Boża obecność

Ewangeliczny przekaz Bożego Narodzenia wycisza bunt wobec oprawy, jaką wytworzyli ludzie w ciągu dwóch tysiącleci wokół tego święta. Nagromadzono bowiem stosy przybudówek, że trudno dogrzebać się sensu wydarzenia, które stanowi początek naszej ery. Nie jest to zarzut wobec tradycji. Zapewne, gdy ona powstawała, miała twórczą świeżość i zapach nowości; coś przybliżała i uobecniała. Jednak patyna historii i kurz czasu wytworzyły rutynę, utarły koleinę, w którą wpada nawet ten, którego religijna tradycja obchodzi tyle, co psa piąta noga. Trzeba ewangelicznego nawrotu. Tego jednak człowiek się boi. Nigdy nie wiadomo, co z niego może wyniknąć, jak wypadnie konfrontacja z Nieznanym. Bezpieczniej jest pozostać na obrzeżach życia, cieszyć się papierowym lub gipsowym żłóbkiem, choinką, którą po dwóch tygodniach sprzątną niestrudzeni śmieciarze, zaśpiewać kolędę przy postnym, ale przecież dostatnio zastawionym stole, może jeszcze dołączyć atrakcyjność nocnej wyprawy na Pasterkę. To wszystko.
I po to potrzeba było szaleństwa wejścia Boga w ludzki świat? Komu ono było potrzebne? Przecież bez Bożego mieszania się w człowiecze sprawy, ludzie bardzo dobrze sobie radzili: rodzili się i umierali, układali swoje interesy i przeżywali bankructwa, cieszyli się i płakali, toczyli spory i zawierali przyjaźnie, zatłukiwali się w wojnach i ustalali uroczyste pokoje, kochali się i zdradzali miłość. Może nawet człowiekowi było łatwiej, gdy pozostawał jedynie w ludzkim wymiarze. A gdy nie umiał sobie poradzić z ciężarem lub wybrykiem środowiska, odwoływał się do wytworzonych przez siebie bóstw i życie toczyło się dalej. Niektórzy odczuwali niewystarczalność tych układów, uskarżali się na uczucie pustki, ale większości było z tym wszystkim dobrze. Zresztą, Bóg nie przyszedł, aby zadowolić pragnienia czy wypełnić zapotrzebowanie paru pięknoduchów, którym nie wystarczała ludzka skorupa doczesności. „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3,16). Tylko, że ta miłość zamiast ułatwić życie, bardziej je skomplikowała i zaczęła ciążyć. Boża obecność nigdy nie jest wygodna. Dla Boga, ludzka rzeczywistość też wygodna nie była. Wszedł w nią w sposób prymitywny i tak drażniący, że człowiek przez wieki musiał naprawiać Boży „błąd” i przykrywać Jego nagość, najpierw siankiem, a potem złotogłowiem. Zatroszczył się człowiek o Boga, dał Mu należne miejsce. Tylko wtedy Bóg przestał niepokoić.
Pochylając się nad nagim Łukaszowym tekstem, gdzie nie ma splendoru genealogii ani opisu pokłonu Mędrców, ani nawet kryminału herodowej rzezi dzieci z Betlejem, odczytujemy słowa: „Ten jest postawiony na upadek i na powstanie wielu” (Łk 2,34). Dziś by powiedziano: jest postawiony na wywrócenie piramidy wartości, z których człowiek żłopał swe upojenie. Człowiek jednak uparcie wraca do starego koryta, obłędnie szuka dobrobytu – według określenia Einsteina – ideału świni.
Bóg narodził się w żłobie, w skrajnym marginesie wszelkiego dobrobytu. Przez całe swe ziemskie życie montował swe Królestwo z kalek, bezdomnych, porzuconych, celników, jawnogrzesznic, z niepiśmiennych pastuchów, z pyłu ludzkiego, ze śmiecia społecznego, który nie dorastał do perwersji kultury. Ci bezwartościowi nie bali się spotkania z Nim.

Tekst, bez imienia i nazwiska autora, stanowiący wprowadzenie do świątecznego numeru pallotyńskiego pisma, ukazał się w „Naszej Rodzinie” – 12 (519) 1987, s. 3..

48-2-3_2.jpg (101747 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Brema, 2006)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga