|
...
(26)
Posłuchaj, M...
Wigry,
29 czerwca 1997 roku
Tak
pisał o tym miejscu w 1936 roku F. A. Ossendowski w swojej książce
„Puszcze Polski”: „Wigry – jedynie to
miejsce, gdzie człek, nie zrywając współżycia z ludźmi, może
nie śpiesząc się, uczynić rachunek sumienia, zrozumieć co
uczynił złego i jak winien to naprawić, odetchnąć od zgiełku
życia i dojść do równowagi ducha. Cicha puszcza dobiegająca do
samych brzegów, majestatyczne niby zadumane jezioro, wyspa węgierska,
tchnąca siwą, pracowitą przeszłością i myślami bogobojnych
pustelników działają kojąco. Tę ciszę odczuwa tu każdy, a spływające
nań ukojenie przepełnia serce radością rzewną, która zmusza
do milczenia niby w obliczu świętości”.
Zaraz
wzejdzie słońce skryte jeszcze za widnokręgiem, choć już jego
nadejście zwiastowane jest niecierpliwymi odgłosami ptaków,
chwianiem się trzcin, nagłym pomarszczeniem wody jeziora. Ciemność
rozświetlana tylko księżycem, zwanym niekiedy w tych stronach
miesiączkiem, rozjaśnia się miękką, jakby wełnianą, szarością,
która niepostrzeżenie zaczyna nabierać niebieskości, a potem różowości.
Siedzimy i czekamy na wschód słońca nad tą krainą, która ma w
sobie i coś magnetycznego, i coś powszedniego. Ale jest to
powszedniość skrywająca cudowności, które można dostrzec w
przełamanej kromce chleba, w kropli rosy przyczepionej do źdźbła
trawy albo wianku uplecionym z chabrów zawieszonym na przydrożnym
krzyżu. Z ciemności wyłaniają się jachty odarte jeszcze z żagli,
kadłuby łódek kołyszące się na fali, jakby drżały z
przedrannego chłodu, a niedaleko od nich przysnęło stadko
dorodnych łabędzi. Dopala się ognisko i dym, jak strudzony wędrowiec,
kładzie się coraz niżej ku ziemi, a jego zapach może kiedyś
znienacka przypomni się w którymś momencie życia. Czekamy, żeby
zapamiętać ten jeden wschód słońca, ten świt, którego jutro
już nie będzie, a który zabierzemy ze sobą i będzie się tułał
pomiędzy banalnymi miejskimi świtami, pomiędzy szarością
naszych codziennych przebudzeń, pomiędzy coraz bardziej bolącymi
oczami.
Magiczna
kraina, magiczny zakątek przycupnięty prawie w samym górnym rogu
mapy... Nogi zatrzymają się same na przypomnienie całej
tutejszej historii, a ta przeszłość – z jej cieniami
oddechami - jest pochowana pod dnem jeziora, przemieszana z
piaskiem wzgórz, zaklęta w kamieniach. W wyobraźni zapalają się
ogniska Jadźwingów, zgrzytają zbroje rycerze idących pod
Grunwald, parskają konie i ujadają charty podczas królewskich
polowań na tury, kameduli budują swoje eremy opasując je murami
oporowymi... To wszystko wciąż jest, a my przyjezdni tylko oglądamy
tę panoramę przeszłości, zatrzymujemy w pamięci i
wspomnieniach, unieruchomiamy na taśmach filmowych i
fotograficznych kliszach, a potem odchodzimy nie zagaszając po
sobie ognisk. Jutro przyjdą tutaj inni i usiądą nad jeziorem, i
tak samo jak my teraz będą czekać na słońce.
W
oddali błysnęła na jeziorze słoneczna smuga, jakby dzisiaj słońce
nie nadchodziło od strony wzgórz, ale wyłaniało się z jeziora.
A z tym błyskiem pierwszego słonecznego zwiastuna raptownie budzi
się cała przyroda. Podnosi się ptasi rejwach i zaczyna się
koncert najlepszej orkiestry symfonicznej świata. A z tym
pierwszym światłem nachodzi do środka jakaś gorzka myśl, że
tego już nigdy się nie zobaczy, nie usłyszy, nie dotknie. I oczy
same, jak przerażone, zamykają się, żeby utrwalić tych parę
pierwszych taktów nowego dnia gdzieś pośrodku puszczy. Do tego
dołączają się te dwie linijki Gałczyńskiego, które od
pierwszych chwil po przyjeździe, przypomniały się
nieoczekiwanie: „Wczoraj szpilkę znalazłem w trzcinach
– od włosów. Czy to nie twoja?” Nad Wigrami wschodzi
słońce. Słońce wschodzi...
Aleksander
JUREWICZ
Posłuchaj,
A...
Jeśli nie każdy i nie większość, przypuszczam,
iż znalazłaby się spora liczba osób – przekonanych, że
istnieje nietypowa, niepowtarzalna, magiczna kraina, do której
warto i trzeba powracać. Wspominając ją zazwyczaj uciekamy się
do przeżyć z dzieciństwa. Czy jednak wystarczy umieścić ją w
geograficznej przestrzeni i odnaleźć na mapie? Jaki cel dziś
musielibyśmy sobie wyznaczyć, żeby dotrzeć w to samo, lecz już
nie takie samo miejsce? Jak wiele nadal zależy od tych oddechów
czy cieni, które wraz z nami, przed albo za nami ciągnęły się,
a teraz podążają w nieznanym kierunku?
Wigry – podobnie jak inne suwalskie jeziora, polodowcowe
wysepki czy dzikie ostępy – znam jedynie z ustnych i
pisarskich przekazów. Ale nie raz, w wyobraźni, wędrowałem po
Puszczy Augustowskiej, chodziłem jaćwieskimi ścieżkami, patrzyłem
na kadłuby wyłaniających się z ciemności łódek. Albo dosięgało
mnie milczenie rozległych, nieprzebytych lasów. Wówczas –
jak autor „Lasu umarłych” – nie mogłem pozbyć
się niepokojącej myśli, złego przeczucia, dojmującego smutku
– właśnie z powodu demonów, o jakich z przejęciem pisał
niemiecko-mazurski piewca małej ojczyzny.
Czy trzeba przypominać o mściwości, trywialności,
zacietrzewieniu, nienawiści i innych chorobach duszy, jakim tak łatwo
i tak często ulega wiele osób, a nawet narodów i społeczeństw?
Czy trzeba powracać do przeszłych, bolesnych wydarzeń, których
czas i tak nie wymaże z pamięci? One często przesłaniają nam
– już nie obraz przeszłości, lecz to, co widzimy, na co
patrzymy, czym sycimy swoje oczy i duszę.
Zapewne lepiej ode mnie poruszasz się w świecie powszedniej i
niepowszedniej mazurskiej codzienności, wśród kemowych i
morenowych wzgórz, pośród parskających koni i ujadających
chartów, również w puszczy, między kołyszącymi się na
wietrze sosnami, nad Czarną Hańczą, pod niebem, które potrafi
być i obce, i niepokojące, i groźne. Czymże jednak jest zagrożenie
płynące z góry, z powierzchni ziemi lub z najgłębszych,
niedostępnych czeluści – wobec tego, co może nas spotkać
i nierzadko spotyka ze strony ludzi?
Zamiast na prawdziwy, mniej lub bardziej odległy firmament spoglądam
teraz na całkiem inny – wymalowany ludzką ręką w Café
Universel. Pod największą, pięcioramienną, złotą gwiazdą i
buro-niebieskim sklepieniem śpiewa Milena. Przygotowuje się do
pierwszego w tym roku paryskiego występu. Fortepian i kontrabas
dostrajają się do jej nastroju, jej planów, jej nadziei i możliwości,
jej barwy i siły głosu. A mnie przez moment wydaje się, że to
nie tyle astralno-jazzowe rytmy, co podniebne wzloty i całkiem
przyziemne tęsknoty. Przez chwilę wirują nad jej głową: nie
tylko saksofon i korpus oderwanej, przyklejonej do sufitu nuty, nie
tylko pojedyncze, zapisane w gwiazdach imiona i nazwiska –
rozległa gama podziwianych, legendarnych, nietuzinkowych postaci
– lecz plejada tych, którzy tutaj się pojawili.
Jak pogodzić wymogi formy, cudze, pomieszczone w melodii i
zwrotkach piosenki słowa, z tym, co chciałyby ukryć oczy,
wyszeptać – serce, zasłonić – włosy, dosięgnąć
– dłonie, nie zdradzić – usta? Jeśli żywe pozostają
w czyjejś pamięci wspólne (lubuskie czy sztokholmskie, krymskie
czy wrocławskie, bieszczadzkie czy paryskie) i niewspólne
(mazurskie czy londyńskie) eskapady, czym są, czym powinny być
samotne i niesamotne chwile? Owe godziny albo minuty, w których
dotykamy gwiazd, wznosimy się w przestworza i z wysoka
przypatrujemy się obecnej sytuacji. Jeśli „miłość słucha
piosenki”, jeśli potrafi wyśpiewać, wypowiedzieć: radość
i żal, czułość i gniew, obawę i pewność; dlaczego też bywa
głucha, nieczuła, już nie ślepa, lecz wypalona, połamana jak
gałęzie czy grotmaszty i bomy po przejściu burzy? Dlaczego tak
doskwiera jej brak? Czym wytłumaczyć ów niedosyt, o którym niełatwo
pisać, trudno mówić, a z którym najtrudniej się pogodzić?
Wybierając się do Café Universel wstąpiłem do znajomego
antykwariusza nieopodal Panteonu. Dzięki Milenie, która zazwyczaj
jest bardzo bezpośrednia i nigdy nie boi się o wszystko wypytać,
pół roku temu dowiedziałem się, że Leon Aichelbaum pochodzi ze
Szczecina i że wyjechał stamtąd ponad pięćdziesiąt lat temu.
U niego odnalazłem niewielką, poszukiwaną od pewnego czasu książkę
– wspomnienie zmarłego trzydzieści lat temu aktora i
pisarza – a w niej fragment z jego „Papiers collés
I”.
Cała szlachetna czy też nieszlachetna walka, mniej lub bardziej
uzasadniony opór, wszystko – zastanawiałem się zagłębiając
w treści literackiego kolażu – co nas przybliża i zarazem
oddala od siebie i od celu, jaki sobie kiedyś wyznaczyliśmy, czyż
nie jest właśnie poszukiwaniem magicznej krainy? W rzeczywistości
istnieje ona raczej w naszej wyobraźni, a nie w dokładnie
oznaczonej przestrzeni. Czym zatem jest mitologia miasta,
metafizyka miejsca, mit wewnętrznej ojczyzny, cała literatura
miejsca i tożsamości, a nade wszystko potrzeba przywiązania,
rozrachunku z przeszłością, o której tak wiele pisano nie tylko
nad Odrą, Wisłą i Bugiem? Co wspólnego mają ze sobą: Wigry i
Café Universel, Georges Perros i Ernst Wiechert, spacer nad
jeziorem i paryski koncert, szpilka znaleziona w trzcinach i
porozumiewawczy uśmiech Mileny, gdy spostrzegła, że bacznie się
jej przyglądam? Co znaczy miniony dawno i obecny, równie
niespokojny, a może nazbyt spokojny czas? – zapytasz pewnie,
gdy będziesz czytał moje słowa.
Wszelkie pragnienia, różnorakie
doświadczenia, oczekiwane i nieoczekiwane spotkania, nasze
lektury, zapamiętane obrazy i krajobrazy – nie są to światy
wyobrażone, lecz żywe, niekiedy nazbyt realne. Istnieją nie
tylko w naszej duszy. I jeśli nie możemy liczyć na sprzyjające
okoliczności, odrobinę dobrej woli – od nas zależy, co z
tym zrobimy, jak wykorzystamy pierwszą nadarzającą się sposobność.
Kiedy wybierzemy Most Mirabeau albo jakiś inny... – M.
Paryż, 20 lutego 2008 roku
Cykl tekstów „Posłuchaj, M...” ukazywał się na łamach „Naszej
Rodziny” od maja 1995 do września 1999 roku. Trzydziesty ósmy i
zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym numerze „Recogito”,
zaś pierwszy tekst z serii „Posłuchaj, A...” ukazał się w
numerze 11-12 z 1999 roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma,
obecny został poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru
-10 (637) 1997, s. 29.
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2007)
Fot. Marek Wittbrot
|