|
...(25)
Posłuchaj, M...
Gdańsk, 12 czerwca 1997 roku
Znowu mieli po dwadzieścia
lat i jeszcze raz mogli poczuć gwałtowne uderzenie serca na swój
widok. Chociaż jego głos był zniszczony przez setki wypalonych
papierosów, to jednak bez trudu rozpoznała tamten głos, który
wymawiał jej imię jak nikt inny później. A on w jej zmęczonych,
obwiednionych delikatną koronką oczach, zobaczył ten prześladujący
go nieraz błysk, podobny do spojrzenia spłoszonej wilgi.
Rozpoznali się od razu, tylko nie mogli znaleźć słów, które
wydałyby im się na początku ważne. Ale możne w tym momencie słowa
były niepotrzebne. Ważne przede wszystkim było to, że nie
przeszli obok jak nieznajomi. Że stojąc teraz oniemiali naprzeciw
siebie, mimo wszystko zaczęli odnajdywać w sobie cząstkę
swojego życia pozostawioną w każdym z nich, jak wypalone znamię,
którego w żaden sposób nie można zakryć; nie wszystko w życiu
przepada bezpowrotnie.
Teraz mieli niewiele więcej lat niż ich dorastające dzieci i
czasami ukradkiem podpatrywali ich zakochanie wypisane na twarzy
lub cierpienie ukrywane nawet przed lustrem. Wtedy przypominała im
się własna młodość i czuli raptowne ukłucia pamięci, każdy
krok zdawał się chodzeniem po swoim dawnym cieniu jak po rozbitym
szkle. W tym momencie te cienie naprawdę ożyły, połączyły się
na najbardziej ruchliwej ulicy miasta, niczym para zbłąkanych
ptaków. Nie reagowali na potrącenia przechodniów, nie czuli
samochodowych spalin, nie odwrócili się odruchowo na wizg karetki
pogotowia. I ani przez moment nie pomyśleli, że to może być
pomyłka – nie ta osoba, nie ten głos, nie to imię; czuli
jakby działała na nich jakaś podziemna siła przyciągająca ich
ku sobie, łącząc ich w jedną całość, w kawałkach utraconego
dawno życia, które przeminęło i zatarło się pośród tysiąca
dni, nocy, pejzaży, słów, marzeń, rozpaczy. Które zasłoniły
inne imiona, twarze i miejsca. Ta siła trzymała ich przy sobie i
potwierdzała, że to jednak na pewno są oni. Gdy ich ręce złączyły
się na krótko w nieporadnym uścisku poczuli, że to ten sam, że
to tamten dotyk, ten jedyny rozpoznawalny spośród innych dotyków.
Jakby nigdy nie zdołali zatrzeć ze swojej skóry i pamięci linii
papilarnych zostawionych sobie na zawsze, na bezkresne ukryte pamiętanie.
I nagle poczuli dobiegający z przeszłości zapach dogasającego
ognia, gdy o świcie zaczynały unosić się opary nad powierzchnią
jeziora i smak wiśni rwanych prosto z drzewa w przydrożnym
sadzie. I posłyszeli stary przebój „Beatlesów” i pęknięty
dzwon z przekrzywionej dzwonnicy drewnianego kościółka w
Bieszczadach. I zobaczyli klucz wędrownych ptaków rzucający cień
na wrzosowisko, a nad tym wszystkim zobaczyli tamtych siebie,
jeszcze bez zmęczonych oczu i zachrypniętego głosu. Mieli znowu
to wszystko i mieli tylko dla siebie...
Niech jeszcze tacy pozostaną, niech jeszcze pobędą przy sobie.
Nie potrącajmy ich, mijając. Niedługo pójdą ku swoim ulicom,
wrócą do ścian swoich mieszkań i do życia, w którym czasami
brakuje tamtych dwudziestu lat.
Aleksander JUREWICZ
Posłuchaj, A...
Rok temu żegnałem się
z Fryzją, ze swoimi wyspami, z tym, co przez dwadzieścia jeden
lat pozostawało stałym odniesieniem. Nie chciałem rozstawać się
– nie tyle bez słowa, co bez uważnego, czułego spojrzenia.
Z tych samych powodów wyruszałem do Jutlandii i w Góry Harzu. Z
podobnym przekonaniem wyprawiałem się nad Neckar. Długo zabiegałem,
aby stanąć pod wieżą i przed grobem autora „Listów do
Diotymy”. Jeśli wierzyłem w jakiś ciąg dalszy, liczył on
najwyżej dwa, trzy miesiące.
Mimo że mam silne, wewnętrzne przekonanie, że to naddatek, łaskawość
losu, po roku, gdy patrzę na rozkwitające rododendrony i zieleniące
się bremeńskie łąki, w duszy wcale nie jest jaśniej. Świetlistość,
jakiej nie sposób zapomnieć, jakiej nie da się rozproszyć, ona
właśnie sprawia, iż jest ciemniej. Nie ma – jak wiadomo
– nic bardziej przygnębiającego niż wspominane w dniach
smutku szczęście. Nie chodzi jednak o żadne memento,
o wadzenie się z Bogiem, o narzekanie na swój los. Z przeszłości
powracają chociażby zapachy. I niemal każdy owoc, zrywany niegdyś
nie tylko własną ręką, smakuje tak samo. Mimo przygasłych
oczu, mimo przytępionego słuchu, mimo że wiele rzeczy jakby się
zdematerializowało, wciąż są one jakby w zasięgu wzroku i słuchu.
Istnieje zapewne poczucie, a nawet pewność, że kiedy ma się
przed sobą długą, wspólną drogę, wiele w każdej chwili będzie
można przywrócić, powołać na nowo do istnienia. A przecież
to, czego nie chciało się albo nie umiało samemu poznać, co
poznawało się wspólnie, co dzięki temu stawało się jak
zaczarowane, teraz jest już inne. Pokryte popiołem czy patyną
czasu, zniekształcone, widziane z innej perspektywy, jedynie w
sercu zdaje się równie trwałe, niezniszczalne, a tym bardziej
– nieśmiertelne.
Jeśli nawet nie wszystko, nie zawsze i nie na zawsze przepada; jeśli
po latach potrafimy odnaleźć się bez słów i znowu w oczach
osoby, bez której – jak długo, bardzo długo nam się
wydawało – nie potrafiliśmy istnieć, dostrzegamy ten sam błysk,
i tak tracimy znacznie więcej. Tracimy bezpowrotnie. Właśnie to,
co utracone, decyduje o całym dalszym istnieniu. Niekiedy czyni je
trudnym albo niemożliwym do zniesienia.
Nowe twarze, nowe marzenia nie muszą niczego unieważniać. Po co
cokolwiek wymazywać z życia, a tym bardziej zniekształcać? Choćby
nie decydowało już o sposobie funkcjonowania ani całym niemal
bycie. Choćby – po latach – zdawało się błahe albo,
przeciwnie, nazbyt obciążające, niepotrzebne albo zbyt bolesne.
Choćby uwierało. Nie było jedynie tworem wyobraźni. Nie jest
ani nigdy nie będzie sentymentalnym, banalnym wspomnieniem. Istniało
realnie, namacalnie. I być może powinno iść za nami, być w
nas, z nami współistnieć, wraz z nami odejść, zniknąć.
„Piękna duszo! Ty żyjesz niczym delikatny kwiat w czas
zimy, / Pośród postarzałego świata kwitniesz w zamknięciu,
samotna” – pisał, poszukując wiecznej młodości,
Friedrich Hölderlin. Wiedział jednak, że słońce – dla każdego
bez wyjątku – kiedyś gaśnie, że czas, choćby najpiękniejszy,
nie cofa się, że wszystko, co wiązało na dobre i złe, rozjaśniało
serce i duszę, zapada się w mrok, przestaje prowadzić, oświecać,
dodawać siły, trzymać przy życiu. – M.
Brema, 12 maja 2008 roku
Cykl tekstów „Posłuchaj, M...” ukazywał się na łamach
„Naszej Rodziny” od maja 1995 do września 1999 roku.
Trzydziesty ósmy i zarazem ostatni list ukazał się w pierwszym
numerze „Recogito”, zaś pierwszy tekst z serii
„Posłuchaj, A...” ukazał się w numerze 11-12 z 1999
roku (na stronie 23) pallotyńskiego pisma, obecny został
poprzedzony tekstem Aleksandra Jurewicza z numeru – 9 (646)
1997, s. 24.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Juist, 2008)
Fot. Marek Wittbrot
|