Dziś i jutro

Póki istniejemy, póki starcza nam sił i wyobraźni, a także woli życia, zastanawiamy się nad tym, kim jesteśmy, co i dlaczego mamy wybrać, jak wygląda nasze dziś, o co i dlaczego powinniśmy jeszcze zabiegać – jakie czeka nas jutro, jak będzie się ono kształtować. Dlaczego zatem, skoro naturalne, a nawet konieczne jest zabieganie o bytowe sprawy, św. Jan w liście skierowanym do Koryntian za wzór postawił tych, którzy „nie umiłowali życia”, którzy wolą troszczyć się o „rzeczy przyszłe”, a nie teraźniejsze?
Św. Jan Apostoł, podobnie jak inni uczniowie, nie abstrahował od swojej sytuacji, nie uciekał od realiów. I w żadnym wypadku nie zachęcał do kontestacji, wyalienowania się czy braku troski o podstawowe, bytowe potrzeby. Przeciwnie, zrozumienie siebie i innych, dbałość o bieżące sprawy, a jednocześnie umiejętność współdziałania na rzecz wspólnego dobra, gotowość do poświęcenia, autentyczną troskę o swoje i nieswoje dobro, uważał za ważny wskaźnik, dowód, jak naprawdę funkcjonuje konkretna chrześcijańska gmina, jaki jest stan umysłów i serc, jak będzie kształtować się przyszłość Kościoła.
Z Dziejów Apostolskich jak i z historii początków chrześcijaństwa wiemy, że w łonie pierwszych wspólnot nie brakowało podziałów. Niekiedy dochodziły do głosu nadmierne ambicje, a niektóre lokalne społeczności, zamiast budować, integrować się z resztą, wyniszczały się nawzajem, traciły energię i marnowały, zaprzepaszczały dorobek innych. Uczniowie Jezusa też nie zawsze potrafili się ze sobą dogadać. Wystarczy wspomnieć spór Piotra z Pawłem czy, w pewnym sensie nieudaną, wyprawę do gmin chrześcijańskich w Azji Mniejszej, kiedy to podczas pobytu w Perge emocje doszły do zenitu, wzrosły tak znacznie, że Paweł musiał udać się w swoją stronę, zaś Marek i Barnaba wyruszyli na Cypr.
Kiedy Apostoł przekonywał Koryntian, iż nieważne, czy ktoś jest od Pawła, ktoś inny od Apollosa, a jeszcze ktoś inny od Kefasa, doskonale wiedział, co i dlaczego mówi. Zdawał sobie również sprawę, iż bardzo łatwo „zniweczyć Chrystusowy krzyż”, doprowadzić do jeszcze większych podziałów i rozłamów, sprzeniewierzyć się przymierzu chrztu i nie przed Bogiem szukać rozwiązania trudnych, nie tyle teologicznych, co ludzkich problemów, potęgowanych niełatwym położeniem chrześcijan w cesarstwie rzymskim, lecz w waśniach i kłótniach. Sam, na własnej skórze przekonawszy się, do czego prowadzi brak zgody, zachęcał wszystkich, aby byli „jednego ducha i jednej myśli”.
Dzięki temu, co wydarzyło się po Wniebowstąpieniu, wcześniejszy, wypowiedziany w Wieczerniku apel Jezusa – „aby wszyscy stanowili jedno” – nabrał dodatkowego znaczenia. Jego prorocza a zarazem dramatyczna przestroga jeszcze bardziej zyskała na znaczeniu wiele wieków później, kiedy spór o pierwszeństwo i, pośrednio, o filioque doprowadził do oddzielenia się Konstantynopola od Rzymu. Głębokie podziały w Kościele, swego rodzaju rozwarstwienie, przepaść między Kościołem nauczającym i Kościołem słuchającym, służenie w pierwszej kolejności doraźnym interesom i uleganie różnorakim politycznym wpływom, a zapominanie o Bożej sprawie, doprowadziły do kolejnego wstrząsu a, w rezultacie, wprowadzenia zasady cuius regio, eius religio. Ugoda Karola V z książętami niemieckimi, ustalenia tzw. pokoju augsburskiego z 1555 roku, dopiero niedawno, bo w roku 1999, Wspólną Deklaracją o usprawiedliwieniu, zostały – rzec by należało – zweryfikowane w warstwie ideowej. To, co jest miernikiem i probierzem wiary chrześcijańskiej, zaczęto dopiero przekładać z języka teologii na język codzienny. I teologów, i duszpasterzy, i każdego wierzącego czeka jeszcze wiele pracy.
Trzeba było kilka wieków, żeby uznano za „wspólny cel wyznawanie we wszystkim Chrystusa”, żeby dostrzeżono w Nim jedynego Pośrednika, „przez którego Bóg w Duchu Świętym daje samego siebie i obdarza swoimi odnawiającymi darami”, żeby skończono ze wzajemnymi oskarżeniami i różnymi formami religijnego fundamentalizmu. Potrzeba było stuleci, żeby dojść do wniosku, iż wszyscy dopuszczaliśmy się i dopuszczamy „wielu uchybień”, bowiem wszyscy jesteśmy grzeszni. Potrzeba było – jak widać – ogromnie wiele czasu, żeby zrozumieć, o jakie zbawienie naprawdę chodzi, na czym polega „potęga i królowanie Boga naszego i władza Jego Pomazańca”.
Jezus modlił się do Ojca w niebie, prosił i prosi nadal, żebyśmy właśnie my, którzy poprzez chrzest zostaliśmy włączeni w dzieło zbawienia, objawiali prawdziwe Imię Boga, aby Miłość Boga, która również nam została ofiarowana, cały czas w nas dojrzewała, dzięki nam rozszerzała się i owocowała, żeby świat, w którym Boga często tak trudno rozpoznać, w którym Boga nierzadko traktuje się jak czyjąś własność, w którym do zasad wiary podchodzi się instrumentalnie, a niekiedy i czysto merkantylnie, żeby w tym świecie mogło do głosu dojść to, co przedwieczne i nieskończone, przekraczające ramy czasu i ramy naszej egzystencji. Darowana w chrzcie rzeczywistość – dodajmy – niełatwa do zrozumienia rzeczywistość zbawienia, zawsze jest zagrożona przez moc grzechu, przez zawiść, próżność, brak miary, złą wolę i nade wszystko pychę. Dlatego wzywani jesteśmy nieustannie do pełnienia dobrych uczynków i pielęgnowania autentycznej, zakorzenionej w Bogu wiary – „aby stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe”.
Pochodzący z Mazur, niemiecki pisarz, Ernst Wiechert, który w czasach nazistowskich odważył się piętnować nienawiść, przemoc, niesprawiedliwość i różne, promowane przez nazistów antywartości, w swojej książce „Proste życie” sprzeciwił się pokusie ulegania zmieniającej się łatwo i często koniunkturze. Z niepokojem patrzył na utratę wiary w Boga, różnego typu wypaczenia, brak respektu dla Stwórcy i Jego praw. Uważał, że niezbędny jest czynny opór, a nawet, jeśli wszelkie inne środki zawodzą, samotna walka. Swoimi książkami i swoją postawą udowodnił, że nawet w najtragiczniejszym okresie dziejów można patrzeć niezależnie i z nadzieją w przyszłość – pod warunkiem jednak, że odwaga połączy się z rozwagą, miłość do ojczyzny – z szacunkiem do innych, wiara we własne ideały – z odrzuceniem wszelkich form skostnienia czy zniewolenia.
Nikt nie musi iść w ślady Wiecherta i walczyć piórem z upiorami, tak z demonami przeszłości jak i teraźniejszości, ale też od postawy każdego z osobna zależy, co, kiedy i jak się dokona albo będzie mogło w świecie i w Kościele się dokonać. „Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy”, z pewnością jednak nie chodzi o to, żeby nic nie stracić i jak najwięcej zyskać. Właściwie dając otrzymujemy, rezygnując z siebie – siebie ocalamy, zwracając uwagę na potrzebujących i troszcząc się o innych – o siebie, o swoją duszę zabiegamy.

16-05-2007

Marek WITTBROT

Marek Wittbrot - w latach 1991-1999 prowadził "Naszą Rodzinę", obecnie zaś jest redaktorem "Recogito".


48-2-2.jpg (109004 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Rzym, 2007)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga