rozgniewany Xantus zawołał kucharza i zwrócił się do niego z gniewem: „Czy nie kazałem ci kupić najlepsze rzeczy?”. Na to Ezop odpowiedział: „Czy jest coś lepszego od języka? Czy język nie jest węzłem społeczeństwa, narzędziem prawdy i roztropności, instrumentem chwały i czci bogów?...” Następnego dnia Xantus rozkazał Ezopowi iść na rynek i zakupić najgorszą rzecz. Ezop znowu zakupił języki i przygotował je w ten sam sposób co wczoraj. ,,Co, znowu języki?” – zawołał rozgniewany Xantus. „Tak – odparł Ezop – język jest na pewno najgorszą rzeczą na świecie; on jest narzędziem wszystkich walk i sporów, przyczyną procesów sądowych i źródłem rozdwojeń; jest narzędziem błędów, kłamstw i bluźnierstw”. Coś bardzo złego stało się obecnie z naszą polską mową, z językiem – według Norwida – „gminnym, sielskim, uczonym, kmiecym i królewskim”. „O czarodziejska ojców mowo droga” - wołał Teofil Lenartowicz. A my dzisiaj zdradziliśmy cię, oszpeciliśmy, odarliśmy z piękna, ze świętości, splugawiliśmy. Nie ma w tobie już harmonii, subtelności. Zapomnieliśmy o twoich przymiotach, zaletach i skarbach.” Zapomniany został język Jana z Czarnolasu, wieszczów romantyzmu, Żeromskiego, Staffa, Parandowskiego... A przecież powinno nam zależeć na tym, jak Słowackiemu, „aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, a czasem był jak piorun jasny, prędki, a czasem smutny jak pieśń stepowa, a czasem jak skarga nimfy miętki, a czasem piękny jak Aniołów mowa... aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem”. Jaki powód jest tego bezprzykładnego kryzysu słowa, mowy? Gdzie tkwi źródło nieporadności i niedbalstwa językowego?

Kryzys prawdy

Kto zdradza prawdę, tym samym zdradza mowę, zdradza język. Nie mogła Bogu podobać się modlitwa faryzeusza, bo była moralnym kłamstwem. Były to słowa nie mające wewnętrznego pokrycia. W duszy była pustka i samozadowolenie, stąd i słowa były puste, nadęte fałszem i pychą. „Wy macie diabła za ojca – mówił Chrystus do faryzeuszów – i chcecie spełniać pożądanie waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma... jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44).
Niewątpliwie język kłamstwa może fascynować. Klasycznym tego przykładem były przemówienia przywódców faszystowskich: Mussoliniego i Hitlera. Kto jednak żyje prawdą, nie może go dotknąć fascynacja kłamstwa. Kto nie mówi prawdy, nie szanuje słów, ten w potopie gołosłowia topi prawdę i stara się przedstawić kłamstwo jako prawdę. Ale język może być bronią obosieczną. Wrażliwi słuchacze, uczuleni na prawdę, powiedzą wtedy: to przecież  ,,mowatrawa”.   Kłamstwa ubrane w piękne słowa uderzają w autorytet mówcy, a zarazem rodzą pogardę dla słowa. Ojcowie kłamstwa rodzą dzieci kłamstwa.

Kryzys dobra

Kryzys dobra jest również kryzysem mowy i języka. To twierdzenie dobitnie ilustrują słowa Chrystusa do faryzeuszów: „Plemię żmijowe! Jakże wy możecie mówić dobrze, skoro źli jesteście? Przecież z obfitości serca usta mówią. Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa dobre rzeczy, zły człowiek ze złego skarbca wydobywa złe rzeczy” (Mt 12, 3435).
Upadek moralności niesie ze sobą splugawienie mowy, zbeszczeszczenie słowa. Gdyby tak przejść się z magnetofonem i nagrywać ^to, co się słyszy na ulicach naszych miast i miasteczek, w małych grupach młodzieży, na placach budowy, na targowiskach, przy kioskach z piwem, w podmiejskich pociągach, na meczach, to miałoby się próbkę maltretowania, torturowania i zabijania słowa. Uszy puchną, włosy dęba stają, gdy to się słyszy: pohukiwanie, beczenie, charkot, całą gamę przekleństw, bluźnierstw – rynsztok w ustach.
Ubóstwo materialne jest niczym wobec ubóstwa słowa. A najgorszym objawem jest fakt, że nierzadko kobiety dotrzymują w tym kroku mężczyznom, a nawet ich dystansują. Czy można w takiej sytuacji mówić o kobiecości, o pięknie i delikatności uczuć... Wydaje się, że wszelkiego rodzaju mowa potoczna czy miejska gwara nie wzbogacają języka, lecz stanowią jego zubożenie. 

Kryzys piękna

Współczesny człowiek ma stępioną wrażliwość na autentyczne piękno. Konsumpcyjny styl życia i praktyczny materializm zabijają ducha, odbierają wrażliwość na piękno. Liczy się smaczne jedzenie, wygodny samochód, komfortowo urządzone mieszkanie, dobrze płatna posada, hałaśliwa zabawa. Kwitnie snobizm we wszystkich przejawach życia. Ludzi przestało interesować piękno wschodu czy zachodu słońca, majestat gór, urzekająca uroda jezior, morza, kwiatów i lasów. Wystarczy tranzystor, niekiedy przenośny telewizor, butelka wina i „dziewczyna”. Człowiek, którego nic nie dziwi , nie zachwyca, nie zdumiewa staje się uboższy w piękne słowa. Wiedza techniczna i jej język zajęły miejsce wykształcenia humanistycznego. Absolwenci politechnik nie znają mowy Homera i Cicerona czy Wirgiliusza. Specjalizacja wykradła im czas na lekturę, na sztuki piękne, na obcowanie z przyrodą. Język kosmonautów jest ubogi; nie potrafią oni oddać słowami piękna ziemi widzianej z pojazdu kosmicznego. Tymczasem chciałoby się, aby wybrani uczestnicy podróży kosmicznych byli choć w małym stopniu trochę poetami, bo przecież sam pojazd kosmiczny jest technicznym poematem zrymowanym z precyzyjną dokładnością wykonania aż do najdrobniejszych jego elementów.

Inne przyczyny dewaluacji mowy i języka

Masowe środki przekazu niszczą więź rodzinną, towarzyską, społeczną. Tymczasem człowiek nie jest samotną wyspą. Jest on bytem społecznym. Mowa, język jest środkiem porozumienia, wymiany zdań, poglądów, dialogu, tak bardzo potrzebnego w każdej dziedzinie życia społecznego, politycznego czy religijnego. Ludzie dzisiaj nie umieją wyrażać się precyzyjnie, nie umieją dyskutować, wymieniać swych opinii. Dowodem tego są choćby coroczne egzaminy maturalne czy egzaminy wstępne na wyższe uczelnie. Do redakcji licznych pism napływają alarmujące listy ludzi, którzy skarżą się, że nie umieją nawiązać kontaktu towarzyskiego, że się wstydzą, rumienią, nie umieją rozmawiać z narzeczonym czy narzeczoną. Nic dziwnego: mówienie jest nie tylko sztuką, ale i solidną pracą. Jak można uczyć się konwersacji, nawiązywania dialogów, wymiany myśli z partnerem lub partnerami, jeżeli do tego nie ma okazji? W domu rodzinnym jej nie ma, ponieważ rodzice pracują i większość czasu spędzają z konieczności poza domem; a gdy wszyscy są razem, to miejsce rozmowy zastępuje oglądanie telewizyjnych spektakli. Jest to zachowanie wygodne, ale bierne i konsumpcyjne. Gdyby choć prowadzili jakieś dyskusje na temat obejrzanych filmów czy innych widowisk... Po spektaklu towarzystwo rozchodzi się w milczeniu.
W dyskotekach trudno o rozmowę. Tam się tylko słucha i tańczy. W czasie wolnym od pracy ludzie, jeśli czytają to przeważnie najłatwiej strawną gazetę. Rzadko się zdarza, by ktoś wziął do ręki poważną powieść lub tomik poezji. Język natomiast wymaga tego rodzaju lektury, jeżeli ma się kształcić i rozwijać. Zwłaszcza mowa wiązana, poezja pobudza wyobraźnię przez swe bogactwo przenośni, skrótów myślowych, precyzyjność i oszczędność słów. Dawniej w czasie zebrań towarzyskich toczyły się dyskusje; telewizor nie odrywał nikogo od wspólnej rozmowy.
Nie każdy ma dar wymowy. Jednemu przychodzi mówienie łatwo, drugiemu trudno. Wydaje się jednak, że ciężar gatunkowy tego słowa, które rodzi się w trudzie, jest o wiele większy. Słowo musi w człowieku jak ziarno ewangeliczne wzrastać i dojrzewać. Wiedzą o  tym  doskonale  pisarze,  mówcy i wielcy kaznodzieje. Są też ludzie, którzy mają łatwość słowa, ale nie kontrolując swych wypowiedzi redukują je do źle wymłóconych plew. Można też mówić bez słów. Tego przykładem są święci. Kto popatrzył na świętego Proboszcza z Ars, ten więcej korzystał niż słuchając mowy złotoustego kaznodziei. Tacy ludzie są jakby utkani ze słów, sami są poematem; wystarczy do tego poematu odnaleźć klucz właściwy.

Środki zaradcze

Zasadniczym środkiem kultu słowa jest rodzina. Wychowuje się nie tylko przez przykład, ale i przez słowo, przez mowę. Trzeba koniecznie mieć czas na rozmowę z dzieckiem, na prowadzenie dialogu, na naukę samodzielnego myślenia. Dziecko uczy się rozmawiać od rodziców; od nich uczy się nawet dobrej dykcji. Jeżeli mowa rodziców jest uboga, jeżeli są w niej przekleństwa, ordynarne wyzwiska, to niedaleko padnie jabłko od jabłoni. Chociaż raz w tygodniu trzeba zasiąść do wspólnego stołu i porozmawiać z dzieckiem lub z dziećmi. Takie metody będą owocować. Szkoła jest ważną placówką wypracowywania piękna języka ojczystego u dzieci i młodzieży. Nie tylko w szkołach ogólnokształcących, ale i w zawodowych czy liceach matematyczno-przyrodniczych, a tym bardziej na politechnikach winno się dbać o kulturę języka. Przyszły technik czy inżynier powinien wynieść ze szkoły znakomitą znajomość mowy ojczystej. Kształcenie języka to poznawanie i zapamiętywanie fragmentów naszej wielkiej literatury: Mickiewicza, Słowackiego, Norwida i innych klasyków polskiej poezji, a także prozy, jak Sienkiewicza, Żeromskiego czy Parandowskiego. Należy powrócić do uprawiania dyskusji i dawać w nich możność wypowiadania się tym, którzy są mniej utalentowani rozładowując ich nieśmiałość i zachęcając do pracy mimo nieporadności. Dobrą rzeczą jest urządzanie konkursów recytatorskich, uprawiania literatury małych form.

„A nade wszystko szanuj mowę twą ojczystą.
Nie znać języka swego – hańbą oczywistą.
Co mi po tym, że wiersze swoje pięknie kształcisz,
jeśli  łamiesz  zgodę,  jeśli  język gwałcisz.
Czytać dawne języki i obce rozumieć
Dobrze jest, lecz ojczysty trzeba naprząd umieć”.

Tak przemawiał do współczesnych sobie Franciszek Ksawery Dmochowski, osiemnastowieczny teoretyk literatury, wielki miłośnik pięknej polskiej mowy. Dbałość o czystość i poprawność języka jest zawsze, a szczególnie obecnie, istotnym elementem kultury narodowej.

Roman SZCZYGIEŁ SAC

Ksiądz Roman Szczygieł urodził się w 1920 roku w miejscowości Krzeczowice w diecezji przemyskiej. Ukończył pallotyńską szkołę Collegium Marianum w Wadowicach. W sierpniu 1939 rozpoczął nowicjat w Sucharach. Po wybuchu II wojny światowej udał się do domu rodzinnego, przerywając nowicjat. Ponownie rozpoczął go w sierpniu 1941. Ks. Roman Szczygieł święcenia kapłańskie przyjął 1 maja 1947 w Gnieźnie z rąk bp. Lucjana Bernackiego. Po święceniach został skierowany do Chełmna, a w następnym roku - do Gdańska. Rok później był już w Sucharach jako duszpasterz oraz spowiednik nowicjuszy. Pod koniec sierpnia 1950 został skierowany do Otwocka na kurację, ponieważ wykryto u niego początki gruźlicy płuc. Przebywał też w Ołtarzewie. W czasie, gdy duszpasterzował w Prabutach, gruźlica tak się rozwinęła, że skierowano go do szpitala w Otwocku. Przez 22 lata przebywał tam na wspólnej sali szpitalnej. W 1983 udał się do Diecezjalnego Domu Emerytów jako kapelan. W pallotyńskim domu w Otwocku zamieszkał w 1987. Ks. Roman Szczygieł przez całe swe kapłańskie życie chorował przewlekle na gruźlicę. Jego bliskim znajomym był pisarz Jerzy Zawieyski. Z teologów najbardziej cenił Josepha Ratzingera. Zmarł w wieku 70 lat, w roku 1990, w Otwocku. Spoczął w pallotyńskiej kwaterze na tamtejszym cmentarzu. Prezentowany tekst ukazał się w „Naszej Rodzinie” – 7-8 (538-539) 1989, s. 34-35.

48-4-1_1.jpg (105579 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Toruń, 2007)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga