Szkaplerze

Jak to było z aresztowaniem dziadka Bronisława? Kiedy widział się z żoną i dziećmi ostatni raz? Nacisnęłam zbyt lekko klawiaturę komputera i wyskoczyło: zona. Kto nie był w łagrze, nie wie, nie umie sobie wyobrazić przerażającego świata bez Dekalogu, gdzie ludzie służący obłąkańczej władzy żyją bez współczucia dla siebie i innych. Łatwo pisać, ale przeżyć, przestać w zimnie i ekskrementach całe noce za karę, że się nie chce przestać być Polakiem...
Nasz polski dom zabiera mnie z sobą w drogę, której nie chcę, ale nie zostawia mi wyboru. Bo nie istnieję bez niego. Bo uczyłam się pierwszych liter i słów z jego elementarza, z pochrapywania pieca i skrzypienia drewnianej podłogi. Nocą dom mruczy i przeciąga się jak metafizyczny kot na zapiecku świata, ogrzewa ciepłem, które dawno wyparowało z komina, a przecież jest, powraca i wciąż mnie pobudza do myślenia o sobie. Jesteśmy Polakami. Jesteśmy Polakami. Musimy trzymać się razem, nie wolno się rozdzielać. Babcia Waleria trzymała się tej myśli jak ostatecznego argumentu, by nie zapaść się w nicość.
Chciałabym ujrzeć dziadka Bronka zwyczajnie, nad rzeką, z wędką w ręku i papierosem przyklejonym do dolnej wargi, jak przygląda się zanurzonym w wodzie gałęziom przybrzeżnej wierzby, jak wygarnia je z nurtu i kładzie obok siebie na trawie. Przezroczyste powietrze lipcowego dnia drży potrącone skrzydłem przelatującej ważki. I on drży, gdy po opalonej skórze ramienia przemyka cień popołudnia.
Była połowa września 1939 roku. Starszy sierżant sztabowy Bronisław Gołacki zamknął żelazne drzwi swojego biura w Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Słonimie, opuścił budynek i ruszył w kierunku domu. Wtedy zastąpił mu drogę znajomy z sąsiedniej ulicy z czerwoną opaską na rękawie. To był robotnik Niewiarowski. To jeszcze nie była śmierć. Zapytał, czemu się nie ukrywa, czy nie wie, że bojówki wyłapują wojskowych i polskich urzędników, że nie ma żadnej władzy w mieście. Wziął go pod rękę i prawie siłą zaprowadził do swojego ogrodu, do schronu. Jest pan uczciwym człowiekiem, nic do pana nie mam, niech pan tu przeczeka kilka dni, a ja zawiadomię żonę, żeby przyniosła potrzebne rzeczy – powiedział i odszedł.
Wiedział zapewne więcej niż chciał powiedzieć. Po ulicach miasta krążyły od kilku tygodni bojówki, po czterech, pięciu z karabinami, z czerwonymi opaskami na rękawach. Babcia Waleria przyniosła wieczorem jedzenie i bieliznę, ale dziadek był niecierpliwy, odważny i nieufny – nie chciał się ukrywać. A gdy wyszedł na drugi dzień, za rogiem okrążyła go zbrojna grupa i został aresztowany. Miasto było już inne, niektórzy cieszyli się z wkroczenia Sowietów, pozostali pogrążeni w smutku próbowali przewidzieć, co ich czeka. Gdy dziadek wrócił z aresztu po trzech tygodniach, dzieci rozpoczęły naukę w szkole, a on czekał na wiadomości od łącznika, lecz nie było żadnych wieści. Od 1 października 1939 roku w szkołach Słonima władze sowieckie wprowadziły obowiązkowe lekcje języka białoruskiego dla Polaków. Tymczasem zjeżdżało coraz więcej radzieckiego wojska. Dywizja pancerna zajęła teren przy RKU, żołnierzy rozbili namioty, z materiału zagrabionego z magazynu szyli materace i wypychali słomą, palili ogniska, gotowali na kuchni polowej. Wartownicy stojący przy bramie liczyli dzieci Gołackich, gdy wychodziły i wracały ze szkoły. Już było wiadomo, że tu nie przyjdą inni gospodarze, że na pomoc nie ma co liczyć.
Babcia Waleria zaczęła pakować niezbędne rzeczy, był późny wieczór w połowie października, gdy do drzwi zapukali radzieccy czołgiści. Trzech w mundurach polowych weszło niepewnie do sieni, rozejrzeli się i szeptem poprosili gospodynię o „święte pamiątki”, tłumaczyli, że wkrótce wyruszają na front fiński. Pewnie słyszeli, jak babcia się modli, śpiewa religijne pieśni, więc odważyli się przyjść. Mama opowiada, że wtedy wszystkie dzieci stanęły ciasnym kręgiem wokół matki, bo taka była rodzinna umowa, że w razie aresztowania kogoś z rodziny czy przesłuchania będą się trzymać razem. Ta niezłomna zasada babci wpojona dzieciom pomogła im w wielu groźnych sytuacjach. Babcia znała język rosyjski, więc nie miała trudności w porozumiewaniu się. Zrozumiała, że chodzi żołnierzom o szkaplerze z wizerunkiem Matki Boskiej. Waleria i Bronisław Gołaccy trzymali w ozdobnym pudełku pamiątki przywiezione z pielgrzymek do uświęconych miejsc: do Ostrej Bramy, Częstochowy i pobliskich Żyrowic. Babcia posłała do pokoju najstarszą córkę Alinę, aby przyniosła religijne precjoza. Żołnierze sowieccy wybrali trzy podobne szkaplerze z wizerunkiem Madonny i zaczęli się zastanawiać, jak je ukryć. Babcia podała im łańcuszki, by zawiesili na szyi, ale oni dali znak, że nie wolno im tego zrobić i poprosili, żeby im je wszyła w klapy mundurów. Mama pamięta, jak stali wszyscy pięcioro zlęknieni przy matce, gdy usiadła przy stole w kuchni i wszywała poświęcone polskie szkaplerze w radzieckie mundury. Żołnierze stali przy wyjściu uroczyście, nie chcieli usiąść. Pewnie mieli do siebie zaufanie, bo przyszli we trzech, może pochodzili z jednej wsi czy miasta i znali się na tyle, że połączyła ich tajemnica sacrum. Babcia zamieniła z nimi kilka zdań. Obawiali się, że nie wrócą z fińskiego frontu. Jeden z nich był skrzypkiem Dzieci czuły, że to ważna, nietypowa sprawa i bez upominania nigdy nikomu nie zdradziły tej tajemnicy.
Zanim dywizja pancerna wyruszyła ze Słonima na fiński front, przyszło kilku z NKWD. Z daleka można ich było rozpoznać po niebieskich otokach na czapkach. Kazali się rodzinie natychmiast wynieść z domu. Gdy czołgi były już przygotowane do drogi, zapukał skrzypek, jeden z żołnierzy, którzy otrzymali szkaplerze i przez próg podał babci ze łzami w oczach kawał białego płótna, które pozostało po szyciu materaców. Babcia nie chciała przyjąć, ale nalegał – chciał się w ten sposób odwdzięczyć. Gdy odszedł, babcia długo modliła się za nich i płakała nad losem młodych ludzi na wojnie.
Przez wiele lat obiecywałam sobie, że opiszę dzieciństwo mojej matki. Pragnęłam powiedzieć: Mamo, wejdź do ogrodu, tu jest twój dom, który mi opowiedziałaś. Być może zabrakło mi odwagi, by stanąć w ciemnościach u drzwi, przez które moja matka została wygnana w żal, w nostalgię, w nieustający smutek rozstania z ojcem i krainą szczęśliwego dzieciństwa, z sadem, który ogarniał dzieci bezpiecznie jak raj. Powstawały krótkie liryki, ułamki wspomnień, urywki zapamiętanych zdań, ale opowieść nie powstawała. Umykał czas na zamyślenia. Wśród codziennych obowiązków i rozczarowań nie mógł sobie utorować drogi cień przedwojennego domostwa. Napisałam o mojej Mamie wiele wierszy, ale w poezji jest niewiele miejsca na konkrety – nastrój i symboliczne odwołania to za mało, by opisać utracony dom. Opowiedzieć dom to tak jakby zapaść się z nim w nieobecność na długi czas, pozwolić się razem unicestwić z wszystkimi utraconymi sprzętami, fotografiami na ścianach, oddechem osób, zapachem pasty do podłóg i dzwonkiem na ganku. Oddać mu swój język to wykrzyczeć jego ból, katastrofę, koniec świata aż do zatraty siebie, do zaprzeczenia sobie – bez niego. Jednak pamięć o losach rodziny układała się warstwami jak żyzna gleba, by po latach mogła na niej wyrosnąć jabłoń naszej zbiorowej pamięci.
Dom w Słonimie na ziemi nowogródzkiej, w którym dorastała moja matka Zofia, został postawiony niedaleko dworca kolejowego przez Wojsko Polskie po wojnie polsko-bolszewickiej, a więc po 1920 roku; przeznaczony był na mieszkanie dla rodziny wojskowego. Mama była wtedy siedmioletnią Zosią, gdy rodzice przeprowadzili się do jednorodzinnego zabudowania przy ul. Piłsudskiego latem 1935 roku. Był to dom parterowy z cegły, kryty blachą, ze strychem, bez podpiwniczenia, mający około 150 metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej. Od strony ulicy wchodziło się po kilku stopniach na drewniany ganek, następnie do sieni i przedpokoju, z którego prowadziły schody na strych. Gołaccy spłacali raty za dom, jednak nie zachowały się żadne dokumenty, a Mama nie pamięta, czy był to tylko czynsz, czy spłata własności. Być może domy w pobliżu garnizonu należały do wojska? Przedtem, przez kilka lat, tak jak inne rodziny żołnierzy zawodowych, egzystowali w mieszkaniach urządzonych w baraku nieopodal koszar przystosowanym do celów mieszkalnych. Miasto podczas wieloletnich działań wojennych, najpierw niemieckich, później radzieckich, zostało w dużej części zniszczone. W roku 1921, gdy mój dziadek Bronisław Gołacki, ojciec matki, rozpoczynał pracę pisarza w Powiatowej Komendzie Uzupełnień (przemianowaną wkrótce na Rejonową Komendę Uzupełnień) pozostało w Słonimie 13 tysięcy ludności, czyli zaledwie połowa dawnego miasta. A jednak życie tu toczyło się barwnie i spokojnie nad rzeką Szczarą, lewym dopływem Niemna, tuż poniżej miejsca, gdzie łączy się ona z Issą. Przedwojenny Słonim to miasto mostów, kościołów i przestronnych bulwarów z orkiestrą i kawiarenkami w wakacje, a w zimie z lodowiskiem oświetlonym lampionami. Źródła podają dwie równoprawne odmiany nazwy miasta – Słonim, Słonimia, w Słonimiu (A. Dyczkowski, Słonim. Historia i kultura, "Gryf", Warszawa 1992) oraz Słonim, Słonima, w Słonimie (T. Sosiński, Ziemia nowogródzka, Drukarnia Wojciech Lewiński, Warszawa 2001). Mama w swoich opowieściach używa tej drugiej wersji, być może upowszechnionej w języku potocznym.
Nie ma powrotu do spopielonego domu, ale pamięć nie pozwala zaprzestać zaglądania przez okno, przymierzania się do wejścia przez drzwi kuchenne, siadania na kominie, błądzenia w ogrodzie ukołysanym lipcowym wiatrem. Ziemia nowogródzka to Mickiewiczowskie źródło, środek polskości. Tam nawet kilkuletni osadnicy czuli się od razu zakorzenieni w polską tradycję gościnności, sąsiedzkiej współpracy i zrozumienia innych. Dom Gołackich w Słonimie przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 40 otoczony był obszernym ogrodem – z drzewami owocowymi, aleją leszczynową, klombami kwiatów. Na skraju sadu, przeciwległym do ulicy, pobudowano duże domostwo bliźniacze dla pracowników garnizonu, czyli 79. Pułku Piechoty stacjonującego nieopodal. Sąsiadowali więc z sobą: rodzina majora Władysława Orzeszki – komendanta Rejonowej Komendy Uzupełnień, kapitana Jana Winiarza – jego zastępcy oraz starszego sierżanta sztabowego Bronisława Gołackiego – referenta zatrudnionego na etacie oficerskim. Dzieci bawiły się razem zrywając orzechy, panie urządzały wspólne podwieczorki. Garnizon Słonim pełnił ważną rolę na dawnym szlaku napoleońskim i kresach II Rzeczypospolitej.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia – poetka, eseistka, animatorka kultury; autorka książek poetyckich: „Wieczna rzeka”, „Przed pamięcią”, „Skażona biel”, „Wątpiąc, idę” oraz projektów literacko-edukacyjnych. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Poznaniu.

49-2-1.jpg (47652 Byte)


Na zdjęciu:

Kościół
Św. Trójcy
(Słonim
przed wojną)



Fot. Archiwum "TT"

© Recogito, Rafaliga