... (27)

Posłuchaj, M...

Gdańsk, 29 września 1997 roku

Już niedługo trzeba będzie opuścić ten dom, tę ulicę o zbyt długiej nazwie, tę dzielnicę należącą w połowie do Górnego Wrzeszcza i Oliwy. Opuścić po dziesięciu, powiedzmy, mozolnych latach. Jest różnica pomiędzy tamtym trzydziestopięcioletnim, a tym starszym już o dekadę; różnica we wszystkim – w zmarszczkach na twarzy i patrzeniu na świat, w napisanych stronicach o świadomych zaniechaniach. Z trudem albo niedowierzaniem rozpoznaję tamtego siebie, który pierwszy raz przekroczył próg tego mieszkania i nie czuł żadnego lęku. Dziś jest trochę inaczej, bo wiem, że ostatni raz będę wychodził stąd z jakimś podskórnym lękiem – nie wiem, czy tylko lękiem przed nowym i nieznanym... Ale teraz, ale w ostatnich dniach i tygodniach, kiedy wchodzę na swoją ulicę, patrzę oczyma już kogoś innego, kogoś, kto stąd odjedzie, kto już nigdy (albo prawie nigdy) tutaj nie przyjedzie, na pewno nie będzie pojawiał się na niej codziennie. Patrzę w perspektywę ulicy kończącą się ścianą lasu i odruchowo spowolniam kroki, jakbym pragnął ten widok zatrzymać na zawsze w jego zieloności, a teraz w podjesiennych kolorach, by nigdy nie stał się on dla mnie martwą perspektywą jakiejś ulicy, jeszcze jednej ulicy Gdańska.
Lecz to samo czuję, kiedy wchodzę na klatkę schodową (odruchowo, parę razy dziennie, zerkając na skrzynkę listową), kiedy wchodzę po schodach na swoje drugie piętro, kiedy przekręcam klucz i naciskam klamkę u drzwi już ze świadomością, że niedługo to będą inne schody, inne klucze, inne drzwi. A potem widok z kuchennego okna na dojrzałą jarzębinę, na czubki świerków już wyższe od okna (a pamiętam je jako niewielkie drzewka), na pojawiające się co jakiś czas samoloty zniżające się do lądowania na lotnisku za lasem. A sama kuchnia, o której można by napisać sporej grubości książkę; gdyby ten sosnowy stół kuchenny potrafił pisać... Tego nie można w żaden sposób zabrać ze sobą na inne miejsce i być może niema opowieść pozostanie w tych ścianach i w resztkach pamięci. Teraz gdy siedzę i odwracam głowę w lewą stronę, wiem, że jest to coś w rodzaju pożegnania widoku, rozstania się z widokiem i miejscem, które służyło – do codziennego życia i pisania. Wiem, na pewno wiem, że na nowym miejscu długo będę odwracał się w lewą stronę ciągle zdziwiony, że widzę coś innego, że rano nie przylatuje na parapet para synogarlic, a nocą nie towarzyszą wrzaski kotów przy śmietniku.
Ale przecież żegnam się nie tylko z miejscem czy widokami. Żegnam się z wszystkim dobrym i złym, co przeżyłem tutaj. Jest wiele wspomnień, które chciałbym zabrać i chronić, ale jest i dużo przeżytych dni, których nie chciałbym pamiętać. I to jest ten najuciążliwszy bagaż, który stąd się wyniesie oprócz mebli, ubrań, książek. Nie można tego bagażu oddać do żadnej przechowalni ani żadnego lombardu, zostawić na ulicy czy komuś oddać. Z czasem może pamięć się przytępi, zamgli się śród dni, które jeszcze nadejdą i przyniosą jakieś nowe sytuacje, twarze, wspomnienia. Wiem jednak, że tego miejsca nie opuszczę nigdy i nie do końca...

Aleksander JUREWICZ

Posłuchaj, A...

Przynajmniej od kilkunastu godzin nie powinienem przekraczać progu domu, w którym zamieszkałem dokładnie szesnaście lat temu. Miało mnie tutaj nie być właśnie od dziś. Na dobrą sprawę, mimo że byłem przygotowany do wyprowadzki już trzy lata temu, ani wtedy, ani teraz nigdzie nie czekało żadne miejsce. I wówczas, i obecnie wiadome było jedno: nieważne, żebym mógł gdzieś być, najważniejsze, żebym przestał zajmować mieszkanie przy rue Surcouf. 
Nie obawa przed nowym i nieznanym ni żaden podskórny lęk wypełnia teraz moje wnętrze, lecz smutek. Przez minione miesiące narastał, potęgował się, stał się niczym osad, którego w żaden sposób nie da się wyeliminować. Będzie musiało upłynąć wiele czasu, zanim, choćby w niewielkim stopniu, zdołam uwolnić się – nie tyle od czarnych, najczarniejszych myśli, co gorzkiej konstatacji, iż dla większości osób z najbliższego otoczenia byłem i pozostanę kimś obcym.
Istnieją różne sposoby, poziomy czy stopnie wyobcowania. Zazwyczaj wini się za nie tych, którzy patrzą inaczej od reszty. Czyż jednak wszystko należy mierzyć jedną, wcale nie wspólną miarą? Czy zasady, jakimi kierują się ci, którzy respektują wyłącznie własny punkt widzenia, którym akurat udało się osiągnąć przewagę, obowiązują bezwzględnie i w każdej sytuacji? Komu i jak powiedzieć o tym, w co nierzadko samemu trudno uwierzyć, bo jeszcze wczoraj, jeszcze przed chwilą zdawało się absurdem, niedorzecznością, zwykłą projekcją, wykwitem czyjejś nadmiernej ambicji czy nieposkromionej żądzy panowania?
Nigdy nie ukrywałem, że szczególnie bliscy byli i są mi ci, którzy nie zamykali się w kręgu własnych spraw. Od nikogo nie wymagali, żeby myśleć podobnie. Niespodziewanie pojawiali się na mojej drodze. Szeroko, z całym zaufaniem otwierali nie tylko swoje drzwi, lecz i swoją duszę, a często również serce. Towarzyszyli w poszukiwaniach. Niejednokrotnie zupełnie bezinteresownie przychodzili z pomocą. Nie narzucali się. Nie zmuszali do czegokolwiek. Niczego nie chcieli w zamian. Nie próbowali udowodnić, że są lepsi, mądrzejsi albo ważniejsi. Nie wynosili się ponad innych. Mimo że nie zawsze i wcale nie tak chętnie próbowano ich zrozumieć, mimo iż zazwyczaj nie chciano ich słuchać albo korzystać z ich nietypowych umiejętności, nie było w nich ani zawiści, ani zazdrości, a tym bardziej złej woli. Niestety, coraz częściej odnoszę wrażenie, że takich osób jest coraz mniej. 
Jeżeli istnieje coś, czego nie można ze sobą zabrać, przenieść w inne miejsce, z pewnością trudno będzie pogodzić się z brakiem tego, co stanowiło o klimacie, o charakterze czy też o specyfice wielu paryskich rozmów i spotkań. Jeśli cokolwiek pozostaje w ścianach i przedmiotach, które przez lata stanowiły naturalne tło, które – jak to określiłeś – służą do życia i do pisania, najtrudniej będzie zaakceptować ową pustkę, owo ogołocenie, które powstaje po każdej stracie. 
Nie wiem, dokąd i kiedy zawędruję. Nie wiem, co jeszcze mnie czeka. Wiem, że nigdy nie pogodzę się z takim stanem rzeczy, w którym koniunkturalizm i religijny konformizm znaczą więcej niż powściągliwość, umiar, otwartość i zwykła życzliwość; traktowanie tych inaczej myślących nie jako dopust boży czy wcielenie szatana. Zgadzam się z Tobą, iż niezależnie od tego, dokąd się udajemy, ze sobą musimy zabrać i ten bagaż, jakiego wolelibyśmy się pozbyć. W lombardach i przechowalniach nie przyjmują – ni naszych doświadczeń, ni zwątpień, ni żadnych niematerialnych pamiątek; a tym bardziej tego wszystkiego, co zatruwa i umysł, i serce, i cały niemal organizm; co niekiedy odbiera wolę życia, a niekiedy jest jak rozdarta zasłona w świątyni naszej duszy.
Od kilku lat nie powinienem tutaj mieszkać. I właściwie od dawna, nie od wczoraj ani przedwczoraj, wiem doskonale, co znaczy być i nie być jednocześnie. – M.

Paryż, 1 września 2007 roku 

Cykl tekstów „Posłuchaj, M...” ukazywał się na łamach „Naszej Rodziny” od maja 1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym numerze „Recogito”, zaś pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...” ukazał się w numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru – 7-8 (646-647) 1998, s. 20.


48-6-1.jpg (157439 Byte)

Na zdjęciu:

Paweł Jocz,
Aleksander Jurewicz,
Maciej Niemiec
(Paryż, 1995)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga