Błogosławieni...
Błogosławieni
cisi, skromni, pokorni...? Niby dobrze wiemy i rozumiemy, co owe słowa
oznaczają. A przecież właśnie takich ludzi – nie wynoszących
się ponad innych, nie rozpychających się łokciami, nie posługujących
się podejrzanymi metodami – często uznaje się za głupich,
nazbyt naiwnych, a nawet śmiesznych. Liczy się przecież siła
przebicia, nierzadko przebiegłość i wyrachowanie, niekiedy
cynizm, zimna krew, brak skrupułów i bezwzględność. Jak zatem
wprowadzać w życie niebywale trudne, niekiedy wręcz heroiczne
wymagania?
Czy rzeczywiście Bóg „pysznym się sprzeciwia”,
przewrotnych demaskuje, obłudnych zawstydza, nienawistnych nie
dopuszcza do głosu, nieprawych pozbawia groźnego, śmiercionośnego
oręża? Niekiedy problem staje się bardzo dramatyczny. Gdzie był
Bóg, gdy ginęli niewinni, gdy unicestwiano całe narody i grupy
społeczne? Jak mówić o Bożej opatrzności po Auschwitz, po
Workucie, po zbiorowych mordach w Kambodży, w Rwandzie czy w byłej
Jugosławii?
Zwykłe rachuby i ludzkie kalkulacje tutaj okazują się zawodne. A
ludzki rozum, a tym bardziej serce, nie jest w stanie wytłumaczyć
tego, co w XX wieku przekroczyło wszelkie wyobrażenia. Nikt, kto
doświadczył podobnych rzeczy, kto przeżył zagładę czy ludzkie
okrucieństwo, nie będzie twierdził, że to sztuczne dylematy.
Nieraz – patrząc z doczesnej perspektywy – brakuje
odpowiedniej miary. Często nie jesteśmy w stanie sobie wytłumaczyć,
a tym bardziej udzielić wyczerpującej odpowiedzi innym, skąd
bierze się tyle zła, dlaczego – jak czasem słyszymy
– Bóg dopuszcza do tego, że pycha triumfuje, sprawiedliwy
ginie, a z Bożym prawem nikt się nie liczy.
Na płaszczyźnie egzystencjalnej niełatwo o jednoznaczne, w pełni
wszystkich satysfakcjonujące rozstrzygnięcia. Trzeba jednak pamiętać
– jeśli dotykamy porządku wiary – iż Bóg jest w
stanie odmienić serca, przywrócić właściwe proporcje, sprawić,
że „złe duchy” nie będą miały do nas przystępu,
że będziemy mogli, bez zgubnych dla nas konsekwencji, „brać
do rąk” węże a do ust zatrute napoje czy pokarmy. I będziemy
w stanie przemawiać do siebie zupełnie innym językiem niż język
nienawiści czy konfrontacji. Będziemy gotowi uwzględnić różne
racje, wrażliwości i potrzeby. Jesteśmy bowiem zdolni do wielu
niezwykłych rzeczy – jeśli naprawdę z wiary żyjemy i wiarą
się kierujemy.
Relacje międzyludzkie i mechanizmy społeczne są jak
skomplikowana maszyneria. Otrzymując różne narzędzia, sami
decydujemy, jak zostaną one użyte i jaki pożytek, czy szkoda
albo też jakaś krzywda z tego wyniknie. Cena ludzkiej wolności
zdaje się nieraz nazbyt wysoka, ale bez wolności a zarazem
„wzajemnego przyobleczenia się w pokorę” –
inaczej mówiąc – bez miłości, bez najgłębszego jej
wymiaru, nie byłoby możliwe ocalenie Niniwy, poświęcenie Joanny
d’Arc, zwycięstwo nad sobą Tomasza Morusa, postawa
Dietricha Bonhoeffera, wybór Etty Hilesum, ofiara ks. Jerzego
Popiełuszki, czy wszystko to, czego za przyczyną Sługi Bożego
Jana Pawła II dokonał w minionym stuleciu Pan Bóg.
„Nie ma człowieka, który by nie kochał, lecz wolno spytać,
co kocha? Nie każe się nam porzucać miłości, ale wybrać
przedmiot naszej miłości. Lecz cóż możemy wybrać, jeśli nie
zostaliśmy wybrani?” – mówił w jednym ze swoich kazań
Augustyn z Hippony. Wiedział, skąd się biorą ludzkie żądze i
złe namiętności. Ale wiedział też, skąd się bierze skromność,
pokora – i miłość, która nawet krzyża się nie wyrzeka,
która potrafi przezwyciężyć ludzką zawiść, cudzą zazdrość,
a nawet własną słabość. Gdybyśmy przez Boga nie zostali
wybrani, skazani bylibyśmy na porażkę. Dzięki Niemu zaś, a
niekiedy i dzięki tym, którzy okazali nam wiele miłości, nie
jesteśmy skazani na rozpacz, rezygnację, bezsens, jałowe
trwanie, a tym bardziej na to, czego źródłem są zazwyczaj nasze
kompleksy, czyli na pychę, chciwość, nieumiarkowanie, gniew czy
nienawiść.
25-04-2007
Marek WITTBROT
Marek Wittbrot - w latach 1991-1999 prowadził "Naszą Rodzinę",
obecnie zaś jest redaktorem "Recogito".
|

Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Rzym, 2007)
Fot. Michael Wittbrot
|