Dziennik z życia (3)

4 lipca 2005

Staram się pamiętać momenty szczęśliwe
(M. Zagańczyk)

Wyruszając w drogę marzyłem o poznaniu, choćby szczątkowym tylko, autentycznego wczesnego chrześcijaństwa. Wiedziałem, że Kościół w Irlandii przeszedł dramatyczne i tragiczne zarazem koleje losu. Pozostawał jednak wciąż kościołem naznaczonym monastyczna barwą, którego nigdy nie dotknęła stopa rzymskiego legionisty. Wiedziałem również, że Irlandczycy dopiero od niedawna mogą radować się swobodą demokratyczną. Ich dzieje wyraźnie przypominają nasze polskie wybijanie do do niepodległości. Przeczytałem też wiele tekstów poetyckich, powstałych zwłaszcza w okresie od VI do XII stulecia, zaliczanych do skarbów literatury irlandzkiej. Mogłem to uczynić dzięki Ernestowi i Małgorzacie Bryllom, którzy te, doprawdy przejmująco piękne wiersze, przełożyli na język polski, za co warto im złożyć odpowiednie uszanowanie. Wiedziałem nadto, że angielscy prześladowcy, którzy długo panowali na Wyspie, doprowadzili do prawie całkowitego wyniszczenia jej kultury, katolickich tradycji, klasztorów, obyczajowości, a nawet, co jest najbardziej tragiczne, języka irlandzkiego. A przecież kiedy naród traci swój język, natychmiast traci historyczną pamięć i kulturową niepowtarzalność. 

Dzisiaj już zasadniczo nie mówi się w języku gaelickim; tylko na wyspie Aran można usłyszeć tę mowę. Niestety, kiedy wyruszyłem statkiem na ową wysepkę, nie udało mi się usłyszeć ani rdzennej pieśni irlandzkiej, ani tym bardziej żadnych znaków dawnej wrażliwości. W każdym razie niezapomniane wrażenie robi to miejsce, pełne kamiennych warowni, maleńkich, ogrodzonych kamiennymi murkami poletek ziemi, klifów poszarpanych wiatrem i otulonych słońcem. Jazda rowerem przez ten zamykający Europę skrawek ziemi to przeżycie trudne do opisania.

6 lipca

Bądź zawsze nagi na podobieństwo Chrystusa i Ewangelistów.
(Reguła św. Kolumby)

W pierwszym spojrzeniu Dublin, stolica Irlandii, nie robi specjalnego wrażenia. Dopiero po dłuższej chwili okazuje się jednak, że można tutaj odczuć atmosferę, opisaną przez Joyce’a w Ulissesie. Irlandczycy nie budują wysokich biurowców, ani tzw. ponowoczesnych budynków. Raczej starają się ograniczać swą architektoniczną wyobraźnię do zachowanego już stylu, mianowicie, wiktoriańskiego układu, który czyni z miasta miejsce przytulne i pełne tajemniczości. Ulice o każdej porze dnia są przeludnione, gwarne, nawet chyba nazbyt głośne, zwłaszcza że wciąż trwają remonty, przebudowy dawnych arterii komunikacyjnych. Nad całością góruje wielka iglica, zbudowana przez Francuzów, nawiązująca zapewne do tradycyjnych iroszkodzkich wież klasztornych. To, co nowoczesne wciąż przegrywa z cudownością i autentycznością dawnych budowli. Dzisiejszym twórcom brakuje czegoś, co nazwałbym zaangażowaniem egzystencjalnym; kreują swe wizje zapominając o wielkich osiągnięciach przeszłości. Eklektyzm połączony z duchową pustką – oto przyczyna nowoczesnego bezguścia.

Na szczęście, wystarczy wyjechać z Dublina, aby dotknąć czegoś zupełnie wyjątkowego, mianowicie czaru czystej, soczystej zieleni, spokoju przestworzy i surowości wczesnochrześcijańskiego piękna. Nie oznacza to naturalnie, że Dublin trzeba zbyć turystycznym milczeniem. Miasto żyje nowoczesną atmosferą, wielolulturowością, zauważalną dosłownie na każdym kroku życzliwością i kolorytem lokalnym, choć tego lokalnego kolorytu trzeba poszukiwać. Mam na myśli przede wszystkim sławne puby, a zwłaszcza ten najstarszy The Temple Bar, gdzie rzeczywiście atmosfera jest rozgorączkowana, nieco magiczna i plotkarska. Autentyczności miejsca przydaje muzykowanie na żywo, nieustannie zmieniający się odcień wnętrza, gwar rozmów i dobiegających z zewnątrz ulicznych okrzyków. Pub to po prostu uosobienie irlandzkiego stylu życia, miejsce zastępujące dom, salę koncertową, a nawet kościół. Nic więc dziwnego, że sam kilka razy przysiadłem się do rozgadanych pubowiczów, popijając maślany, z gęstą pienistą czapą kufel guinnessa. 

Dublin to jednak nie tylko puby, ale i rozwijająca się szybko gospodarka. Dzięki dotacjom Unii Europejskiej stolica i cała zresztą Irlandia staje się dostarczycielem nowoczesnych przyjemności i znakiem ekonomicznej wyniosłości. Tutaj nieprzerwanie trwa budowa i odbudowa, w czym spory udział mają również Polacy. Język polski jest zauważalny na każdym skrawku ziemi, a – co wywoływało we mnie odruch narodowej dumy – polskie studentki wyróżniają się swoją nie tylko fizyczną, ale i intelektualną urodą w sposób przyprawiający o zawrót głowy. Mogłem to dostrzec na placu przed sławnym Kolegium św. Trójcy, gdzie koncentruje się kulturalne i uniwersyteckie życie Dublina. Kolegium ufundowała w 1592 roku królowa Elżbieta I. Chciała w ten sposób «ucywilizować Irlandię», uznawaną przez protestanckich Anglików za kraj nieokrzesany, barbarzyński i podległy katolickim ograniczeniom. Pycha i duma angielskich kolonizatorów przyniosła tylko niszczące skutki, choć do końca nie wyrugowała tego, co typowo irlandzkie.

8 lipca

Bóg ukorzy cię za twoje grzechy
(z wierszy irlandzkich)

Irlandia zachwyca przede wszystkim z racji historycznych. Jest wielką księgą europejskiej samoświadomości religijnej. Historyczne początki wyspy kryją się w mitycznych opowieściach i podaniach. Przypuszcza się, że pierwsi rybacy i zbieracze pojawili się tam około 10 000 lat temu. Dopiero jednak przybyli z Europy Środkowej Celtowie (gdzieś około 500 roku przed Chrystusem), podnieśli istniejącą już kulturę na bardzo wysoki stopień rozwoju. Przyznać trzeba jednak, że wraz z rozprzestrzenianiem się chrześcijaństwa dokonało się na tych ziemiach prawdziwe obyczajowo-kulturowe przeobrażenie. Znaczącą role w tym procesie historycy przypisują św. Patrykowi, choć – co nie wydaje się, niestety, dziwne – wielu angielskich badaczy podaje w wątpliwość jego istnienie i misyjną działalność. Ale wbrew temu trzeba przyznać, że rola św. Patryka w rozprzestrzenianiu chrześcijańskiego stylu życia jest niepodważalna.

Niewiele zresztą o nim wiemy. Urodził się (być może) około 392 roku w rodzinie od kilku pokoleń chrześcijańskiej; sam jednak do tradycji religijnych miał początkowo stosunek ostrożny. W młodości prawdopodobnie popełnił jakiś bardzo zły czyn, który zaważył na jego przyszłym, dość surowym i ascetycznym modelu duszpasterstwa. Duchowe i fizyczne oczyszczenie stało się swego rodzaju religijną obsesją św. Patryka, o czym świadczą Wyznania, jedna z niewielu książek, które napisał. W młodości został porwany z rodzinnego domu w zachodniej Brytanii przez irlandzkich piratów, u których spędził sześć lat jako pasterz owiec. Udało mu się jednak zbiec z niewoli i przybyć do północnej Francji, gdzie rozpoczął kształcenie w sztuce działań misyjnych. Ponieważ w tym czasie zmarł św. Palladiusz, prowadzący misję w Irlandii, postanowiono na jego miejsce wysłać właśnie św. Patryka, który dość szybko otrzymał święcenia biskupie i już w 432 roku znalazł się ponownie w Irlandii. 

Swoją pracę rozpoczął od nawiązania życzliwych relacji z ówczesnymi władcami wyspy, podzielonej na cztery duże królestwa. Obdarowywał ich prezentami, respektował wierzenia i religię druidów, budował świątynie i klasztory w miejscach uznawanych przez irlandzkich Celtów za święte. W ten sposób, przemierzając niemal całą Zieloną Wyspę doprowadził do jej całkowitej chrystianizacji. Zawsze rozpoczynał misję od głoszenia doktrynalnej prawdy o Trójcy Świętej, ilustrując ją listkiem koniczyny, składającej się, jak wiadomo, z trzech małych listów. Irlandczycy do dzisiaj czczą go jako ojca narodu, apostoła i patrona. Podczas corocznej uroczystości na jego cześć przypinają sobie na piersi koniczynę. Pamiętają, że to dzięki niemu chrześcijaństwo na trwałe wrosło w krwioobieg ziemi irlandzkiej i mogło stać się obroną przed prześladowaniami płynącymi ze strony protestanckich Anglików, którzy – dodajmy – zniszczyli relikwie św. Patryka. 

Kościół rozwijający się w pewnej izolacji od kontynentu wytworzył w Irlandii swoisty, celtycki styl, odmienny niż ten istniejący na łacińskim Zachodzie. Chodzi przede wszystkim o ideał monastyczny, jaki rozprzestrzenił się na Wyspie. Klasztor stał się wówczas podstawowym elementem kościelnej struktury organizacyjnej. Powstało wtedy wiele pustelni – miejsc religijnej samotności, klasztorów, gromadzących niekiedy parę tysięcy mniszek i mnichów. W tym klasztornym środowisku nastąpił rozkwit kultury; pojawiły się pierwsze zabytki literackie; rozwinęła się łacina, będąca językiem codziennej liturgii. Będzie ona także służyła do transkrypcji języka gaelickiego. Mnisi oddadzą się żmudnej pracy przepisywania ksiąg; pojawi się łacińska literatura chrześcijańska, rozkwitnie poezja, rzeźba, jubilerstwo. Kultura Irlandii roztoczy promienie na cały ówczesny świat, co w niedalekiej już przyszłości stanie się powodem dramatycznych wydarzeń i wojen. Niestety.

10 lipca

Pozwólcie poetom hucznie się radować
(z poezji irlandzkiej)

Wiele spraw wiążących się z życiem i obyczajowością religijną zawdzięczamy mnichom iroszkockim. To oni rozpropagowali pokutę sakramentalną w formie spowiedzi indywidualnej oraz ideał dobrowolnego wygnania, nazywanego przez nich peregrinari pro Christo, albo pro amore Dei. Chodziło o porzucenie ojczyzny i rodaków, aby żyć w obcym i często wrogim środowisku i wysiłek ten oddać na służbę Chrystusowi, czyli w istocie pracować nad ewangelizowaniem obcych ludów. Rozpoznawalnym symbolem tego rodzaju „morskiego apostolstwa” stał się św. Kolumban Starszy, który założywszy w samej Irlandii sporo klasztorów, sam przemierzał ocean, aby osiąść na wysepce Iona przy zachodnim brzegu Szkocji, stąd rozchodziły się ideały religijne niemal wszędzie. Zresztą, sam św. Kolumban, pielgrzym Chrystusowy, jak nazwali go historycy, w swej pielgrzymiej pasji, przekroczy Alpy, aby w Apeninach Liguryjskich założyć klasztor w Bobbio, twierdzę katolicyzmu, stawiającą czoło arianizmowi Longobardów. 

Ówczesna mnisza duchowość przesiąknięta była ascezą przybierającą niekiedy dość gwałtowny i ostry charakter. Życie pokutne wyróżniało się w niezwykłych formach umartwienia; mam na myśli nie tylko ograniczanie godzin snu czy ilości pokarmu, ale umniejszanie potrzeb egzystencjalnych do niezbędnego minimum. Św. Patryk na przykład miał zwyczaj, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, całe noce przebywać w lodowatej wodzie; inni podejmowali trud absolutnego milczenia albo bezwzględnego posłuszeństwa wobec mistrza czy opata. Tego rodzaju formy religijnego zaangażowania traktowano niemal powszechnie jako ekwiwalent męczeństwa. Przywiązywano również wielką wagę do pokuty sakramentalnej. Tak zwana spowiedź uszna to pomyśl irlandzkich mnichów. Nawet codzienne wyznawanie win wchodziło w ramy ich codziennego stylu życia. W tym czasie pojawiły się tzw. księgi pokutne, które notowały rodzaj wymaganego zadośćuczynienia w zależności od wagi popełnionych grzechów. Za zabójstwo na przykład albo cudzołóstwo nakładano wieloletni post o chlebie i wodzie. Były to praktyki nadzwyczaj surowe, niemniej jednak domagała się ich ówczesna wrażliwość religijna. Dzisiaj zapewne uznalibyśmy je za wyraz pobożnej przesady, ale przecież częsta spowiedź i powiązanie jej z kierownictwem duchowym nie straciły swej mocy. 

Kiedy więc odwiedziłem kompleks klasztorny w Glendalough, w którym działał św. Kevin w VI wieku, uświadomiłem sobie wyraźnie, że samo ukształtowanie terenu, piękna soczysta zielenią dolina wraz z Jeziorem Górnym to naturalny sprzymierzeniec tak wymagającej pokuty. O św. Kevinie mówiono, że choć dobrze radził sobie z dzikimi zwierzętami, zdawał się być bezradny wobec kobiet. Kiedy gorliwe wyznawczynie jego stylu bycia zanadto zbliżały się do niego, święty parzył ich policzki pokrzywą, by je przepędzić. W każdym razie gorliwość apostolska nie opuszczała mnichów; wyzwalała w nich również emocje artystyczne. W klasztorach powstawała poezja sławiąca cuda przyrody, subtelności eremickiego życia, piękno pustelniczego wygnania.

14 lipca

Nie zasłaniaj się przed światłem radości
(D. Rose)

Kiedy w jednym z hoteli w Dublinie zapytałem recepcjonistę, czy odwiedziła już górę św. Patryka, była wyraźnie zdziwiona. A dlaczego miałabym to zrobić – zapytała nieco zmieszana. Otóż, właśnie. We współczesnej Irlandii obyczaj religijny powoli chyba umniejsza się. Tymczasem Góra św. Patryka znajdująca się u południowych wybrzeży zatoki Clew to jedno z tych miejsc, które gorliwi katolicy odwiedzają w pielgrzymim trudzie przynajmniej raz w roku. Więc i ja wiedziony religijnym instynktem spróbowałem się z nią zmierzyć. Jej historia jest następująca. W 441 roku św. Patryk przemierzając Irlandię w pierwsza sobotę Wielkiego Postu stanął na wierzchołku tej góry i przepościł na niej czterdzieści nocy i dni. A ponieważ miejsce to czczono już w czasach przedchrześcijańskich, święty tym bardziej podkreślał wartość pielgrzymiego trudu. Każdego roku w ostatnią niedzielę lipca około 50 tysięcy Irlandczyków bierze udział w wędrówce. Wielu z nich wspina się boso, co już samo w sobie jest wyczynem trudnym do naśladowania. Rzeczywiście, wspinanie się nie jest łatwe. Trzeba przemierzyć 764 metrową kamienną i wąską drogę, bacząc, aby nie spaść w dół. Niektóre odcinki są tak strome, że musiałem wykrzesać z siebie ostatnie siły, aby nie poddać się zwątpieniu. Na szczęście, niesione w sercu intencje pomagały i znalazłem się na szczycie. Zbudowano tak maleńki kościół, gdzie można uciszyć serce, spojrzeć na siebie z Bożej perspektywy. 

Legendy otaczają tę sławną górę. Tam właśnie św. Patryk miał zyskać boskie zapewnienie, że Irlandczycy nigdy nie wyrzekną się wiary i zostaną ocaleni w dniu Sądu Ostatecznego. Wypędził też z Irlandii wszystkie jadowite stworzenia. Uczynił to, bijąc w Czarny Dzwon i ciskając nim w przepaść. W ten sposób wyspa pozbyła się węży, ropuch i innych tego rodzaju istot. Odtąd dzwon, zwany dzwonem św. Patryka uosabia każdą walkę ze złymi mocami, które przybierają postać chmur czarnych ptaków. Warto więc wybrać się na sam szczyt, stąd roztacza się, doprawdy, wspaniały widok. Dopełnieniem podjętego wysiłku może być wyjazd małym statkiem na wysepkę Skellig Michael, gdzie zachowały się w pierwotnym stanie mnisze kopce klasztorne, objęte dzisiaj międzynarodową opieką. To również jedyny na świecie rezerwat głuptaków, które uczyniły z wysepki swój dom rodzinny. 

Doznawałem przedziwnego uczucia, że oto dotykam czegoś, co trwa niezmienione od VI wieku. Ułożone z kamienia domki eremitów są surowe, mieszczące zaledwie dwóch mnichów. Znajdowało w nich tylko miejsce na posłanie i jakieś drobne sprzęty. Nic więcej. Mnisi próbowali uprawiać na skrawkach wydartej skałom ziemi warzywa, przede wszystkim ziemniaki, przepisywali księgi święte, poddawali się religijnym umartwieniom i postom. Samo oddalenie od świata uznawali za rodzaj „oddalenia mistycznego”, będącego znakiem zdecydowanego opowiedzenia się po stronie tego, co Boże. Stąd też mnisi wyruszali na podbój świata. Jednym z największych podróżników był niewątpliwie św. Brandan. Przypuszcza się nawet, że mógł on być jednym z pierwszych odkrywców Ameryki. Kto wie; w każdym razie idea wędrowania dla imienia Chrystusa wrosła mocno w świadomość religijną chrześcijaństwa. Nasza sierpniowa pielgrzymka do Częstochowy jest zapewne skromnym śladem tej irlandzkiej fascynacji...

16 lipca

Czas jest myślą człowieka
(G. Colli)

Irlandia jest deszczowa, zielona, szmaragdowa, poprzecinana wąskimi drogami, otoczonymi murkami z kamieni lub krzewów. Jazda samochodem wymaga więc niepoślednich umiejętności. Jej znakiem rozpoznawczym są ruiny klasztorów i kościołów, pasące się owce i krowy, celtyckie kamienne lub wapienne krzyże oraz jaskrawe, odważne stylistycznie połączenia kolorów. Irlandczycy, przekonałem się, lubią farby. Wciąż upiększają swoje domy, które otaczają przytłaczającą wyobraźnię ferią kwiatów. Są one dosłownie wszędzie. Karbońskie wapienie, łupki i gnejsy, skały wulkaniczne i kwiaty oraz ruiny klasztorne – oto synteza irlandzkiego krajobrazu. Niechlubną rolę w zniszczeniu piękna tej ziemi odegrali Anglicy, a zwłaszcza Henryk VIII i jego córka Elżbieta, nie mówiąc już o Olivierze Cromwellu, którzy bestialskimi represjami wobec Irlandczyków doprowadzili niemal do zagłady całego narodu. Dopiero – proszę sobie uświadomić – w XX wieku, po czasach Wielkiego Głodu i powstania wielkanocnego z 1916 roku Irlandczycy mogą cieszyć się swobodą obywatelską. Oczywiście, nadal istnieją napięcia, przede wszystkim na terenach Irlandii Północnej, gdzie nienawiść religijna i terroryzm wciąż nie znikają z codziennych dni. Niemniej jednak sytuacja zdaje się zmieniać na lepszą.

Trochę smucił mnie widoczny zanik obyczajów religijnych. Obecnie sytuacja Kościoła w Irlandii nie jest, powiem ostrożnie, najkorzystniejsza. Powoli zanika społeczna żarliwość religijna. Zmiany społeczne, wzrost zamożności, skandale obyczajowe w łonie samej hierarchii kościelnej zahamowały nieco rozwój religijny. Powołań kapłańskich jest coraz mniej. Nie znaczy to jednak, że Irlandię obejmuje płaszcz współczesnej sekularyzacji. Raczej powiedziałbym, że staje się ona krajem, który dobija się do autentycznego modelu religijności, a księżą zyskują szacunek dzięki swej pracy i szlachetności podejmowanych decyzji. Szacunek dla Kościoła mierzy się teraz miarą ewangelicznego świadectwa jego duchowych przewodników. Mam nadzieję, że to sytuacja normalna. Z biegiem czasu wiara na pewno ponownie zyska na znaczeniu, bo przecież – o czym zapewniał już św. Patryk – Irlandczycy nigdy nie porzucą swych religijnych źródeł. 

Opuszczałem Zieloną Wyspę w chwili, kiedy wybuchały bomby w londyńskim metrze. Mieszały się w moim sercu uczucia radości i dziękczynienia z poczuciem żalu, że tyle jeszcze jest do zrobienia, aby pokój i międzynarodowa życzliwość zapanowały powszechnie. A może w ogóle nie jest możliwe. Jak bowiem pogodzić zachodnią wizję tolerancji z religijnym fanatyzmem; jak umniejszać oścień, być może, rodzącego się konfliktu cywilizacji?

25 lipca

Może życie to dojrzewanie do świadomości, że wszystko jest do oddania
(E. Błaszczyk)

Kiedy przyjeżdżam w rodzinne strony, najpierw powoli, bardzo powoli przyzwyczajam się do barw traw, ziemi, ciszy cmentarza. Urodziłem się tutaj, ale minęło na tyle dużo czasu, że wciąż od nowa muszę uczyć się tego krajobrazu. To, co tkało moją duchową tożsamość zostało zachowane w zwiniętych pod wpływem słońca i mrozu liściach; w drodze do kościoła i plebanii, gdzie uczyłem się od ks. Piotra Bożyka uczciwego spojrzenia na samego siebie i otaczający mnie świat, wówczas opanowany przez socjalistyczne zniewolenie. Znikła jednak wewnętrzna niecierpliwość, owo przeciągłe drżenie serca, które dawniej przenikało mnie dogłębnie; teraz zaledwie wydobywam z siebie ulotne chwile przeszłych emocji. Dzieje się tak dlatego, że nie ma już ludzi, którzy wzrastali wraz ze mną, a jeżeli nawet nadal mieszkają w Wasilkowie, rozluźniła się z nimi więź; oddalenie zatarło delikatne struny, na których kołyszą się słowa zaufania. Silne pozostały jedynie ślady mojej z ks. Piotrem zażyłości. Wszystko, co działo się wówczas między nami, miało posmak Bożej niespodzianki; czegoś, co teraz zyskuje swoje zwieńczenie. Dlatego tęsknię do Milanówka.

W południe czas toczy się niemal jak w tropiku. Próbuję leniuchować, czyli udawać tzw. sjestę. Niestety, nic z tego nie wychodzi. 

Wędrując wąskimi tunelami zieleni, czyli irlandzkimi drogami, przypomniałem sobie zdanie Sándora Máraiego: w świetle, w euforii nie ma poczucia winy. Bo rzeczywiście, odczuwałem tam przedziwną jasność w sercu, dumę, że mogę dotknąć, choćby wzrokiem tylko, miejsc pierwotnych, z których zrodziły się pasje pierwszych iroszkockich misjonarzy, pierwsze samotnie religijne, pierwsze zespoły klasztorne, z których dzisiaj zostały tylko strzępy, nadpalone łuki katedralne i figury świętych. To bardzo charakterystyczne: zieleń, bujnie strzelająca w niebo, rozłożyste krzewy, wzbierające intensywną kolorystyką, a pośród tego nadmiaru ruiny, niemal zawsze z zachowaną wieżą, stanowiącą schronienie przed wikingami lub piratami. Nie mogłem oderwać wzroku od tego pejzażu. Jakbym ugrzązł w błotnym, wiejskim stawie.

W letnie południe mucha zaplątana w pokoju czyni wielkie spustoszenie. Kiedy biegnę po łapkę, ona natychmiast znika i pozostaję sam, w napięciu, w lekkim zdenerwowaniu.

Samuel Beckett, o dziwo!, był irlandzkim protestantem, który najchętniej krył się przed przed światem w Paryżu. Niewiele śladów jego twórczości znalazłem na irlandzkiej ziemi. Oczywiście, w Trinity College w Dublinie błąka się „beckettowski duch”, niemniej jednak trudno tu o iskrę zapalną. Pisarz musiał odczuwać trudną do uchwycenia przez postronnych niedogodność egzystencjalną, skoro tak szybko porzucił wyspiarskie strony, wymuszając niejako na samym sobie postawę ogołocenia i samotności, którą uważał za jedno z największych nieszczęść życia.  

Gorąco, parno; otwieram wszystkie okna w domu, wywracam na wierzch poduszki i fotele; myśli słabną, ociężałe od spiekoty. W takiej chwili nawet kartki brewiarza zdają się milczeć. Powtarzam wersety psalmów, ale niczego nie słyszę, jedynie szum pustynnego piasku. 

W kościele, gdzie zostałem ochrzczony, gdzie służyłem do Mszy Świętej, gdzie stawiałem pierwsze religijne kroki ­– nie odczuwam dawnych emocji. Jestem radosny, ale to radość wymuszona przez pamięć, pozbawiona żywiołowości. Co takiego stało się, że zgasły dawne wrażenia. Czyżby w starości nie będę doświadczał już żadnych uniesień, tylko chęć przetrwania kolejnego dnia w jasnej świadomości utraty wszystkiego, co uznawałem wcześniej za godne cierpienia? Na szczęście, widzę obraz: ks. Piotr wraca z wieczornej liturgii, a ja czekam niecierpliwie, wypatruję czarnej sutanny i oddaję się we władanie miłości, która jeszcze nie wie, że przetrwa długie lata, że dochowa wierności, że nie spłonie w ziemskiej namiętności. Wiara, choć niepewna, bo niepewna być musi, już wtedy wbiła się we mnie, jak leśny kleszcz. Obym umarł w jej ranach. 

Wyruszyć w morze, bez pewności osiągnięcia celu, bez pomocy gwiazd i stron świata, tylko z duchowym kompasem, który pozostawili rodzice, opiekunowie, nauczyciele, katecheci. Zdać się na tę nadwyżkę, która pozostaje z każdej miłości. 

30 lipca

Nadszedł moment – i wkrótce przeminie
(A. Zagajewski)

Każdy dzień w Wasilkowie rozpoczynam podobnie: siadam na stołeczku, tuż przy piecu, zapalam świecę, przygotowuję poranną kawę. To samo czyniła moja mama. Teraz niejako zastępuję ją. Czekam, aż śmierć i do mnie przyjdzie, podobnie jak w pewien czerwcowy dzień objęła jej zbolałe ciało. Piszę ciało, choć wierzę, że ono nie ginie, lecz przemienia się zgodnie z Bożym zamysłem. 

Wakacje to czas nieustannych prób. Niczego, tak naprawdę, nie można czynić z całkowitą pewnością. Myśli rozklejają się w palcach. Ale lubię takie chwile. Wówczas bowiem leniwa senność śpiewa w moich ustach. Oglądam w telewizji jakieś straszliwie głupie filmy, świadomie przyjmuję banał i pustkę. Wszystko po to, aby odpocząć od autentycznej radości, której muszę strzec przed groźbą samowypalenia.

Patrzę na swoje ciało. Nie jest już piękne, ani czarujące; przypomina holenderską paterę, na której malarz ułoży zaraz owoce, zabitego rannym świtem bażanta i cynowy kubek. Kilka wieków później ktoś powie, że to przejmująca martwa natura.

31 lipca

zapamiętaj – powtarzał stół – aby nie została starta gościnność i miejsce na serdeczność i ciepło dłoni
(J. Leończuk)

Benedykt XVI podczas modlitwy na „Anioł Pański” wspomniał, że członkowie Irlandzkiej Armii Republikańskiej postanowili zawiesić działania wojenne i pokojowo prowadzić swą działalność. To kontrastuje z tym wszystkim, z czym mamy do czynienia na co dzień w świecie – dodał papież. Rzeczywiście, Europejczycy żyją w podsycanym przez media strachu. Przemierzając Zieloną Wyspę wiele razy mogłem się o tym przekonać. Podskórnie, w głębi irlandzkich serc drzemie zadra nieufności i dawnego bólu, która nie daje się łatwo usunąć. Wbrew nowym czasom, wbrew oficjalnym deklaracjom. A w Londynie trudno bez niepokoju postąpić krok naprzód. Wnosząc do metra reklamówkę z bułką na pierwsze śniadanie można zostać zastrzelonym przez policjantów.

1 sierpnia

...niech ogień twej Boskiej Miłości strawi złożone Ci całopalenie!
(św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

Rankiem w kościele parafialnym w Wasilkowie pożegnałem relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Siostry Terezjarki wyraźnie poruszone i duchowo wyróżnione. A ja? Przełamywałem wewnętrzny opór przed napierającą zewsząd siłą, przydającą nie tyle łaski, ile raczej wzruszenia. Powinienem bronić się przed egzaltacją, która zamyka rozumną część duszy i każe marzyć; przenosi w krainę ukrytą w głębi lustra, zaczarowaną przestrzeń bajkowej Alicji. Realizm w wierze jest czymś koniecznym; sprawia bowiem, że nie okłamujemy samych siebie; bierzemy na serio własne ułomności i grzechy; wypowiadamy wojnę wszystkiemu, co w nas sztuczne, na pokaz, na społeczną wagę. Dalecy dzisiaj jesteśmy od neapolitańskiej sakralnej teatralności, wyrażającej się hałaśliwie w kazaniach konkurujących z mowami szarlatanów, gdzie Chrystus i Poliszynel dzielili między siebie względy tłumów. Pisze o tym Piero Camporesi w pracy „Laboratoria zmysłów”, znakomicie przełożonej przez niezastąpioną Joannę Ugniewską. Czy potrafiłbym podczas Mszy Świętej nie od razu odrywać ust od kielicha po wybiciu drogocennej krwi i tak jak św. Filip wysysać, wylizywać, podnosić kielich wielokrotnie do ust, aby nie zostawić ani kropli i aby nasycić się zbawczym płynem. Potem przez jakiś czas nie poruszać głową i ustami jak ktoś, kto kosztuje pysznego napoju? Być może; tylko że wyraziłbym to przeżycie w spokojnych liturgicznych miarach. Nadałbym mu formę, która zaprasza do modlitwy, umacnia w nadziei osiągnięcia religijnej doskonałości.

Jedyną stałą jest zmienność. Nawałnica z gradem zespolona z jasnością nieba. Moje serce nie może uciszyć się; wciąż goni, burzy się, zmienia rytm, przeczuwając, że tylko w ten sposób uratuje siebie i świat przed monotonią pewności i przyszłej nagrody.

W księgarni słyszę rozżalone głosy: ach, ci nasi twórcy, nic nie piszą; ani jednego zdania godnego uwagi; nawet okładki ich książek rozsypują się w palcach. Rozglądam się z niepokojem i szybko podpowiadam: spójrzcie inaczej, poszukujcie źródeł słów. Także w sobie.

Rocznica Powstania Warszawskiego. W intencji 180 tysięcy poległych bohaterów pochylam głowę, modlę się. Stalin pozwalał Niemcom niszczyć Polskę, ponieważ sporządził zabójczy plan komunistycznego porządku, który jeszcze i dzisiaj tli się w wielu umysłach.

3 sierpnia
 
Dla pobożnego człowieka przywilejem jest umrzeć
(A.J. Heschel)

Pogrzeb mamy Krzysztofa Z., z którym – jeszcze jako ministranci – tworzyliśmy zespół muzyczny Cor unum; graliśmy podczas Mszy Świętych włączeni przez ks. Piotra Bożyka w rozwijający się wtedy ruch sacrosongowy. On czuwał, abyśmy zdobyli, choć odrobinę duchowego żaru, umocnili iskierki wiary, zyskali życiową siłę, tak potrzebną do pokonywania własnych słabości. Tamte chwile zaważyły w znaczącym stopniu na naszej wrażliwości i osobistych losach. Pozbawieni opieki ks. Piotra zapewne nie zdołalibyśmy wyjść poza konwencje rodzinnych obyczajów i młodzieńczych zagrożeń. Dlatego otaczamy go czułą wdzięcznością. Także nasi rodzice uczestniczą (już w wyżyn niebieskich) w tym naszym doświadczeniu. Wiemy bowiem bardzo dobrze, że po człowieku pozostaje pieśń skomponowana, napisał Heschel, z czynów, którą tylko Bóg może w pełni zrozumieć. Niemniej jednak próbujemy odkryć sens we wszystkim, co nas dotyka; chcemy wiedzy pozwalającej na spokój serca, na pogodne spojrzenie, wolne od doraźnych napięć. Ale telefony milczą, listy nie nadchodzą, nawet te z życzeniami imieninowymi bądź świątecznymi; pozostała tylko pamięć, wciąż młoda i pełna serdeczności.

Zmagam się z powieścią. Praca wymaga specyficznego rodzaju skupienia, także natury językowej; odtwarzam nie tylko konkretne wydarzenia, ale przede wszystkim emocje, które łączą porozrzucane kawałki rozbitej figurki, czyli rodzinnej historii. I właśnie to jest najtrudniejsze. Ale ze stronicy na stronicę jestem coraz bliższy celu. Pisanie powieści – zauważył Márai – to już nie zaloty, lecz Akt.

Na cmentarzu uśmiechamy się niezręcznie. To nasza kolejna próba, choć wiemy, że Bóg powinien wystarczyć, doprawdy, wszystkim.

Jan SOCHOŃ

Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku oraz w Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca. Opublikował między innymi „Ateizm. Wizje Etienne Gilsona” (1993), „Słownik pojęć zmistyfikowanych” (1996), „Spór o rozumienie świata” (1998), „Porzucić świat absurdów” (rozmowy z Mieczysławem A. Krąpcem OP) (2002). Ostatnio opublikował tomy wierszy „Modlitwa z muzyką” (1996), „Wszystkie zmysły miłości” (1997), „Ogień dobrej śmierci” (2001), „Czarna flaga”, „W miłości zdarza się wszystko” (2004), „Bagaż podręczny” (2005), „Rozczesuję twoje włosy, matko” (2005) oraz swoje szkice „O pocieszeniu, jakie daje literatura” (2005). Publikowane obecnie zapiski poprzedziły „Zdania, przecinki, kropki...” (1998) i „Dziennik z życia” (2005), który ukazywał się w 37 i 38 numerze naszego pisma. Ksiądz Sochoń krytycznie opracował i wydał „Kazania” księdza Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich. Mieszka w Warszawie.


50-1-2-1.jpg (1412727 Byte)

Na zdjęciu:

Jan Sochoń
(Warszawa, 2008)


Fot. Archiwum "JS"

© Recogito, Rafaliga