Doganianie epoki
Krople wody jednoczą się w strumienie, rzeki, morza względnie oceany.
Mogę sobie wytworzyć pojęcie morza ludzkiego złożonego z
osobników. Morze człowiecze zwane ludzkością odznacza się własnym
rytmem, zwanym pospolicie epoką. Epoka to wypadkowa wielu czynników
racjonalnych i irracjonalnych, planowanych i samorzutnych,
koniecznych i przypadkowych. Jest problemem na tyle złożonym, że
zwykle woli się charakteryzować minione epoki czyli
epoki-nieboszczki, niż współczesną sobie, czyli – jakby
powiedział chemik – epokę in statu nascendi. Paradoksem
tego, co było powiedziane stanowi fakt, że nie znając dobrze
swej epoki, zdyszany człowiek stara się ją dogonić. To
doganianie nazywamy dobrotliwie nowoczesnością, modą,
najnowszymi osiągnięciami, postępem. Człowiek, świadomy spóźnienia,
stara się dogonić za cenę większej
prędkości własnej. Wszelkie doganiania są męczące i chętnie
się jej upraszcza. W sumie mamy tego wszystkiego dosyć.
Człowiek czuje się jakoś niepewny,
słaby i zmęczony, mimo że maszyny
i urządzenia elektroniczne
pracują za niego. Termin: chorobowe
objawy epoki jest całkiem
słuszny. Choroby cywilizacyjne
są powszechnie znane: nerwica
mikrofalowa, nowotwory, zawały
serca, chroniczne osłabienie
woli, SIDA-AIDS, nagła śmierć
całkiem zdrowych niemowląt
poniżej jednego roku życia, zmętnienie
przyziernych części oka,
zaburzenia równowagi psychicznej,
przedwczesna miażdżyca.
Powoli i po głębszym rozważeniu
robi się panika. W dodatku
zaczynamy się lękać rozumu
człowieka w bezpardonowym
konflikcie przyszłego nieporozumienia – korzystanie ze środowiska
z jego rabunkową degradacją
często już nieodwracalną.
W rezultacie trzeba spojrzeć na epokę jak na błyszczącą kometę;
wszyscy doganiacze komety mocno zdyszani znajdują się w jej ogonie. Marniutka to lokata, nawet trochę żenująca.
Istnieje pewne niezmierzone niebezpieczeństwo. Każde doganianie wycieczki, a tym bardziej
epoki męczy dając wewnętrzne przyspieszenie. Określamy to jako nerwowość czasów. Czasy nie
mają
nerwów, to przywilejem człowieka
są nerwice i połykanie leków
psycho- i neurotropowych. Każdy
farmaceuta wie, że to ogłupianie
pacjenta. Nerwy i skaza psychiczna
dają w rezultacie błędne
koło. Co więcej, nie wykracza
się przecież poza otoczenie.
Jest się tylko doganiaczem epoki,
jej użytkownikiem. Im bardziej
epoka jest złożona, im więcej dostarcza
nieprzewidzianych sytuacji,
tym bardziej jej użytkownik jest
tylko przeciętniakiem w przyswajaniu.
Impas rodzącej się epoki
staje się gotowy i oczywisty w
następstwie wielu sprzeczności rodzi
się ostatecznie nowa epoka.
Zdajemy sobie sprawę, że historia wskazuje na szybkie skracanie
poszczególnych epok. Jeżeli paleoit
trwał kilkaset tysięcy lat, to neolit
koło pięciu tysięcy lat. Obecnie
kolejne etapy ograniczają
się nie do paru wieków, ale do
kilku dziesiątków lat – dwóch, trzech.
Praktycznie użytkownik doganiacz
robi jeszcze to samo, co
w minionej epoce. Inercja,
zamiłowanie do wygody – nie zapładniania mózgu. Epoka wyklucza myślenie, chyba
że o własnych
interesach.
Trzeba mieć bardzo dużo odwagi, że się dogania tylko swą epokę i to jedynie w przybliżeniu i
w najłatwiejszych jej przejawach.
Codzienność i pospolitość doganiania swoich czasów daje w sumie sfatygowanie populacji
ludzkiej,
upraszczanie sobie wartości
epoki, tworzenie własnych schematów.
Nazywamy to często subkulturą.
Zwykle są to młodzieżówki
z absolutną negacją, bezwłasnych konstruktywnych programów.
Tak tworzą świat nastolatki.
Same się prędzej starzeją,
zanim coś wymyślą. Myślę nie to jednak fatyga i to poważna, daleko
więcej niż neokartezjańskie – nego, ergo sum. Tylko jak się
nie ma nic do powiedzenia, to się
wszystkiemu zaprzecza. Nie
ma więc epok nieruchomych.
Podobnie jak nie ma wyciszonego
życia. Życie nieruchome
nazywa się śmiercią. Epoka tworzy się
nieustannie. Nie ma epoki
ukończonej. Ukończenie równa
się jej dezaktualizacji. To domena
już tylko historii.
Albert Camus określił kilkanaście lat temu, jak przyszłość będzie nazywała naszą epokę: „czytali dzienniki i uprawiali nierząd".
Można by uzupełnić – nie
kochali pracy, przepadali za
dobrobytem, gustowali w przeciętności dużo krzycząc
o postępie. Epoka z psem
w zodiaku. Pies staje się symbolem
idealnego szczęścia –
nie pracuje, a żre.
Tak wygląda sprawa doganiania epoki, kiedy się jednocześnie stanowi jej element składowy. Kiedy jest się tylko
elementem olbrzymiego
zbioru, można śmiało mówić, że
nie wykracza się poza rolę „wypełniacza"
epoki. Łatwo wtedy o depersonifikację
i pozycję przeciętniaka żyjącego według
kanonów mody nowoczesności.
Przy obecnych osiągnięciach telekomunikacyjnych, rozprowadzania
informacji, światowy poziom epoki szybko się ustala. Wybiera
się z epoki łatwiznę. Sama
zaś epoka szybko się zmienia jak każda moda. Zresztą bądźmy
szczerzy –
specyficzności epoki nie ogląda się wynikami naukowymi,
charakterystyczną sztuki,
lecz fasonem garnituru, krojem
i wymiarem spódniczki, rodzajem
krawata, żurnalami mody
odzieżowej i kształtem obuwia.
Przeciętniak – użytkownik nawet sobie sprawy nie zdaje,
że najnowszy żurnal nie jest wyłącznie
treścią epoki współczesnej. To kolosalny rozmach rozumu i
jego wynalazczości. To nowe formy sztuki, jej swoiste znamiona. To wysiłek milionów
ludzi
nie tylko odkrywców, propagatorów
nowego, ale to również cierpienia milionów, wymieranie epigonów
poprzedniej epoki. To suma
zła produkowanego przez ludzkość
i gigantyczny wysiłek dobra,
nie tak jednak liczny, bo większość
ludzka to pospolici biorcy
najłatwiejszych i najbardziej
efektownych rzeczy. Epoka ma swoje mielizny jak rzeki i swoje głębokie nurty
–
nośności świata.
Istnieje jednak pewna determinanta biologiczna, która staje na przekór naszym pojęciom trwania
epoki, a tym samym depersonifikacji. Epoka
powoduje wtapianie się człowieka w sumaryczne tło świata. Odczuwa się swoją indywidualność z racji tylko nazwiska
oraz imienia. Tymczasem w życiu biologicznym i psychicznym jest się zdeterminowanym długością
swego życia, mówiąc krótko – zależnością
od parametru osobniczego
czasu. Indywidualna, ściśle
biologiczna długość trwania
wyznacza granice epoce określane pospolicie mianem życia człowieka.
Ciekawa i trudna do przyjęcia sprawa – osobniki się kończą,
życie trwa dalej. Osobniki umierają,
życie na świecie istnieje nadal.
Tylko nie przy tych samych użytkownikach.
Użytkownicy mijają,
kontynuują marsz ku zapomnieniu.
Obok nowoczesnych miast muszą wyrastać nie tylko sklepy,
banki, szkoły, instytucje usługowe, każda aglomeracja niezależnie od chęci produkuje
cmentarze nie tylko twórców epoki,
ale również przeciętnych użytkowników.
To prawo każdej epoki.
Życie jest jak teatr – wychodzi się zza kulis zwanych urodzeniem.
Przebiega się scenę, ale raz jeden tylko. W różnym czasie. Od
paru godzin, do
ponad setki lat. Rozpiętość zagrania sztuki życia jest więc kolosalna. Artystom człowieczeństwa różnie to wypada.
Wprawdzie lekarze opóźniają
nasze zejście ze sceny, lecz któraś kraksa
będzie ostatnia. Odstępstwa nie ma od tego prawa biologicznego.
Mimo kolosalnych postępów medycyny, prawo to pozostaje
w mocy. I zostanie zawsze. To epoka każdego z nas: indywidualna epoka. Można jedynie różnie
zagrać swoją rolę na scenie życia.
Nigdy pojęcie doganiania epoki
nie jest tak prawdziwe, jak w
tym przypadku. I nigdy pojęcie osobowości nie jest tak oczywiste, jak w tym znaczeniu. Tutaj
przestaje
się być udziałowcem tylko za
cenę swego biletu wizytowego.
Tutaj jest się biologicznie i
psychicznie spersonifikowanym. Bez prawa wyboru.
Wobec tego, czy można być jedynie biorcą epoki? Źle – biorcą
to za mały udział. Przeciętnym użytkownikiem epoki? Może nie trzeba na to specjalnego zezwolenia. Wybór jest wolny. Pożeramy epokę w sposób
niechlujny. Przypomina
to jedzenie ciasta w postaci wydobywania i wydłubywania z niego samych rodzynków. Z epoki wybieramy najłatwiejsze rzeczy
– dobrobyt, wstręt do pracy, miłość do pieniądza, nie przejmowanie się nikim jedynie sobą, skrajny
egoizm, przyjemności
życia i swobodę moralną, maksymalną eksploatację płci, zboczenia seksualne, niezdolność do poważniejszego
wysiłku, wygodnictwo i interesowność w wierze, o ile Pan Bóg wziął w
swoją arendę moje interesy. Boga tolerujemy o tyle, o
ile niczego od nas nie żąda, o ile Bóg jest rozsądny w
tolerowaniu naszych gustów. W sumie przeciętniak epoki i jej użytkownik
określa to „ja się Panu Bogu nie narzucam”. Jednym
zdaniem – za istotę naszej epoki uważamy faktycznie jedynie
jej margines.
Nasz udział w tworzeniu epoki? Po co ją tworzyć? Ona istnieje
przecież. Należy sobie z niej wyciąć najsmakowitsze kąski.
Resztę można pozostawić biegowi rzeczy.
Tymczasem biologia zakpiła z człowieka. Może raczej biologiczna
konstrukcja człowieka. Konstrukcja niezależna od wolności i
wyboru, którą się człowiek tak zawzięcie wachluje. Amortyzacja
życia jest sprawą postępującą nie pytając o zgodę nikogo.
Epokę można przedstawić mniej abstrakcyjnie, jak nam się to
wydaje: jako scenę życia. To już inna sytuacja. Epoka to nie kompleks
przyjemnościowy i ułatwienie życia. To nie kołysanka jego
dynamiki ze spokojem zmysłów i sumienia, jak to jakiś autor
francuski określił. Ani rozkoszne wylegiwanie się przed własną
nowoczesną budą. Epoka przekładana na kategorie swego trwania
jest zgoła czym innym. Jest znalezieniem się człowieka na
olbrzymiej estradzie, gdzie można być jednostką dorzucającą
coś do wielkości ludzkości albo pospolitym połykaczem i
przetrawiaczem informacji w postaci echa o współczesnej epoce.
Każda epoka ma swoje spaczenia. Obecna też nie jest wolna od
horendalnych wykrzywień. Mimo wszystko trzeba się w niej znaleźć.
Ale w jakiej formie – twórcy dorzucającego swą pracą nowe
wartości czy w roli przeciętnego użytkownika epoki w nie
najlepszym wyborze. Tertium non datur – nie tylko według
Arystotelesa. Wykluczona jest wobec tego wypośrodkowana obojętność.
Równa się to beznadziejności czyli kompletnemu bankructwu sensu
życia.
W głowie trzeba jednak mieć sito, które przesiewa mądre od
pozornego, liche od szlachetnego, wielkie od skarlałego. Tego sita
już nikt nikomu nie wstawi, jeśli się go nie posiada.
Wolna wola musi się kierować jakimiś kryteriami wyboru. Inaczej
będąc człowiekiem jest się liściem unoszonym przez bliżej
nieokreślony prąd epoki i to prąd zwykle mniejszej wartości.
Nie urządza się referendum, kto jest twórcą epoki, a kto
jedynie jej użytkownikiem. Bez przeprowadzania specjalnych obliczeń
twórcy zmieszczą się z powodzeniem w jednym procencie populacji.
Co więc ma robić ta „wybrakowana” z niewiadomych
powodów część ludzkości. Pozostaje tylko zbieranie duserów życia
i faktyczna bierność w tworzeniu świata.
Inteligencja człowieka polega na tym, by się w miliardowych
przypadkach możliwości ustawienia się – nie zgubić w
epoce. Nie stać się tylko bezimiennym elementem. Zachować swoją
osobowość. Epoka nie może wchłaniać człowieka w siebie bez
reszty.
Wprawdzie jest tylko indywidualną możnością bycia, ale nie jest
się nigdy samemu. Jesteśmy na Boskim wietrze. Dmie on ustawicznie
łaską, błogosławieństwem, przebaczeniem. Umieć manewrować na
tym wietrze, by go najwięcej złapać. Przecież naprawdę nie
jesteśmy kawałkiem żywej padliny.
Naprawdę nie znamy konstrukcji świata ani w charakterze epoki,
ani w sytuacjach, jakie stwarza Bóg.
Włodzimierz SEDLAK
Włodzimierz Sedlak urodził się 1911 roku w Sosnowcu w rodzinie górniczej. Był
trzecim z kolei dzieckiem Pawła i Elżbiety z domu Janszek. Miał
jednego brata i cztery siostry. Chociaż w jego domu rodzinnym nie
było tradycji naukowych, to jednak już w dzieciństwie przejawiał
on zainteresowania przyrodnicze. Po maturze (1930) w Gimnazjum
matematyczno-przyrodniczym w Skarżysku-Kamiennej (dokąd w 1921
przenieśli się rodzice) wstąpił do Seminarium Duchownego w
Sandomierzu, gdzie w 1935 roku otrzymał święcenia kapłańskie.
Jako ksiądz podjął pracę prefekta w Ćmielowie (1935-1939), a
następnie w Siennie (1939-1948), gdzie podczas wojny prowadził
tajne nauczanie. Po II wojnie światowej, dzięki jego staraniom, w
Siennie powstały Szkoła Rzemiosł i istniejące do dzisiaj Liceum
Ogólnokształcące, które od 1992 roku nosi imię swego założyciela.
W 1946 podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym
Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie gdzie uzyskał
w 1946 dyplom magistra z antropologii, a w 1950 z pedagogiki. W
1951 otrzymał na UMCS stopień doktora za rozprawę "Zmienność
organizmu jako podstawa biologiczna wychowania". W 1952 przeniósł
się do Radomia, a w 1960 rozpoczął pracę na Wydziale Filozofii
Chrześcijańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966
uzyskał stopień doktora habilitowanego z biologii teoretycznej za
rozprawę "Możliwość odtworzenia początków ewolucji
organicznej na podstawie komponenta krzemowego", a następnie
objął kierownictwo utworzonej, decyzją Rady Wydziału, Katedry
Biologii Teoretycznej. W roku 1974 został profesorem
nadzwyczajnym, a w 1980 roku profesorem zwyczajnym. Zmarł w
Radomiu 17 lutego 1993. We wrześniu 1987 roku, goszcząc u
paryskich pallotynów, wygłosił trzy konferencje. Druga,
prezentowana wyżej, ukazała się w „Naszej Rodzinie”
– 3 (522) 1988, s. 14-16.
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2007)
Fot. Marek Wittbrot
|