Do Michała Milbergera (1920-1997)
Patrzę,
jak cień twego Hioba tańczy na ścianie
i myślę o twoich małych dłoniach stwórcy, Michale.
Pali się świeca, która ma wypalać dym
moich papierosów, lecz dymu jest więcej niż ognia.
Ludzie
nieufni, jak ty czy ja, widząc dym
mawiają - nie ma dymu bez ognia.
Lecz wiemy; istnieje ogień
bez dymu, i tego ognia
nie mogą zobaczyć ci, którzy
widzą tylko dym.
Dym w
każdym razie widzą wszyscy, których oczy ognia kiedyś opuściły; tego ognia,
z którego nie leci dym.
Gdy
umiera ktoś, kto miał w sobie ogień, dym
innym przypomina, czym życie się
różni od ognia.
Ogień, jak życie, płata figle, a dym
jeszcze mniej, jak kobieta - lecz czym ona się różni od ognia?
Popatrz w ogień: opowiada
bajki; lecz patrząc dłużej, z ognia
odczytasz samotność; nikt tam nie wraca, nawet dym.
Ci którzy
przyjdą ujrzeć dym, będą czekać, ale kiedy dym
się rozwieje, nic nie zobaczą,
nawet ognia.
On już tu był, niewielki,
zakryty, kaganek; co z ognia
pozostaje, wiedzą spaleni; on
skrywa swe rzeczy, nawet dym.
Ogień
tańczy jak chasyd, nawet jeśli tańczy
na płonącym chasydzie.
Dym
tańczy jak chasyd, pomimo że jest tym
co się już spaliło.
Albo zostało spalone.
I cień tańczy jak chasyd, bo nie może tańczyć
inaczej:
cień jest chasydem
Dwa lata temu był mróz, i przyszedłem z nią, która stąpała
po oblodzonym trotuarze rue Borromee znów tak, jak gdyby prowadził ją
Hermes, lecz mnie trzymała za rękaw, wysoka jak ja
I jedliśmy u twojego Wietnamczyka-filozofa, - dobrze i
tanio, chyba rue
Copreaux a ty byłeś zakłopotany bo cię nie
uprzedziłem o niej
i nie wiedziałeś w jakim mówić języku, bo francuski nie
był językiem
twoich wspomnień a
tylko po polsku nie wypadało, wiec czasem mówiłeś po
rosyjsku, który rozumiałeś
najlepiej
i tam tylko ty rozumiałeś, więc słuchaliśmy
tym bardziej uważnie
w języku twoich aniołów,
moskiewskich profesorów, którzy uczyli cię że
wieloznaczność formy
może być mocniejsza od
wieloznaczności terroru
a ona znów miała oczy tej która przeszła przez ogień,
kiedyś
i teraz je swój obiad, nieco rozbawiona tym że śmieje się
z anegdot
opowiadanych w języku którego nie rozumie, więc
śmiała się do mnie
miała oczy ognia bez
dymu, zielone jak cienki lód na stawie
ma spojrzenie żydówki, ale nią
nie jest, powiedziałeś po polsku
i patrzyłeś na mnie tak, jak gdybym mógł uczynić cud,
bo to ja w końcu
chrześcijanin
ale jak zwykle nic nie mogłem uczynić, nic więcej jak być
i czuwać
i
śmiać się do niej i do ciebie, trochę pić, ona nie pozwalała
mi pić za
wiele
a wcześniej czy później, już nie wiem, chodziliśmy po
piętrze twojej
pracowni i dotykaliśmy twoich statuetek, hiobów i kochanków, było
bardzo
zimno, tylko twój głos ciepły i jej oczy, i stygnące jeszcze głębiej
w tym
zimnie formy twoich rzeźb i ciepło którego użyczały naszym
palcom
Kiedy dym się rozwiewa, pozostaje ogień
i przeciera się oczy, jak
gdyby wciąż tu był dym.
Jak to jest, Michale, że ogień
może płonąć w miejscach
pozbawionych ciepła, jednak dając dym?
Że tworząc te postacie i
patrząc przez dym
tego czym nie były, tracąc
oczy, widziałeś ich ogień?
Jak to jest, że krótkotrwały wieczny ogień
jest widzialny a pomimo to dmucham w ogień
świecy, żeby móc
zobaczyć cień? I że kochankowie, których ciała się
przenikają jak dym
i jak ogień, nie mogą trwać, a twoi, z brązu, trwają,
jak ogień, jak dym.
1 I 1999
Maciej NIEMIEC
Maciej Niemiec urodził
się w 1953 roku w Warszawie. Od 1987 roku mieszka w Paryżu. Wydał
tomiki poetyckie „Cokolwiek, ponieważ” (1989),
„O tej porze świata”, „Kwiaty akacji”
(1994), „Ulica wód” (1996), „Świat
widzialny” (1998). W 2002 roku, we francuskim wydawnictwie
„Atelier La Feugraie” ukazał się jego tom wierszy
„Trente poèmes pour une femme”. Przez wiele lat
Maciej Niemiec należał do stałych współpracowników
„Naszej Rodziny”. Wiersz „Do Michała Milbergera”
ukazał się w „Naszej Rodzinie” – 1 (519) 1999,
s. 27-28
|
Na zdjęciu:
Michał Milberger
w swojej
pracowni
(Paryż, 1996)
Fot. Marek Wittbrot
|