Autostradą do… Lwowa

Na wiosnę 2007 roku Michel Platini wyjął z koperty jedną kartę z nazwą dwu krajów, ogłaszając tym samym wiadomość, kto będzie gospodarzem mistrzostw Europy w piłce nożnej w roku 2012. Te kraje to Polska i Ukraina, od wieków nie tyle sąsiadujące, co raczej „skazane” na siebie przez Opatrzność. Obydwie nacje mają ogromnie wysokie mniemanie o sobie, zwłaszcza, gdy myślą o sąsiedzie, przy czym Ukraińcy, obok mniej czy bardziej uzasadnionej dumy, posiadają także pewien odcień kompleksu; przynajmniej ci z Galicji, czy zachodniego Wołynia. Nawet w źródłosłowie nazwy swego państwa mają wpisane, że nigdy nie byli w centrum, a zawsze „u kraja”. Rosjanie twierdzili, że „u kraja” Rosji, my, że na naszym skraju.
Tymczasem, gdy w X wieku zachodnia Europa po kilkuwiekowym zamęcie spowodowanym najazdem ludów azjatyckich zwanych barbarzyńcami i po upadku Rzymu ledwie podnosiła się z upadku, na wschodzie rozrastało się i kwitło potężne państwo, sięgające od kijowszczyzny w kierunku północnym i wschodnim aż po dzisiejszy Petersburg. Ruś, zwana potem „świętą”, znosiła się z Bizancjum jak równy z równym, w wielu konfliktach zbrojnych będąc zawsze stroną inicjatywną. Państwo Mieszka na jej tle prezentowało się nader mizernie, z czasem dopiero zyskując na znaczeniu. Pierwszy poważny kontakt z „Lachami” nawiązany został w 981 roku, gdy Włodzimierz Wielki w dziele wchłaniania plemion wschodniosłowiańskich, leżących na zachód od Kijowa, zaczepił o ziemie Lędzian mieszkających na późniejszej Rusi Czerwonej, zajmując ich grody, między innymi Czerwień i Przemyśl. Atoli nasi praojcowie musieli uważać te ziemie za swoje wiano, skoro w 1018 roku chrobry Bolesław przyłączył je do swego państwa, niczego nad to nie tykając. Wracał wtedy z Kijowa, gdzie na krótką chwilę przywrócił do władzy swego zięcia Swiatopełka. Konflikty bowiem, choćby i zbrojne, wcale nie przeszkadzały wieść życia typowo „sąsiedzkiego”, ożenku własnych dzieci nie wyłączając.
Kazimierz Odnowiciel ożeni się potem jeszcze z Dobronegą, córką Jarosława Mądrego, który znowu na długie 300 lat Grody Czerwieńskie nam podebrał i dokładnie wraz ze swoimi następcami zruszczył. Ciekawa rzecz przy okazji – z racji ślubu „rzymskiego” monarchy z „bizantyjską” kniaziówną nie potrzebowali oboje kościelnej dyspensy jak to przy ślubie katolika z prawosławną. Znaczyć to może tylko jedno: na tym kawałku globu ziemskiego nikt wtedy nie miał pojęcia o jakiejś schizmie, albo przynajmniej nie traktował jej serio. Kiedy Kazimierz Wielki przyłączy je z powrotem do swego państwa, to bynajmniej nie z powodów „rewizjonistycznych”, ale dlatego, że stały się one jego dziedzictwem po młodym Trojdenowiczu z Mazowsza, siostrzeńcu Lwa i Andrzeja, ostatnich prawych kandydatów do tronu na Czerwonej Rusi (przy tym siostrzeńcach Władysława Łokietka), otrutych przez bojarów. Jerzy Bolesław Trojdenowicz był z kolei siostrzeńcem właśnie Kazimierza a wnukiem litewskiego Gedymina. Został otruty przez bojarów nie doczekawszy się odsieczy wuja, który spóźnił się o kilka dni. Kazimierz jako prawny spadkobierca przejął te ziemie przy milczącej, acz niechętnej zgodzie Litwy i Węgier. To przez to, że rywalizowaliśmy z naszymi małymi dziś sojusznikami na ziemi Lędzian nasze imię u obu nacji zaczyna się na „L”. Już ta krótka układanka rodzinnych koligacji u samego początku ukazuje nam, jak skomplikowana sytuacja panowała na styku obu kształtujących się nacji. Polska od czasu Kazimierza rosła w potęgę, Ruś podzielona przez wewnętrzne waśnie dostała się w ręce Tatarów i wojowniczych Litwinów, którzy język ruski wzięli za swój urzędowy. Nam po aktywności dzielnych sojuszników pozostał dziś jedynie Lubartów, im tylko wspomnienia. Jadwiga ostatecznie przyłączyła Ruś Czerwoną do Korony, likwidując nadaną przez Kazimierza autonomię. Uczyniła to w czasie triumfalnej wizyty tamże, wypraszając stamtąd przy okazji węgierskie garnizony. Ogromne połacie Rusi przypadną Koronie dopiero królewską decyzją w dosyć dramatycznych okolicznościach przy zawieraniu nowej unii polsko-litewskiej w Lublinie w 1569 roku, kiedy to Zygmunt August na żądanie sejmu odbierając Litwie zawojowane przez nią ziemie ruskie, próbował zmusić (skutecznie) posłów litewskich do powrotu do stołu obrad. To od tego momentu król polski był także wielkim księciem litewskim, ruskim, pruskim, mazowieckim, żmudzkim, kijowskim, wołyńskim, podlaskim i inflanckim. Następstwem tego będzie potem magnacka ekspansja i narodzenie się „królewiąt” utożsamianych, słusznie czy nie, z Rzeczpospolitą. Tam narodzi się powiedzenie „Polaki-pany” i zbitka „Polak-katolik”. I tam również dojdzie pod wpływem coraz atrakcyjniejszej kultury polskiej do naturalnej polonizacji wielkich rodów bojarskich. Sanguszkowie, Wiśniowieccy, Lubomirscy, Czetwertyńscy czy Czartoryscy – mało kto pamięta dziś o ich ruskich korzeniach. Ruś, podbita trochę na własne życzenie przez sąsiadów, straciła na setki lat własną państwowość, nie licząc jej północno-wschodniej odnogi, która czasem podniosła się z kolan. To Ruś moskiewska, z grecka zwana Rossiją. Do niej właśnie zwróci się po wielu różnych nieudanych przedsięwzięciach Chmielnicki i odda jej, jak się potem okaże, za bezcen całą Ukrainę zadnieprzańską. Nie było państwa ruskiego, ale żyła kultura, umacniały się nacjonalne więzi, spajane prawosławnym wyznaniem odróżniającym od różnie zachowujących się „panów”. Żywioł polski niósł na wschód cywilizację i kulturę, oczywiście zachodnią, umacniał się i krzepł, ale rodził też i to, co każdy obcy żywioł: niechęć. Polak zawsze, niezależnie od intencji i czynów, choćby najchwalebniejszych, był „panem”.  Nie czas i miejsce na rozpisywanie się nad historycznymi uwarunkowaniami, bo powstałaby nowa książka. Warto jedynie zauważyć te niektóre niuanse, by nieco zdać sobie sprawę, jak wielkie i czasami może nieuświadomione przez nas uprzedzenia noszą w genach nasi wschodni sąsiedzi, czy jak kto woli, pobratymcy.
Ruś Czerwona skolonizowana na powrót przez Lachów i ludność żydowską, przynajmniej jeśli idzie o miasta, stanie się z czasem kością niezgody. Pisałem chyba swego czasu w „Recogito” o problemie, któremu na imię „Lwów”. Miasto założone przez kniazia, a potem przez parę lat króla, Daniela w czasach po Jarosławie ruskim a przed Kazimierzem polskim, a przecież typowo polskie poprzez swoją architekturę, dzieła nauki i kultury, mimo, a może z racji swego międzynarodowego charakteru. Dla ukraińskiej strony to z kolei miasto kniazia Danyły i Lwa, ośrodek odrodzonej w XVIII i XIX wiekach świadomości narodowej. O ile utrata Lwowa stała się dla Polaków szokiem, o tyle dla nich była aktem dziejowej sprawiedliwości. Dużo jak widać owych „dyferencji”.
Z drugiej strony warto zauważyć, że tak jak daleko sięgała Rzeczpospolita, tak daleko sięga jako tako rozwinięta ich świadomość narodowa i jakiś zmysł religijny. Pomimo tego, że w Polsce, również przedwojennej, było im – jak twierdzą – nienajlepiej, „jak to w niewoli”, to przecież nieporównanie lepiej niż w Sowietach. Mieli swoich posłów w Sejmie i szkolnictwo i spółdzielczość. I ominął ich głód, ów straszny stalinowski „hołodomor”. Co oczywiście nie przeszkadza nam pamiętać o grzechach II Rzeczypospolitej, marzącej o przywróceniu dawnego „gens Ruthenus, natione Polonus”. Zresztą po roku 1920, gdy niepodległość była w zasięgu ręki i nie potrafili jej wziąć, nie mieli wielkiego wyboru. Alternatywą była „pańska Polszcza”, albo państwo Josifa Wissarionowicza. Nietrudno więc wczuć się w ich frustracje. Potem przyszły jeszcze rzezie wołyńskie, mocno dziś ze świadomości ukraińskiej wypierane. Kiedy słuchałem opowieści ludzi, włos mi się jeżył na głowie, cóż więc powiedzieć o tych którzy przeżyli to na własnej skórze. Bestialstwo niewyobrażalne: nabijane na sztachety dzieci, obrzucane granatami niedzielne sumy, ludzie żywcem przepiłowani. Dziś władze Warszawy mają opory przed wydaniem zgody na lokalizacje pomnika ofiar, choć we Lwowie staje ogromny pomnik Bandery. Znowu chcemy być „dobrzy”. Niepotrzebnie.
Ukraina podniosła się po kilkuset latach niewoli. Polska jako pierwsza uznała jej niepodległość. W rozmowach z Ukraińcami często wypominałem im, że wybrali niewłaściwą nazwę państwa. To przecież Kijów jest kolebką państwowości i dostojniej byłoby być Rusią i odebrać Moskwie to, co sobie przywłaszczyła: prawo do „rukowodstwa” we wschodniej słowiańszczyźnie; przynajmniej od strony werbalnej byliby górą. Po kilkunastu latach kraj okrzepł już jako tako, przynajmniej w sferze mentalnej i „wie”, że jest niezależnym państwem i jest z tego nawet dumny. Niestety, trudna historia kładzie się cieniem na teraźniejszości i pewnie jeszcze na długiej przyszłości. Czasy sowieckie dopełniły swego.
Kraj jest zrujnowany nie tylko ekonomicznie, ale nade wszystko moralnie. Ogromne problemy: bezrobocie, przerastająca wyobraźnię korupcja, przenikające państwo struktury mafijne, ogromne kontrasty społeczne i brak perspektyw, ale z drugiej strony i determinacja, która każe wierzyć, że da się to jakoś przeżyć i przezwyciężyć. Ukraińcy to ludzie cierpliwi, wbrew pozorom pracowici i niezwykle gościnni, ale też dumni i trochę zarozumiali, przynajmniej niektórzy; zresztą inni są na zachodzie kraju, jeszcze inni w centrum, a zupełnie inni na południu i wschodzie. W Odessie, gdzie na co dzień używa się rosyjskiego, mało kto przyznaje się do ukraińskości, to samo na Krymie, różnie też jest z tym na rosyjsko-języcznym Zadnieprzu. Generalnie jednak istnieje już coś takiego, jak ukraińska świadomość państwowa i narodowa. Teraz pozostaje jeszcze „tylko” dogonić Europę.
Czy wspólne „Euro 2012”, z inicjatywą, którego zresztą oni wystąpili, zmieni coś we wzajemnych relacjach? Co pozostanie oprócz nowych przejść granicznych, stadionów i autostrad? Myślę, że już coś się zmieniło. Zaczynamy się traktować normalnie. Normalnie na siebie patrzeć, normalnie rozmawiać. Wiele pomógł tu wieloletni handel przygraniczny i „wspólnota szmuglowania”, wzajemne odwiedziny, wyjście Polaków z „podziemia” na Ukrainie. Pozostały nierozwiązane problemy, choćby w samym Lwowie, gdzie w traktowaniu mniejszości polskiej (katolickiej) daleko jeszcze do standardów europejskich, są problemy i wokół Lwowa, jest brak uznania zbrodni na Wołyniu i w Galicji za zbrodnię. Rozumiem trudności natury psychologicznej i myślę, że w tej kwestii potrzebny jest spory upływ czasu, póki jednak będzie się po tamtej stronie mówiło jedynie o „incydentach”, a po naszej chowało głowę w piasek, jak to ekipy rządzące wszystkie po kolei czynią, do głosu ciągle będą dochodzić ekstremizmy, tak u nas jak i u nich, choć bardziej u nich niż u nas. Władze Rzeczypospolitej powinny też wykazywać więcej roztropności w angażowaniu się w wewnętrzne sprawy sąsiada: poparciem tak zwanej „pomarańczowej rewolucji”, która w końcu okazała się wielkim niewypałem, nic nie zyskaliśmy u „pomarańczowych”, a straciliśmy sympatię na wschodzie kraju, pomimo tego, że ciągle funkcjonujemy w świadomości w wielu kręgach jako ambasador sprawy ukraińskiej w Europie. Przyniosła tu swoje skutki zupełna nieznajomość Ukrainy i jej problemów, jak też historycznych uwarunkowań u naszych polityków. Zresztą ciekawym zjawiskiem jest, co też jest warte zastanowienia, że o wiele łatwiej po tamtej stronie układać się ze stronnictwami lewicowymi. Idealnym przykładem jest tu Litwa, gdzie rządząca prawica w mieszkających tam Polakach chciała widzieć jedynie spolonizowanych Litwinów, przy bierności Warszawy i nie najchwalebniejszym zachowaniu niektórych ambasadorów Rzeczypospolitej. Podobnie na Ukrainie łatwiej rozmawiać o „sprawie wołyńskiej” z Janukowyczem niż z hołubiącym banderowców Juszczenką. Może dlatego, że dla „wschodnich” Ukraińców ci z zachodniej to ciągle „bendery”, a dla tych z  zachodu ci wschodni to tylko nic nie rozumiejące „kacapy”. To dzięki Partii Regionów UPA do dziś nie ma uprawnień kombatanckich. Powie ktoś, że nie cała UPA była zła. Możliwe. Ta formacja miała za cel wywalczenie niepodległości dla kraju, szkoda tylko, że oparła się na ideologii skrajnego nacjonalizmu. Zresztą UPA to ledwie kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i trudno utożsamiać ją nawet z samą tylko Galicją czy Wołyniem, tym bardziej, że nie należały do rzadkości przypadki ratowania Polaków przez Ukraińców, z narażeniem życia nie tylko swego, ale i całej rodziny.
Mam nadzieję, że mistrzostwa przyniosą jednak przyspieszone dojrzewanie obu narodów ku sobie. Myślę, że pojednanie na wzór francusko-niemiecki w dalszej perspektywie jest możliwe, że zniknie u nas stereotyp Ukraińca-kozaka z nożem w zębach i Ukraińca-banderowca, a oni z kolei przestaną uczyć w szkołach o Polakach-wiecznych okupantach i zauważą kiedyś, że spośród wszystkich okupantów, jeśli już takiego określenia użyć, wcale nie byliśmy najgorsi i że to na „polskich” terenach przetrwała w najczystszej postaci ich kultura i świadomość narodowa. Mam nadzieję dożyć jeszcze czasu, kiedy z Przemyśla będzie się jeździć na kawę do Lwowa i odwrotnie, a młode pokolenia z obydwu stron dziwić się będą, jak to możliwe, że mogło być inaczej.
Jest tylko jeden problem. Ma na imię Rosja. Jeśli Zachód znowu i nadal będzie naiwny, ślepy i głupi, pewnego dnia obudzi się z ręką w nocniku. I znowu ze szkodą dla nas. Bo jeśli cokolwiek zmienia się na dobre w Polsce czy na Ukrainie, o tyle w Rosji nie zmienia się nic, mamy tam raczej do czynienia „kontrolowanym dryfem” ku samodzierżawiu i kolejnej fali ekspansjonizmu, niekoniecznie militarnego, choć i ten w dalszej perspektywie nie jest wykluczony. Kto tego nie widzi, nie zna Rosji. „Rura bałtycka” wcale nie jest tak niegroźna jak próbuje się to przedstawiać i zapewnienia niemieckich polityków są funta kłaków warte. Historia nie stanęła w miejscu i Putin o tym wie. Zachód za to udaje, że nie wie, o co chodzi. A jeśli rzeczywiście nie wie, to ratuj się kto może!
Póki co zachodniacy miło mnie swoim wyborem zaskoczyli. Bo nikt chyba nie wierzy, że z wszystkich kandydatów pretendujących do organizacji imprezy, akurat Polska i Ukraina spełniały optymalne warunki. Po tych mistrzostwach, bez względu na ich wynik, Ukraina będzie bardziej europejska, a Zachód przekona się naocznie, że rzeczywiście na wschód od Odry jeszcze „coś” jest.

Franciszek GOMUŁCZAK SAC

Ks. Franciszek Gomułczak. Urodził się w 1957 roku w Dobkowicach koło Przemyśla. Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie koło Warszawy i Katolicki Uniwersytet Lubelski. Studiował teologię i historię. Pełnił urząd mistrza nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich, pracował na parafiach w Sarnach i Żytomierzu. Przez ostatnie cztery lata był ojcem duchownym i wykładowcą Wyższego Seminarium Duchownego we Lwowie. Obecnie mieszka w Lublinie.

49-2-1-1.jpg (26686 Byte)


Na zdjęciu:

Autor tekstu
(Toruń, 2006)


Fot. Michael Wittbrot

© Recogito, Rafaliga