„Plus ultra” dla nadziei, czyli o duchu hiszpańskości

Dawniej znajdował się w samej Finisterze, gdzie kończyli swój szlak pielgrzymi z Camino de Santiago. Miał za zadanie informować, że w tym miejscu kończy się świat. Dalej nie ma już nic – „non plus ultra”. Dla mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego był to powód do nietuzinkowej dumy. Z jednej strony, to właśnie Santiago, czyli Apostoł Jakub dotarł na „krańce świata”, by wypełnić zadanie postawione w Dziejach Apostolskich, a z drugiej znajdowanie się na granicy „światów” inspirowało, by nie rzecz prowokowało, niejeden umysł, który rwał się do pokonania „tego, co dalej”. Do przekraczania granic, by nie zatrzymać się na tym, co zastane. By stawać się sobą przez... „przekraczanie siebie” i otaczający świat.
Wydarzenia końca XV wieku, z Krzysztofem Kolumbem w roli głównej, zmusiły do naturalnej skądinąd rewizji z dumą wypisanego hasła. Okazało się bowiem, że dalej coś jednak jest! „Plus ultra!”. To właśnie te słowa, w pewien sposób określające ducha Hiszpanów, stały się częścią rodowego herbu dynastii Burbonów, która do dnia dzisiejszego panuje w tym kraju. To niejako wspólny mianownik tego, co dziś określamy jako duch hiszpańskości.
Nie jest to naród, który miał swojego Kanta czy Nietzschego, ale mają swojego Cervantesa, Velazqueza czy Teresę Wielką. Mają związane dogłębnie z owym „plus ultra”, serca kichotańskie, nie ulegające nieubłagalności przeznaczenia. To serce, które w zderzeniu z rzeczywistością nie wyzbywa się ideału, nie zadowala się małym sukcesem, by naprawić wielki upadek. Już krótka refleksja nad historią Hiszpanii w kontekście kultury europejskiej, choć jeszcze do niedawna niezwykle rzadka, skoro Ortega y Gasset mówił o „tybetyzacji Hiszpanii”, zaskakuje jednak swoją oryginalnością i nieustannie odsłania nowe horyzonty.
Ciekawe, że aż do dnia dzisiejszego można zauważyć ślady swoistej nostalgii za Hiszpanią: tak jak dawniej jeszcze rzymską i wizygocką, potem chrześcijańską. Owa tęsknota przyczyniła się do stworzenia swoistej odmiany konkwisty, początkowo militarnej, a potem - sublimowanej przez wieki - duchowej, odczuwanej dziś na wszystkich kontynentach: nie da się przecież zrozumieć Ameryki bez Hiszpanii, ale – co bardziej istotne – również odwrotnie. Ameryka jak mówi Harold Raley w swej ostatniej książce „O duchu Hiszpanii”, nie tyle została odkryta, co wymyślona: nie chodzi przecież o jej geograficzne nakreślenie, ale włączenie w krwioobieg kultury europejskiej. Przywrócić utraconą Hiszpanię, tę której dziejowa misja oznaczała znajdowanie się na styku kultur, to wyzwanie dla dziś.
Plus ultra”. Myślę, że graniczność zdaje się doskonale opisywać Hiszpanów i jest pewnie poniekąd ich istotnym wkładem antropologicznym: wychodząca z doświadczenia ogólnoludzkiego „graniczność” była w historii czynnikiem twórczym. Wzniecała pasje. Pasję wiary, którą można streścić w jednym określeniu: być chrześcijaninem za wszelką cenę. W morzu dominującej kultury islamskiej czy żydowskiej w dawnych epokach, podczas rozszalałych w Europie burz rewolucji, zaślepienia ciekawostkami...być wiernym. Na styku kultur, w którym żyła Iberia przez wieki, nie zagasić pasji bycia sobą, smakowania swego dziedzictwa. Nie zadowalała ich zwykła koegzystencja, nie stali się niewolnikami rzeczywistości. Hiszpania rodzi się jako ideał, który nie ma prawie nadziei na zrealizowanie się. Ideał, który potrzebuje przeświadczenia o „plus ultra” dla nadziei.
Wspomniany wcześniej filozof Ortega y Gasset, którego piętno intelektualne jest dostrzegalne aż po nasze dni, zwykł pytać: „Mój Boże, co to jest Hiszpania?”. Kultura tego kraju, który podejmuje próbę reformy statutów poszczególnych regionów autonomicznych, odczuwa z każdym dniem coraz bardziej ciężar tego pytania – pytania o tożsamość narodu odkrywców. 
Na tym planie zdają się pojawiać wielkie i małe odpowiedzi, a historyczna „substancja”, do której adwersarze powracają niemal w każdej dyskusji, zdaje się być w tej refleksji kluczowa. Kto jest Hiszpanem, jeśli każdy mówi o sobie, że jest Katalończykiem, Baskiem, Navaryjczykiem czy Andaluzyjczykiem? Czy Hiszpania jest produktem dominacji Kastylii, która stwarzając Hiszpanię sama została przez nią „wchłonięta”? Natłok takich pytań prowadzi często do polaryzacji stanowisk i swoistej „walki na noże” prowadzonej w dodatku – wyobraźmy to sobie – jakby w ciemności, w której szczególnie łatwo o zawężenie perspektywy spojrzenia na swoje „dziś”. I na krwawiące rany...
Padające w dyskusji terminy „naród” czy „tożsamość” pobudzają jednak do ciekawych refleksji nad tym kim się jest tak naprawdę. A tu nie wystarczy przekazać zgrabnej definicji, balansującej pomiędzy gustami jednych i wymaganiami drugich; podręcznikowo poprawnej i otwartej na dalsze polemiki; satysfakcjonującej ‘Rejtanów’ hiszpańskości i ‘Cydów’ swych małych ojczyzn. Kryzysy obu rodzaju ojczyzn, którymi nota bene żyje nie tylko Hiszpania, zachęcają do przemyślenia, w oparciu o ‘pamięć narodu’, jego własnego dziedzictwa. To doświadczenie zbawienne i wymagające pod względem intelektualnym.
Chodzi zatem o kwestie poczucia narodowego i patriotyzmu, który w przypadku mieszkańców „Półwyspu”, jak o sobie mówią, pozostaje głęboko zakorzeniony w tradycji chrześcijańskiej. Związany był z obroną wiary przed zawieruchami historii oraz obroną ideału pan-chrześcijańskiej Europy, w którym to projekcie Hiszpania chciała odegrać znaczącą rolę ze względu na sąsiedztwo i konieczność „konkwisty”. Może dlatego, nieco „rozczarowana” dzielącym się chrześcijaństwem od czasów Lutra, znika ze sceny historii, snując plany swojego „jutra”, naznaczonego „plus ultra” odnalezionym w Amerykach...
Jednak duch hiszpańskości, przy całej skomplikowanej genealogii, jest żywy. Nie tylko w nieśmiertelnym piórze Cervantesa. Nie tylko w języku wielkich teologów Kościoła. Nie tylko w wielkich projektach i trudzie duchowych konkwist, walczących dziś z wszelkiego rodzaju obłudą i hipokryzją, tak znienawidzonych przez mieszkańców Iberii... Wydaje się bowiem, że co jak co, ale hipokryzja jest najcięższym grzechem, który może przygnieść sumienie hiszpańskie... gdyż pewnie, z drugiej strony, szybko włącza się w krwioobieg życia codziennego potomków wielkich mistyków. Wściekle z nią walczą, jakby bojąc się jej epidemicznego charakteru, jakby obsesyjnie nie wierząc, że jej nie ma. 
Wydaje się, że to sprawia w dużej mierze specyficzna „pamięć historyczna”. Wystarczy szybka lektura porannej prasy hiszpańskiej, która by zaatakować kogoś w szczególnie dokuczliwy sposób oskarża właśnie o „hipokryzję”. Niechybnie dla zrozumienia wielu fenomenów dzisiejszej Hiszpanii potrzebne byłoby spojrzenie na nią w kluczu ideałów, które chciała realizować, przez pryzmat dwoistości, którą naznaczona jest jej historia: Hiszpania karlistowska, burbońska, republikańska, frankistowska czy demokratyczna... 
Ostatnie czasy, zwłaszcza cały wiek XX, zdają się potwierdzać tezę o dwóch Hiszpaniach, które ze sobą rywalizują i to właściwie już niemal od kołyski, na poziomie rodziny. Podział na dwie Hiszpanie przebiega przez serca i umysły, polaryzując się wedle relacji do tego, czym była wojna domowa hiszpańska, jak rozumieć prawicowość i lewicowość, wedle relacji do Kościoła i wiary chrześcijańskiej... Co ciekawe, obie Hiszpanie właściwie nigdy nie miały dane pokojowo współistnieć, jedna wypierała drugą, ta z kolei następną; były to przejścia bardzo dokładnie rejestrowane i czytelne już dla współczesnych. Taka huśtawka historii, niebezpiecznie przy tym oddala od siebie samych Hiszpanów, którzy zacietrzewieni w walce już zapominali o co toczy się bój.
Wprowadzane przez premiera Zapatero „prawo o pamięci” wcale nie poprawia ostrości spojrzenia, a wręcz można zaryzykować stwierdzenie, że oddala, rozmywa, radykalizuje. Owo „prawo” w swym zamiarze pragnie zrewaloryzować historię, legislacyjnym głosowaniem wyakcentować jej poprawną interpretację. Rzecz dotyczy wspomnianej wojny domowej (1936-39), która w czasach „przejścia”, jak nazywają Hiszpanie okres po śmierci gen. Franco i nadejścia demokracji, została oceniona na sposób polubowny: obie strony konfliktu uznano za winne jej wybuchu, a ofiary obu stron barykady zasługują na równy szacunek i pamięć. Osiągnięty wówczas obiektywizm w spojrzeniu na swoje dzieje, zdaje się być dziś kwestionowany. 
Co się dzieje jednak z krajem, które rewaloryzuje swoją historię? Czy to spojrzenie na swoją przeszłość nie jest radykalnym zerwaniem z tym, czym był duch hiszpańskości przez wieki? Odpowiedzi chwilowo nie ma. Jest w trakcie przygotowania.
Dlatego o ciągłe „plus ultra!” trzeba ciągle walczyć na nowo. Nie jest dane raz na zawsze. To kwestia ciągłej konkwisty.

Piotr ROSZAK

Ks. Piotr Roszak urodził się w Toruniu. Jest absolwentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Święcenia kapłańskie przyjął w 2003 roku. Obecnie jest doktorantem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie w Nawarze. Zajmuje się św. Tomaszem z Akwinu. Prowadzi działalność duszpasterską w Pampelunie, także wśród hiszpańskiej Polonii. Współpracuje z pismem www.swojskiestrony.eu, jest to bezpłatny dwutygodnik dla Polaków mieszkających w Hiszpanii, z tego pisma pochodzi "Don Kichot...".

49-2-5.jpg (159872 Byte)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Toru, 2006)


Fot. Agnieszka Brzezińska

© Recogito, Rafaliga