Zaścianek życia
Remanent człowieka równa
się pytaniu: czym jest obiektywnie człowiek? Biblijną gliną
– stwierdziliśmy, nie urażając nikogo, nawet mnie, bo się
w pierwszej chwili obruszyłem. Istotą problemu jest tylko
potencjalność, czyli możność stawania się człowiekiem w
olbrzymiej rozpiętości. W tej skali człowieka może dopingować
praca nad tworzeniem własnych wartości.
Nie ma zaścianków epoki. Na epokę patrzymy oczami przeciętniaków
i zwykłych użytkowników, a najlepiej określając –
parazytów. Może bowiem istnieć gruboskórne pojmowanie epoki, w
tym sensie, że jest ona dostawczynią dobrobytu, zboczeń
seksualnych, mody, niechęci do pracy, miłości do pieniądza,
przyjemności. Epokę utworzył wielki postęp nauki, by nas
wyzwolić z wszelkiego wysiłku, nieustannego czerpania bez
osobistej fatygi.
Zapomniano, że żadna epoka nie rodzi się bez pracy. Tworzą ją
uczeni, święci, artyści, poeci, rzeźbiarze, politycy, wybitni
lekarze, ludzie utalentowani. Zatracamy pojęcie, że ci wszyscy
wymienieni, jeśli mają tworzyć postęp ludzkiego życia, to nie
za cenę deklamacji, tylko potwornej, a niekiedy obłędnej pracy.
Epoka nie rodzi się z filutów życia, graczy, bohaterów nieróbstwa
i trzymania rąk w, oczywiście, pełnej kieszeni.
Potencjalność biblijnej gliny może się pozytywnie rozwinąć
jedynie za cenę pracy. Praca jest elementem człowiekotwórczym.
Praca wydobywa z potencjalności prawdziwą wartość człowieka, a
nie tylko bajkowe marzenia o użytkowej roli epoki. Biblijna glina
staje się człowiekiem przez pracę, a w chrześcijaństwie
jeszcze przez łaskę Bożą.
W fizyce praca jest nakładem siły dla pokonania bezwładności
masy wzdłuż pewnej drogi. Antropologicznie praca jest zupełnie
czymś innym. Maszyna nie jest zdolna wykonać żadnej pracy.
Traktor, lokomotywa, samochód, pralka nie pracują w rozumieniu
ludzkim. Maszynie brak urządzenia czującego i świadomości.
Maszyna działa, ale nie kocha. Koń w zaprzęgu nie pracuje, bo
nie ma relacji uczuciowej. Do pracy jest zdolny jedynie człowiek.
W pracę wkłada swój czas. Faktycznie dla człowieka czas jest życiem.
Odkrywamy nową jakość pracy definitywnie różną od fizycznego
jej pojęcia.
Fobia pracy, czyli cywilizacyjne naruszenie wartości pracy
ludzkiej przez pozbawienie jej ukochania, jest godzeniem w abecadło
wiary. Pracujemy ze smutnej konieczności. Traktujemy pracę jako zło
konieczne i jedynie jako środek zdobywania pieniędzy. Te ostatnie
zaś zajęły miejsce prawdziwego ukochania jej przez człowieka.
Filozofia obiegowa i akademicka pracy nosi akcenty fizyki, a nie
antropologii.
Wychodzimy od człowieczego charakteru pracy. Całe chrześcijaństwo
jest kwestią czynu ewangelicznego, a nie samego wyznawstwa. Chrześcijaństwo
nie jest religią marzeń i teoretycznych sporów. Tutaj zdajemy
sobie sprawę, że epoka z wyborem łatwizny, unikania wysiłku,
pogardy dla pracy, widzenia w niej niewoli sytuacyjnej świata,
niezdolności do fatygi – to margines, który jest sytuacją
antychrześcijańską. Chrześcijaństwo jest natomiast czynem,
ustawicznym zabiegiem nabywania wartości moralnej. Nie ma chrześcijaństwa
bez pracy ludzkiej, a więc bez jej ukochania. Przy takich
atrybutach, czynnik miłości do pracy musi mieć jeszcze znamiona
pełnienia boskiego posłannictwa.
Smutne, że stosunkowo niewielu jest twórców epoki, zaś trzon
ludzkości musi się zadowolić rolą użytkownika. Innymi słowy
– epokę tworzyłoby kilku ludzi, reszta to biorcy ze
wszystkimi skażeniami wynikającymi z uproszczenia epoki i jej
banalizowania. Ze stanowiska Ewangelii sprawa wygląda inaczej. Nie
ma ludzi zbędnych, nieużytecznych, ludzi upośledzonych i
pozbawionych wartości. Nie mogłem tego nigdy zrozumieć. Ludzie o
wrodzonym skrajnym kalectwie, chorzy, cierpiący, ludzie nieporadni
z własną naturą, wreszcie dzieci, w tym ujęciu stanowią
epokotwórcze elementy. Przez ukochanie tego, co jest im dostępne,
przez pracę najogólniej pojętą, dlatego, że Bóg tak polecił.
Dotykamy problemu cierpienia i bólu, smutku przekreślenia
podstawowych cech szczęścia. Cierpienie to nie margines ludzkości.
To czynnik, który w chrześcijaństwie jest nie mniejszą potęgą
epoko-twórczą, wyzwalania człowieczeństwa w sobie, jak wkład
twórczej pracy czy talentu.
Życie każdego człowieka jest jego własną i najważniejszą
epoką. Nie ma więc człowieka wyrzuconego z procesu epokotwórczego,
jak nie ma ludzi wybrakowanych. Każdy przedstawia swoim życiem wkład
w epokę. Życie jest dla człowieka największą i pierwszą epoką.
Niezależnie od tego, jak długo będzie ono trwało na ziemi.
Jestem właścicielem mojej epoki jednoosobowej. Moja osobowość
decyduje tu w sposób oczywisty. To spersonifikowanie daje tę
niepowtarzalną moc kształtowania własnej epoki. I nigdy nie
jestem pariasem, bo epoka moich czasów nie była łaskawa włączyć
mnie do twórców jak uczeni, artyści, dramaturdzy, poeci. Z epoką
żyję w zgodzie, o ile wybieram jej nie ułatwione sposoby
bytowania. Wybieram wszystko, co nie przekreśla mojej wartości.
Wyjaśnia mi się trudna rzecz w pospolitej skali rozważań.
Dlaczego dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzkości jest
skazane na zaściankowe bytowanie i znaczenie na świecie, a ta
minimalna reszta jest elitą świata? Sam się gramolę w czołówkę
epoki, nawet, jak to określił jeden recenzent Polskiej Akademii
Nauk, w czołówkę, która jest fantazją naukową XXI wieku. Ale
nie wiem, dlaczego nie mogę się napatrzeć na starego szewca o
wybitnej inteligencji w Radomiu, który tak kocha swój zawód, że
do pracy po przekroczeniu dawno wieku emerytalnego wychodzi o
godzinie ósmej rano, a opuszcza ją w lecie o godzinie
dwudziestej. Dziwna rzecz; w Paryżu, naprzeciwko mojego okna jest
zakład szewski, Cordonnerie z francuska. Obserwuję
samotnego młodego szewca pracującego od godziny ósmej do zapadającego
zmroku. Widzę jego bezpretensjonalną pracę. Wiem, że takich
jest królestwo Boże na świecie; takich zapatrzonych w swoją
nieefektowną pracę w skali światowej, pracę wielką poprzez jej
ukochanie. Ten bezpretensjonalny tłum świata jest epokotwórczy
swoim człowieczeństwem.
Zobaczyłem zaścianek życia epokotwórczy. Rozumiem to dowartościowanie
każdego człowieka przez Jezusa. Podjęcie jakiejkolwiek pracy w
sensie ukochania jej do wartości nie tylko doczesnej, ale wprost
wiecznej.
Jezus montował swoją epokę łaski i przebaczenia, epokę nieśmiertelną
z chorych, społecznie przekreślonych, wzgardzonych,
legalistycznie podejrzanych, głodnych, żebraczych, ślepych,
chromych, defraudantów, zbędnych na świecie, rybaków, oraczy
kamienistej ziemi, jawnogrzesznic, pospolitego motłochu świata
hellenistycznej kultury i rzymskich perwersji.
Mogę mówić o ewangelicznej epoce rozpoczętej przez Jezusa z
Nazaretu. Wszystko w Bogu ma inne wymiary niż nasze poczynania.
Wszystkie epoki na świecie miały i będą miały swoje apogeum i
zmierzają do niechybnego zmierzchu historycznego. To lekcja
historii na podstawie wszystkich epok, które już były na
dystansie setek tysięcy lat. Dziwna rzecz – ich czas
przemijania.
Tę biblijną glinę ludzką wybrał Jezus jako fundament swej
epoki nadając pracy stygmat ukochania, cierpieniu boską wartość,
dzieciom cudowną rzecz – posiadanie królestwa Bożego.
Epoka Jezusa nazywana przez Niego królestwem Bożym jest wieczna.
Wszystkie problemy związane z tą epoką mają inne istotne
wymiary czasowe. Epoka ewangeliczna nie starzeje się nigdy. Ma
zdolność odnawiania się. Nie dezaktualizuje się nigdy. Nabywa z
wiekami doświadczenia cennego dla ludzi, których obejmuje. Epoka
ma gwarancję Jezusową trwania do końca całego przedsięwzięcia
ludzkiego.
Natomiast wybór epoki ewangelicznej jest absolutnie dobrowolny.
Nie ma żadnej presji przyjęcia jej. Jak we wszelkim zbiorowisku
ludzkim – sumie żywego tworzywa w kształceniu epoki –
mogą się zdarzyć odchylenia i mylne interpretacje Ewangelii.
Jest jednak działanie Boże, które prowadzi do nowego odczytania
epoki Jezusowej zawartej w Ewangelii. Byliśmy i jesteśmy świadkami
właśnie odczytywania.
Istnieje jednak nowy problem. Mianowicie – człowiek jest
zawsze wyznawcą swojej przynależności do epoki kulturowej, obojętnie
co z niej wyciąga i aplikuje na co dzień. Epoka ewangeliczna trwa
od dwóch tysiącleci, czyli jest ciągła. To jest powodem, że
epoka rozpoczęta przez Jezusa jest zawsze świeża i aktualna dla
każdego pokolenia ludzkiego. Wobec tego, każdy może coś dla
siebie z niej wziąć.
Jezus jest założycielem nowej nietypowej epoki w ludzkości. Może
jak raz najbardziej typowej dla natury człowieka szukającego
pewnej stabilności swoich przekonań z zamiłowaniem do nowości i
do własnego postępu. Jezus jest założycielem epoki
personalistycznego zróżnicowania, epoki wydobywającej człowieczeństwo
z gliny biblijnej. Wszystkie epoki w jakiś sposób ujednolicają
człowieka dając wspólny przekrój, najczęściej w sprawach najłatwiejszych.
Jezus tworzy epokę personalistyczną, dla wszystkich. W tej epoce
nie ma zaścianka. Nie ma śmiecia życiowego. Są jedynie wartości
dobrowolnie wypracowane.
Nie ma więc zaścianka życia i wielkiego frontonu. Nie ma twórców
i pariasów epoki. Nie ma ludzi bez sensu życia, ludzi zbędnych,
drugiego, trzeciego i dziesiątego gatunku. Jezus przyszedł
dowartościować wszystkich, zwłaszcza tych zapomnianych,
wysortowanych do niczego, do szarej roboty, której jasnych odbić
rzekomo nie widać w epoce.
W ewangelicznym aspekcie twórcami epoki są wszyscy. Niemowlęta i
starzy, sportowcy i niedołęgi, sprawni i kalecy, nieuleczalnie
chorzy i tryskający zdrowiem. Do Jezusowej epoki należą wszyscy,
również i ci wybrakowani, pozbawieni twórczego przyłożenia się.
Epokę kulturową, czyli społeczną mogę albo muszę przyjąć,
jeśli mam się znaleźć w środku życia zbiorowego, bo interes
życiowy będzie tego wymagał. Mogę fragmentarycznie ją
akceptować w najlepszym wyborze problemów. Istotnie człowiek
jest wolny w doborze cech swej epoki. Epoka osobista jest również
całkowicie wolna w wyborze. To epoka tworzenia swej osobowości.
Chciałem jednak dodać – kształcenie mojej osobowości jest
obowiązkowe, jeśli mam pretensje do bycia człowiekiem.
Scena osobistego życia ma jeszcze swoje post
scriptum. Wieczność trwania według Ewangelii. Uzupełnienie
niedoborów, zbliżenia się do Boga. Wolna wola jest całkowicie
zachowana. Bóg zbawia jedynie tych, którzy tego sami chcą. Bóg
nie znosi jakiegokolwiek przymusu.
Zbawienie w chrześcijaństwie dokonuje się przez człowieka de
facto, Bóg jedynie akceptuje wolę człowieka. Pierwszym
gentelmenem wolności woli jest Bóg. To On postawił sprawę, która
w języku francuskim brzmi – s’il
vous plaît. Jeśli komu nie odpowiada – czyli mu się
nie plaît zbawienie
– Bóg nie zmusza. Miłość do Boga i Jego poszukiwanie jest
absolutnie wolne i akceptowane, dosłownie, honorowane przez Boga.
Włodzimierz SEDLAK
Włodzimierz Sedlak urodził się 1911 roku w Sosnowcu w rodzinie górniczej. Był
trzecim z kolei dzieckiem Pawła i Elżbiety z domu Janszek. Miał
jednego brata i cztery siostry. Chociaż w jego domu rodzinnym nie
było tradycji naukowych, to jednak już w dzieciństwie przejawiał
on zainteresowania przyrodnicze. Po maturze (1930) w Gimnazjum
matematyczno-przyrodniczym w Skarżysku-Kamiennej (dokąd w 1921
przenieśli się rodzice) wstąpił do Seminarium Duchownego w
Sandomierzu, gdzie w 1935 roku otrzymał święcenia kapłańskie.
Jako ksiądz podjął pracę prefekta w Ćmielowie (1935-1939), a
następnie w Siennie (1939-1948), gdzie podczas wojny prowadził
tajne nauczanie. Po II wojnie światowej, dzięki jego staraniom, w
Siennie powstały Szkoła Rzemiosł i istniejące do dzisiaj Liceum
Ogólnokształcące, które od 1992 roku nosi imię swego założyciela.
W 1946 podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym
Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie gdzie uzyskał
w 1946 dyplom magistra z antropologii, a w 1950 z pedagogiki. W
1951 otrzymał na UMCS stopień doktora za rozprawę "Zmienność
organizmu jako podstawa biologiczna wychowania". W 1952 przeniósł
się do Radomia, a w 1960 rozpoczął pracę na Wydziale Filozofii
Chrześcijańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966
uzyskał stopień doktora habilitowanego z biologii teoretycznej za
rozprawę "Możliwość odtworzenia początków ewolucji
organicznej na podstawie komponenta krzemowego", a następnie
objął kierownictwo utworzonej, decyzją Rady Wydziału, Katedry
Biologii Teoretycznej. W roku 1974 został profesorem
nadzwyczajnym, a w 1980 roku profesorem zwyczajnym. Zmarł w
Radomiu 17 lutego 1993. We wrześniu 1987 roku, goszcząc u
paryskich pallotynów, wygłosił trzy konferencje. Trzecia,
prezentowana wyżej, ukazała się w „Naszej Rodzinie”
– 4 (523) 1988, s. 18-20.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2008)
Fot. Marek Wittbrot
|