Wychowanie w dobie kryzysu

Z ks. Józefem TISCHNEREM rozmawia ks. Leszek MALEWICZ

Ks. prof. Józef Tischner (1931–2000), fenomenolog, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej i Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w latach osiemdziesiątych prezes wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, autor między innymi „Świata ludzkiej nadziei“, „Etyki Solidarności“ i „Myślenia według wartości“. W sumie opublikował dziewięć książek na temat etyki, teologii i historii. Był kapelanem „Solidarności” i współtwórcą tzw. filozofii spotkania. Wielokrotnie występował w paryskim Centrum Dialogu, głosił konferencje czy też prowadził rekolekcje w pallotyńskim Duszpasterstwie Akademickim. Rozmowa ukazała się w „Naszej Rodzinie” - 7-8 (478-479) 1984 , s. 28-29.

– Wykład, który wygłosiłeś w Instytucie Katoli­ckim, nosił tytuł: „Wychowanie w dobie kryzysu”. A więc raz jeszcze o kryzysie?

– Tak, nie dało się uniknąć tego słowa. W gruncie rzeczy znaleźliśmy się gdzieś na dnie. Ostatnie lata były u nas latami dojrzewania poczucia odpowiedzialności za sprawy narodu. Poczucie odpowiedzialności – oto, co budziło nas ze snu. Dojrzewanie poczucia odpowiedzialności polega na tym, że dąży ono do twórczości – do wyrażenia siebie w jakimś widzialnym i dotykalnym dziele. Jeśli poczucie  odpowiedzialności niczego nie tworzy, obumiera jak kwiat, który zbyt wcześnie zobaczył wiosnę. Nasz kryzys na tym właśnie polega: poczucie odpowiedzialności nie znajduje ujścia w wielkiej społe­cznej twórczości.

– A więc nasz kryzys nie jest ani kryzysem politycznym, ani ekonomicznym?

– Jest kryzysem etycznym, a dopiero wtórnie politycznym, ekonomicznym i jakim tam jeszcze ktoś chce. Kryzys etyczny jest głębszy i groźniejszy. Dotyka on wprost ludzi dobrej woli. Pojawia się wtedy, gdy ludzie widzą, że ich dobra wola musi pozostać bezpłodna. Wtedy pytają: po co się wysilać? Cokolwiek zrobimy, i tak zostanie zmarnowane.

– No dobrze, ale co dalej?

– Z tym pytaniem nie trzeba się spieszyć. Poczujmy się lekarzami i spójrzmy głębiej na chorobę. Zapytajmy, skąd się wzięła. Albo lepiej: co jest w niej szczególnie uderza­jące? I tutaj dochodzę do sedna mego wykładu. Nie wiem, jak in­nych i jak Ciebie, ale mnie szczególnie uderza bezmyślność naszego dzisiejszego świata. Nie wiem czy kiedykolwiek w prze­szłości bezmyślność świata była zjawiskiem tak powszechnym. Stąd szczególnie bliskie stało się dla mnie powiedzenie jednego z współczesnych myślicieli: „najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy".

– Mamy przecież naukę, technikę, mamy znakomite sukcesy w dziedzinie podboju świata...

– ...i zarazem mamy zanieczyszczenie środowiska naturalnego, mamy bezmyślne wojny, mamy szalone dysproporcje między krajami bogatymi a biednymi, mamy choroby psychiczne, bezmyślne gazety, telewizje, programy szkolne... Uczymy się, analizujemy, syntety­zujemy... Ale, czy myślimy? Prowadzimy wielką grę z przyrodą, z drugim człowiekiem, nawet z Bogiem. Grę... Tylko grę... W tej grze nie chodzi o prawdę, chodzi wyłącznie o wygraną. Poznajemy jedynie o tyle, o ile potrzeba nam do wygranej. Ale nie po to, by znać prawdę.

– Kiedyś mówiło się, że społeczeństwa współczesne uciekają od wolności, a Ty sądzisz, że...

– ...uciekają od prawdy. Ucieczka od prawdy jest zarazem ucieczką od myślenia. Bo jak oczy są przystosowane do widzenia barw, a uszy do słyszenia dźwięków, tak myślenie do odkrywania prawdy. Tam, gdzie nie ma troski o prawdę, nie ma myślenia. Pozostaje jedynie „kombinowanie" na użytek podjętej gry.

– Ale, jak uczyć się myślenia i prawdy? Przecież nie wystarczy powiedzieć „nie myślimy". Trzeba z tym coś zrobić. Trzeba nauczyć ludzi myślenia. Wskazać im źródło.

– Tak. Źródłem jest jedno: spotkanie człowieka z człowiekiem. Nic tak nie daje do myślenia, jak spotkanie z drugim człowiekiem. Spotkanie, to wielka sprawa. Kto spotkał, ten wie, że nie wolno dawać fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Nie wolno zdradzać. Trzeba podjąć odpowiedzialność. Za co? Za prawdę, która jest w nim i we mnie.

Jesteśmy więc u podstaw etyki solidarności?

– Właśnie. Etyka ta narodziła się w spotkaniu jako etyka świadectwa prawdzie – prawdzie, która łączy ludzi. Bo prawda łączy, a kłamstwo dzieli. Prawda daje do myślenia. Wydarzenie etyki solidarności – solidarności sumień – jest dla nas niewyczerpalnym źródłem myślenia.

– Już Grecy wiedzieli, że człowiek jest istotą myślącą. Myśmy tę definicję uczynili własną.

– Definicja trochę przesadziła. Trzeba ją poprawić: człowiek chciałby być istotą myślącą. Chciałby, ale czasami wydaje mi się tylko, że myśli – prowadząc swoją grę.

– Czy w tym nawrocie do myślenia i prawdy nie ma jednak niebezpieczeństwa bezczynności. Coś jakby dawne stwierdzenie: „wiara bez uczynków martwa jest”. 

– Już Norwid mówił, że są czyny i uczynki. Uczynki mają sens tylko wtedy, gdy wypływają z czynu – czynu, który jest świadectwem danym prawdzie człowieka. W tym świa­dectwie jest zawsze moment obrony: bronimy człowieka przed kłamstwem. W parze za tym idzie moment pozytywny: otwieramy się na prawdę, która łączy ludzi, dając jej świadectwo.

– Co z odpo­wiedzialnością? Powiedziałeś, że jest bezpłodna, że nie tworzy dzieła na swą miarę.

– Myślę, że je­dynym terenem, jaki stoi przed nią otworem jest religia i Kościół. Mówię przede wszystkim o sytuacji w Polsce. Najlepsi ludzie ciągną dziś w tę stronę. Kamień odrzucony przez budowniczych staje się kamieniem węgielnym. Kościół jest organizmem, który nie boi się reformy. Jest terenem spotkań — spotkań człowieka z Bogiem i człowieka z drugim człowiekiem. Życie Kościoła mieni się tysiącem kolorów. W tym tyglu gotuje się coś wielkiego. Trzeba z tego sobie zdawać sprawę.

– Tam, gdzie rosną wymagania, rośnie też niebezpieczeństwo zawodu. Są już zawiedzeni Kościołem, rozczarowani, zaniedbani.

– Są już i jeszcze będą. Ale zarówno zawód jak rozczarowanie są tu twórcze. Kościół nie kryje własnych słabości. Nie mówi o tym kryzysie półgębkiem. To pociąga wszystkich, którzy chcą być odpowiedzialni. Tym sposobem możemy powtórzyć inne zdanie myśliciela: „gdzie rośnie niebezpieczeństwo, rośnie też ratunek”. Samo poczucie od­powiedzialności jest naszym ra­tunkiem.

– Zarysowałeś dość jaskrawo kryzys, w którym wszyscy uczestniczymy i z którym się borykamy. Wydaje się jednak najcenniejsze to, że ukazują się też powoli i może z dużym mozołem horyzonty wyjścia na szersze wody. Może być bardzo ciemno i ponuro, ale nie ma na tej ziemi sytuacji absolutnie beznadziejnych.





Na zdjęciu:

Ks. Józef 
Tischner
(Osny, 1988)


Fot. Witold Urbanowicz

© Recogito, Rafaliga