Ekshibicjonizm
przebaczenia
Dnia 13 maja 1981 roku, gdy w Warszawie dogorywał na łożu śmierci
Wielki Prymas Tysiąclecia, w Rzymie z największą szybkością,
jaką tylko można było wydusić z nowoczesnego wehikułu
sanitarnego, pędziła karetka do kliniki Gemelli,
unosząc rannego w zamachu papieża Jana Pawła II. Już na
operacyjnym stole otrzymał on od swego wiernego sekretarza
sakrament, mający mu ułatwić drogę, której kierunek wciąż
pozostawał zagadką i jego wyznaczenie tylko w niewielkiej części
zależało od sprawnych rąk chirurgów. Szczęśliwy los,
mimowolne drgnięcie zabójczej ręki, szybkość odstawienia
Pacjenta w ręce fachowców, czy wreszcie, i to chyba
najprawdopodobniejsze, ręka Opatrzności przesadziły o życiu
Papieża.
Zaledwie wyślizgnąwszy się z objęć śmierci, Jan Paweł II
przebaczył zamachowcowi i nazwał go swoim bratem. Dziwny to sposób
wchodzenia w rodzinę papieską i wolałbym, by to braterstwo
dokonało się inaczej. Papież jednak, z całą powagą i
odpowiedzialnością za znaczenie tych słów, nazwał
dwudziestoparoletniego Alego Agcę – bratem.
Pod koniec 1983 roku Ojciec Święty wymyślił nowy, zaskakujący
gest: odwiedziny brata-zamachowca w więziennej celi. Co roku,
chyba począwszy od Jana XXIII, biskupi Rzymu odwiedzają
jeden z zakładów karnych Wiecznego Miasta. Ostatecznie Mistrz
kiedyś powiedział: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście
Mnie” (Mt 25, 36). Tym razem jednak wybór nie był
przypadkowy. Przekraczając ponure wrota więzienia Robbibia, Jan
Paweł II doskonale zdawał sobie sprawę, na jaką przygodę się
decyduje i że spotka się twarzą w twarz z tym, który z niewyjaśnionych
powodów usiłował skrócić jego życie.
Nigdy nie przeżyłem agresji zagrażającej memu życiu ani sam
nigdy nie miałem zamiaru naruszyć czyjejkolwiek egzystencji.
Dlatego nie wiem, co może się kryć w sercu ocalałej ofiary, jak
i w sercu napastnika, przy ich ponownym spotkaniu. Skąpe
wypowiedzi Papieża po wizycie niewiele mówią. Z pewnością
dwadzieścia minut szeptanej rozmowy nie nadawało się w niczym do
publicznych wynurzeń i dziennikarskich opowiadań. Niedyskretna
kamera telewizyjna nie wyczuła subtelności sytuacji, przez
otwarte dla bezpieczeństwa drzwi usiłowała wykraść
tajemnicę dwóch pochylonych ku sobie ludzi, filmowała gesty,
wyrazy twarzy, przechyły głów i ruchy rąk. Dla niektórych
moich przyjaciół oglądane na srebrnym ekranie wydarzenie sprawiało
wrażenie namiastki sakramentu pokuty. Widząc trzy razy w
dzienniku telewizyjnym te scenę musiałem włożyć wiele wysiłku,
aby nie ulec podobnym złudzeniom. Ciążyła opinia innych i
zawodowa skłonność. Uparcie uprzytomniałem sobie, że nie można
mieścić tego spotkania w kategoriach sakramentalnej
administracji, bo dzieli tych dwóch ludzi bariera religijnych
przekonań, a poza tym nie mogłem sobie uzmysłowić, by Papież
poszedł na „w tanim wydaniu” prozelityzm. Dlatego właśnie
miałem dużą pretensję do współczesnych środków masowego
przekazu, że nie potrafiły uszanować ludzkiego „sacrum” tego
spotkania. Czuję się nawet nieco winny, że dałem się
trzykrotnie wciągnąć w krąg bezczelnej niedyskrecji.
Po opuszczeniu celi Alego Agcy Papież pozostał jeszcze trzy
godziny w budynkach więziennych: rozmawiał z pozostałymi i wygłosił
do nich przemówienie: „Kościół docenia i dodaje odwagi tym
– mówił Ojciec Święty – którzy czynią wysiłki, aby
poprawić system karny i doprowadzić go do poziomu szacunku wobec
praw i godności ludzkiej”. W kontekście tego zdania cała
wizyta Jana Pawła II w Robbibia nabiera właściwej barwy i głębi.
Należy dojrzeć godnośćludzką w każdym, nawet w
zbrodniarzu, nawet w tym, kto wymierzył swą rękę
przeciwko życiu Papieża. Jeżeli miałbym trochę więcej
szacunku dla ludzkiej godności, umiałbym się powstrzymać od
wkraczania w tajemnicę dwóch ludzi, która tylko do nich należy.
Leszek MALEWICZ SAC
Ks. Leszek Malewicz. Urodził się 21 stycznia 1939 roku w Warszawie.
Do pallotyńskiego nowicjatu wstąpił w roku 1956. Święcenia kapłańskie
przyjął w roku 1966. Po święceniach krótko pracował w pallotyńskiej
parafii w Radomiu, następnie wyjechał na studia do Belgii. Stamtąd
przeniósł się do Francji. W latach 1978-1981 pracował w
Algierii. Od 1982 do roku 1990 był redaktorem naczelnym „Naszej
Rodziny”. Od zakończenia pracy w pallotyńskim piśmie aż do
dnia swojej śmierci pracował jako kapelan. Zmarł w Paryżu 15
stycznia 2008 roku. Pochowany został na cmentarzu pallotyńskim w
Osny. Prezentowany tekst ukazał się w „Naszej Rodzinie” - 2
(473) 1984, s. 20.
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu (Rzym, 2007)
Fot. Michael Wittbrot
|