Dziennik z życia (3)
4 lipca 2005
Staram się pamiętać momenty
szczęśliwe
(M. Zagańczyk)
Wyruszając w drogę
marzyłem o poznaniu, choćby szczątkowym tylko, autentycznego
wczesnego chrześcijaństwa. Wiedziałem, że Kościół w Irlandii
przeszedł dramatyczne i tragiczne zarazem koleje losu. Pozostawał
jednak wciąż kościołem naznaczonym monastyczna barwą, którego
nigdy nie dotknęła stopa rzymskiego legionisty. Wiedziałem również,
że Irlandczycy dopiero od niedawna mogą radować się swobodą
demokratyczną. Ich dzieje wyraźnie przypominają nasze polskie
wybijanie do do niepodległości. Przeczytałem też wiele tekstów
poetyckich, powstałych zwłaszcza w okresie od VI do XII stulecia,
zaliczanych do skarbów literatury irlandzkiej. Mogłem to uczynić
dzięki Ernestowi i Małgorzacie Bryllom, którzy te, doprawdy
przejmująco piękne wiersze, przełożyli na język polski, za co
warto im złożyć odpowiednie uszanowanie. Wiedziałem nadto, że
angielscy prześladowcy, którzy długo panowali na Wyspie,
doprowadzili do prawie całkowitego wyniszczenia jej kultury,
katolickich tradycji, klasztorów, obyczajowości, a nawet, co jest
najbardziej tragiczne, języka irlandzkiego. A przecież kiedy naród
traci swój język, natychmiast traci historyczną pamięć i
kulturową niepowtarzalność.
Dzisiaj już zasadniczo nie mówi się w języku gaelickim; tylko
na wyspie Aran można usłyszeć tę mowę. Niestety, kiedy wyruszyłem
statkiem na ową wysepkę, nie udało mi się usłyszeć ani
rdzennej pieśni irlandzkiej, ani tym bardziej żadnych znaków
dawnej wrażliwości. W każdym razie niezapomniane wrażenie robi
to miejsce, pełne kamiennych warowni, maleńkich, ogrodzonych
kamiennymi murkami poletek ziemi, klifów poszarpanych wiatrem i
otulonych słońcem. Jazda rowerem przez ten zamykający Europę
skrawek ziemi to przeżycie trudne do opisania.
6 lipca
Bądź zawsze nagi na podobieństwo Chrystusa i
Ewangelistów.
(Reguła św. Kolumby)
W pierwszym spojrzeniu Dublin, stolica Irlandii, nie robi specjalnego wrażenia.
Dopiero po dłuższej chwili okazuje się jednak, że można tutaj
odczuć atmosferę, opisaną przez Joyce’a w Ulissesie. Irlandczycy
nie budują wysokich biurowców, ani tzw. ponowoczesnych budynków.
Raczej starają się ograniczać swą architektoniczną wyobraźnię
do zachowanego już stylu, mianowicie, wiktoriańskiego układu, który
czyni z miasta miejsce przytulne i pełne tajemniczości. Ulice o
każdej porze dnia są przeludnione, gwarne, nawet chyba nazbyt głośne,
zwłaszcza że wciąż trwają remonty, przebudowy dawnych arterii
komunikacyjnych. Nad całością góruje wielka iglica, zbudowana
przez Francuzów, nawiązująca zapewne do tradycyjnych
iroszkodzkich wież klasztornych. To, co nowoczesne wciąż
przegrywa z cudownością i autentycznością dawnych budowli.
Dzisiejszym twórcom brakuje czegoś, co nazwałbym zaangażowaniem
egzystencjalnym; kreują swe wizje zapominając o wielkich osiągnięciach
przeszłości. Eklektyzm połączony z duchową pustką – oto
przyczyna nowoczesnego bezguścia.
Na szczęście, wystarczy wyjechać z Dublina, aby dotknąć czegoś
zupełnie wyjątkowego, mianowicie czaru czystej, soczystej
zieleni, spokoju przestworzy i surowości wczesnochrześcijańskiego
piękna. Nie oznacza to naturalnie, że Dublin trzeba zbyć
turystycznym milczeniem. Miasto żyje nowoczesną atmosferą,
wielolulturowością, zauważalną dosłownie na każdym kroku życzliwością
i kolorytem lokalnym, choć tego lokalnego kolorytu trzeba
poszukiwać. Mam na myśli przede wszystkim sławne puby, a zwłaszcza
ten najstarszy The Temple Bar, gdzie rzeczywiście atmosfera jest
rozgorączkowana, nieco magiczna i plotkarska. Autentyczności
miejsca przydaje muzykowanie na żywo, nieustannie zmieniający się
odcień wnętrza, gwar rozmów i dobiegających z zewnątrz
ulicznych okrzyków. Pub to po prostu uosobienie irlandzkiego stylu
życia, miejsce zastępujące dom, salę koncertową, a nawet kościół.
Nic więc dziwnego, że sam kilka razy przysiadłem się do
rozgadanych pubowiczów, popijając maślany, z gęstą pienistą
czapą kufel guinnessa.
Dublin to jednak nie tylko puby, ale i rozwijająca się szybko
gospodarka. Dzięki dotacjom Unii Europejskiej stolica i cała
zresztą Irlandia staje się dostarczycielem nowoczesnych przyjemności
i znakiem ekonomicznej wyniosłości. Tutaj nieprzerwanie trwa
budowa i odbudowa, w czym spory udział mają również Polacy. Język
polski jest zauważalny na każdym skrawku ziemi, a – co wywoływało
we mnie odruch narodowej dumy – polskie studentki wyróżniają
się swoją nie tylko fizyczną, ale i intelektualną urodą w sposób
przyprawiający o zawrót głowy. Mogłem to dostrzec na placu
przed sławnym Kolegium św. Trójcy, gdzie koncentruje się
kulturalne i uniwersyteckie życie Dublina. Kolegium ufundowała w
1592 roku królowa Elżbieta I. Chciała w ten sposób «ucywilizować
Irlandię», uznawaną przez protestanckich Anglików za kraj
nieokrzesany, barbarzyński i podległy katolickim ograniczeniom.
Pycha i duma angielskich kolonizatorów przyniosła tylko niszczące
skutki, choć do końca nie wyrugowała tego, co typowo irlandzkie.
8 lipca
Bóg ukorzy cię za twoje grzechy
(z wierszy
irlandzkich)
Irlandia
zachwyca przede wszystkim z racji historycznych. Jest wielką księgą
europejskiej samoświadomości religijnej. Historyczne początki
wyspy kryją się w mitycznych opowieściach i podaniach.
Przypuszcza się, że pierwsi rybacy i zbieracze pojawili się tam
około 10 000 lat temu. Dopiero jednak przybyli z Europy Środkowej
Celtowie (gdzieś około 500 roku przed Chrystusem), podnieśli
istniejącą już kulturę na bardzo wysoki stopień rozwoju.
Przyznać trzeba jednak, że wraz z rozprzestrzenianiem się chrześcijaństwa
dokonało się na tych ziemiach prawdziwe obyczajowo-kulturowe
przeobrażenie. Znaczącą role w tym procesie historycy przypisują
św. Patrykowi, choć – co nie wydaje się, niestety, dziwne
– wielu angielskich badaczy podaje w wątpliwość jego
istnienie i misyjną działalność. Ale wbrew temu trzeba przyznać,
że rola św. Patryka w rozprzestrzenianiu chrześcijańskiego
stylu życia jest niepodważalna.
Niewiele zresztą o nim wiemy. Urodził się (być może) około
392 roku w rodzinie od kilku pokoleń chrześcijańskiej; sam
jednak do tradycji religijnych miał początkowo stosunek ostrożny.
W młodości prawdopodobnie popełnił jakiś bardzo zły czyn, który
zaważył na jego przyszłym, dość surowym i ascetycznym modelu
duszpasterstwa. Duchowe i fizyczne oczyszczenie stało się swego
rodzaju religijną obsesją św. Patryka, o czym świadczą Wyznania,
jedna z niewielu książek, które napisał. W młodości został
porwany z rodzinnego domu w zachodniej Brytanii przez irlandzkich
piratów, u których spędził sześć lat jako pasterz owiec. Udało
mu się jednak zbiec z niewoli i przybyć do północnej Francji,
gdzie rozpoczął kształcenie w sztuce działań misyjnych.
Ponieważ w tym czasie zmarł św. Palladiusz, prowadzący misję w
Irlandii, postanowiono na jego miejsce wysłać właśnie św.
Patryka, który dość szybko otrzymał święcenia biskupie i już
w 432 roku znalazł się ponownie w Irlandii.
Swoją pracę rozpoczął od nawiązania życzliwych relacji z ówczesnymi
władcami wyspy, podzielonej na cztery duże królestwa. Obdarowywał
ich prezentami, respektował wierzenia i religię druidów, budował
świątynie i klasztory w miejscach uznawanych przez irlandzkich
Celtów za święte. W ten sposób, przemierzając niemal całą
Zieloną Wyspę doprowadził do jej całkowitej chrystianizacji.
Zawsze rozpoczynał misję od głoszenia doktrynalnej prawdy o Trójcy
Świętej, ilustrując ją listkiem koniczyny, składającej się,
jak wiadomo, z trzech małych listów. Irlandczycy do dzisiaj czczą
go jako ojca narodu, apostoła i patrona. Podczas corocznej
uroczystości na jego cześć przypinają sobie na piersi koniczynę.
Pamiętają, że to dzięki niemu chrześcijaństwo na trwałe wrosło
w krwioobieg ziemi irlandzkiej i mogło stać się obroną przed
prześladowaniami płynącymi ze strony protestanckich Anglików,
którzy – dodajmy – zniszczyli relikwie św. Patryka.
Kościół rozwijający się w pewnej izolacji od kontynentu
wytworzył w Irlandii swoisty, celtycki styl, odmienny niż ten
istniejący na łacińskim Zachodzie. Chodzi przede wszystkim o
ideał monastyczny, jaki rozprzestrzenił się na Wyspie. Klasztor
stał się wówczas podstawowym elementem kościelnej struktury
organizacyjnej. Powstało wtedy wiele pustelni – miejsc
religijnej samotności, klasztorów, gromadzących niekiedy parę
tysięcy mniszek i mnichów. W tym klasztornym środowisku nastąpił
rozkwit kultury; pojawiły się pierwsze zabytki literackie; rozwinęła
się łacina, będąca językiem codziennej liturgii. Będzie ona
także służyła do transkrypcji języka gaelickiego. Mnisi oddadzą
się żmudnej pracy przepisywania ksiąg; pojawi się łacińska
literatura chrześcijańska, rozkwitnie poezja, rzeźba,
jubilerstwo. Kultura Irlandii roztoczy promienie na cały ówczesny
świat, co w niedalekiej już przyszłości stanie się powodem
dramatycznych wydarzeń i wojen. Niestety.
10 lipca
Pozwólcie poetom hucznie się radować
(z poezji
irlandzkiej)
Wiele spraw wiążących
się z życiem i obyczajowością religijną zawdzięczamy mnichom
iroszkockim. To oni rozpropagowali pokutę sakramentalną w formie
spowiedzi indywidualnej oraz ideał dobrowolnego wygnania,
nazywanego przez nich peregrinari pro Christo, albo pro
amore Dei. Chodziło o porzucenie ojczyzny i rodaków, aby żyć
w obcym i często wrogim środowisku i wysiłek ten oddać na służbę
Chrystusowi, czyli w istocie pracować nad ewangelizowaniem obcych
ludów. Rozpoznawalnym symbolem tego rodzaju „morskiego
apostolstwa” stał się św. Kolumban Starszy, który założywszy
w samej Irlandii sporo klasztorów, sam przemierzał ocean, aby osiąść
na wysepce Iona przy zachodnim brzegu Szkocji, stąd rozchodziły
się ideały religijne niemal wszędzie. Zresztą, sam św.
Kolumban, pielgrzym Chrystusowy, jak nazwali go historycy, w swej
pielgrzymiej pasji, przekroczy Alpy, aby w Apeninach Liguryjskich
założyć klasztor w Bobbio, twierdzę katolicyzmu, stawiającą
czoło arianizmowi Longobardów.
Ówczesna mnisza duchowość przesiąknięta była ascezą
przybierającą niekiedy dość gwałtowny i ostry charakter. Życie
pokutne wyróżniało się w niezwykłych formach umartwienia; mam
na myśli nie tylko ograniczanie godzin snu czy ilości pokarmu,
ale umniejszanie potrzeb egzystencjalnych do niezbędnego minimum.
Św. Patryk na przykład miał zwyczaj, zwłaszcza w okresie
Wielkiego Postu, całe noce przebywać w lodowatej wodzie; inni
podejmowali trud absolutnego milczenia albo bezwzględnego posłuszeństwa
wobec mistrza czy opata. Tego rodzaju formy religijnego zaangażowania
traktowano niemal powszechnie jako ekwiwalent męczeństwa. Przywiązywano
również wielką wagę do pokuty sakramentalnej. Tak zwana spowiedź
uszna to pomyśl irlandzkich mnichów. Nawet codzienne wyznawanie
win wchodziło w ramy ich codziennego stylu życia. W tym czasie
pojawiły się tzw. księgi pokutne, które notowały rodzaj
wymaganego zadośćuczynienia w zależności od wagi popełnionych
grzechów. Za zabójstwo na przykład albo cudzołóstwo nakładano
wieloletni post o chlebie i wodzie. Były to praktyki nadzwyczaj
surowe, niemniej jednak domagała się ich ówczesna wrażliwość
religijna. Dzisiaj zapewne uznalibyśmy je za wyraz pobożnej
przesady, ale przecież częsta spowiedź i powiązanie jej z
kierownictwem duchowym nie straciły swej mocy.
Kiedy więc odwiedziłem kompleks klasztorny w Glendalough, w którym
działał św. Kevin w VI wieku, uświadomiłem sobie wyraźnie, że
samo ukształtowanie terenu, piękna soczysta zielenią dolina wraz
z Jeziorem Górnym to naturalny sprzymierzeniec tak wymagającej
pokuty. O św. Kevinie mówiono, że choć dobrze radził sobie z
dzikimi zwierzętami, zdawał się być bezradny wobec kobiet.
Kiedy gorliwe wyznawczynie jego stylu bycia zanadto zbliżały się
do niego, święty parzył ich policzki pokrzywą, by je przepędzić.
W każdym razie gorliwość apostolska nie opuszczała mnichów;
wyzwalała w nich również emocje artystyczne. W klasztorach
powstawała poezja sławiąca cuda przyrody, subtelności
eremickiego życia, piękno pustelniczego wygnania.
14 lipca
Nie zasłaniaj się przed światłem radości
(D. Rose)
Kiedy w jednym z hoteli w Dublinie zapytałem recepcjonistę, czy odwiedziła
już górę św. Patryka, była wyraźnie zdziwiona. A dlaczego miałabym
to zrobić – zapytała nieco zmieszana. Otóż, właśnie. We
współczesnej Irlandii obyczaj religijny powoli chyba umniejsza się.
Tymczasem Góra św. Patryka znajdująca się u południowych
wybrzeży zatoki Clew to jedno z tych miejsc, które gorliwi
katolicy odwiedzają w pielgrzymim trudzie przynajmniej raz w roku.
Więc i ja wiedziony religijnym instynktem spróbowałem się z nią
zmierzyć. Jej historia jest następująca. W 441 roku św. Patryk
przemierzając Irlandię w pierwsza sobotę Wielkiego Postu stanął
na wierzchołku tej góry i przepościł na niej czterdzieści nocy
i dni. A ponieważ miejsce to czczono już w czasach przedchrześcijańskich,
święty tym bardziej podkreślał wartość pielgrzymiego trudu.
Każdego roku w ostatnią niedzielę lipca około 50 tysięcy
Irlandczyków bierze udział w wędrówce. Wielu z nich wspina się
boso, co już samo w sobie jest wyczynem trudnym do naśladowania.
Rzeczywiście, wspinanie się nie jest łatwe. Trzeba przemierzyć
764 metrową kamienną i wąską drogę, bacząc, aby nie spaść w
dół. Niektóre odcinki są tak strome, że musiałem wykrzesać z
siebie ostatnie siły, aby nie poddać się zwątpieniu. Na szczęście,
niesione w sercu intencje pomagały i znalazłem się na szczycie.
Zbudowano tak maleńki kościół, gdzie można uciszyć serce,
spojrzeć na siebie z Bożej perspektywy.
Legendy otaczają tę sławną górę. Tam właśnie św. Patryk
miał zyskać boskie zapewnienie, że Irlandczycy nigdy nie wyrzekną
się wiary i zostaną ocaleni w dniu Sądu Ostatecznego. Wypędził
też z Irlandii wszystkie jadowite stworzenia. Uczynił to, bijąc
w Czarny Dzwon i ciskając nim w przepaść. W ten sposób wyspa
pozbyła się węży, ropuch i innych tego rodzaju istot. Odtąd
dzwon, zwany dzwonem św. Patryka uosabia każdą walkę ze złymi
mocami, które przybierają postać chmur czarnych ptaków. Warto
więc wybrać się na sam szczyt, stąd roztacza się, doprawdy,
wspaniały widok. Dopełnieniem podjętego wysiłku może być
wyjazd małym statkiem na wysepkę Skellig Michael, gdzie zachowały
się w pierwotnym stanie mnisze kopce klasztorne, objęte dzisiaj
międzynarodową opieką. To również jedyny na świecie rezerwat
głuptaków, które uczyniły z wysepki swój dom rodzinny.
Doznawałem przedziwnego uczucia, że oto dotykam czegoś, co trwa
niezmienione od VI wieku. Ułożone z kamienia domki eremitów są
surowe, mieszczące zaledwie dwóch mnichów. Znajdowało w nich
tylko miejsce na posłanie i jakieś drobne sprzęty. Nic więcej.
Mnisi próbowali uprawiać na skrawkach wydartej skałom ziemi
warzywa, przede wszystkim ziemniaki, przepisywali księgi święte,
poddawali się religijnym umartwieniom i postom. Samo oddalenie od
świata uznawali za rodzaj „oddalenia mistycznego”, będącego
znakiem zdecydowanego opowiedzenia się po stronie tego, co Boże.
Stąd też mnisi wyruszali na podbój świata. Jednym z największych
podróżników był niewątpliwie św. Brandan. Przypuszcza się
nawet, że mógł on być jednym z pierwszych odkrywców Ameryki.
Kto wie; w każdym razie idea wędrowania dla imienia Chrystusa
wrosła mocno w świadomość religijną chrześcijaństwa. Nasza
sierpniowa pielgrzymka do Częstochowy jest zapewne skromnym śladem
tej irlandzkiej fascynacji...
16 lipca
Czas jest myślą człowieka
(G. Colli)
Irlandia jest deszczowa, zielona, szmaragdowa, poprzecinana wąskimi
drogami, otoczonymi murkami z kamieni lub krzewów. Jazda
samochodem wymaga więc niepoślednich umiejętności. Jej znakiem
rozpoznawczym są ruiny klasztorów i kościołów, pasące się
owce i krowy, celtyckie kamienne lub wapienne krzyże oraz
jaskrawe, odważne stylistycznie połączenia kolorów.
Irlandczycy, przekonałem się, lubią farby. Wciąż upiększają
swoje domy, które otaczają przytłaczającą wyobraźnię ferią
kwiatów. Są one dosłownie wszędzie. Karbońskie wapienie, łupki
i gnejsy, skały wulkaniczne i kwiaty oraz ruiny klasztorne –
oto synteza irlandzkiego krajobrazu. Niechlubną rolę w
zniszczeniu piękna tej ziemi odegrali Anglicy, a zwłaszcza Henryk
VIII i jego córka Elżbieta, nie mówiąc już o Olivierze
Cromwellu, którzy bestialskimi represjami wobec Irlandczyków
doprowadzili niemal do zagłady całego narodu. Dopiero –
proszę sobie uświadomić – w XX wieku, po czasach Wielkiego
Głodu i powstania wielkanocnego z 1916 roku Irlandczycy mogą
cieszyć się swobodą obywatelską. Oczywiście, nadal istnieją
napięcia, przede wszystkim na terenach Irlandii Północnej, gdzie
nienawiść religijna i terroryzm wciąż nie znikają z
codziennych dni. Niemniej jednak sytuacja zdaje się zmieniać na
lepszą.
Trochę smucił mnie widoczny zanik obyczajów religijnych. Obecnie
sytuacja Kościoła w Irlandii nie jest, powiem ostrożnie,
najkorzystniejsza. Powoli zanika społeczna żarliwość religijna.
Zmiany społeczne, wzrost zamożności, skandale obyczajowe w łonie
samej hierarchii kościelnej zahamowały nieco rozwój religijny.
Powołań kapłańskich jest coraz mniej. Nie znaczy to jednak, że
Irlandię obejmuje płaszcz współczesnej sekularyzacji. Raczej
powiedziałbym, że staje się ona krajem, który dobija się do
autentycznego modelu religijności, a księżą zyskują szacunek
dzięki swej pracy i szlachetności podejmowanych decyzji. Szacunek
dla Kościoła mierzy się teraz miarą ewangelicznego świadectwa
jego duchowych przewodników. Mam nadzieję, że to sytuacja
normalna. Z biegiem czasu wiara na pewno ponownie zyska na
znaczeniu, bo przecież – o czym zapewniał już św. Patryk
– Irlandczycy nigdy nie porzucą swych religijnych źródeł.
Opuszczałem Zieloną Wyspę w chwili, kiedy wybuchały bomby w
londyńskim metrze. Mieszały się w moim sercu uczucia radości i
dziękczynienia z poczuciem żalu, że tyle jeszcze jest do
zrobienia, aby pokój i międzynarodowa życzliwość zapanowały
powszechnie. A może w ogóle nie jest możliwe. Jak bowiem pogodzić
zachodnią wizję tolerancji z religijnym fanatyzmem; jak umniejszać
oścień, być może, rodzącego się konfliktu cywilizacji?
25 lipca
Może życie to dojrzewanie do świadomości, że
wszystko jest do oddania
(E. Błaszczyk)
Kiedy przyjeżdżam
w rodzinne strony, najpierw powoli, bardzo powoli przyzwyczajam się
do barw traw, ziemi, ciszy cmentarza. Urodziłem się tutaj, ale
minęło na tyle dużo czasu, że wciąż od nowa muszę uczyć się
tego krajobrazu. To, co tkało moją duchową tożsamość zostało
zachowane w zwiniętych pod wpływem słońca i mrozu liściach; w
drodze do kościoła i plebanii, gdzie uczyłem się od ks. Piotra
Bożyka uczciwego spojrzenia na samego siebie i otaczający mnie świat,
wówczas opanowany przez socjalistyczne zniewolenie. Znikła jednak
wewnętrzna niecierpliwość, owo przeciągłe drżenie serca, które
dawniej przenikało mnie dogłębnie; teraz zaledwie wydobywam z
siebie ulotne chwile przeszłych emocji. Dzieje się tak dlatego,
że nie ma już ludzi, którzy wzrastali wraz ze mną, a jeżeli
nawet nadal mieszkają w Wasilkowie, rozluźniła się z nimi więź;
oddalenie zatarło delikatne struny, na których kołyszą się słowa
zaufania. Silne pozostały jedynie ślady mojej z ks. Piotrem zażyłości.
Wszystko, co działo się wówczas między nami, miało posmak Bożej
niespodzianki; czegoś, co teraz zyskuje swoje zwieńczenie.
Dlatego tęsknię do Milanówka.
W południe czas toczy się niemal jak w tropiku. Próbuję
leniuchować, czyli udawać tzw. sjestę. Niestety, nic z tego nie
wychodzi.
Wędrując wąskimi tunelami zieleni, czyli irlandzkimi drogami,
przypomniałem sobie zdanie Sándora Máraiego: w świetle, w
euforii nie ma poczucia winy. Bo rzeczywiście, odczuwałem tam
przedziwną jasność w sercu, dumę, że mogę dotknąć, choćby
wzrokiem tylko, miejsc pierwotnych, z których zrodziły się pasje
pierwszych iroszkockich misjonarzy, pierwsze samotnie religijne,
pierwsze zespoły klasztorne, z których dzisiaj zostały tylko
strzępy, nadpalone łuki katedralne i figury świętych. To bardzo
charakterystyczne: zieleń, bujnie strzelająca w niebo, rozłożyste
krzewy, wzbierające intensywną kolorystyką, a pośród tego
nadmiaru ruiny, niemal zawsze z zachowaną wieżą, stanowiącą
schronienie przed wikingami lub piratami. Nie mogłem oderwać
wzroku od tego pejzażu. Jakbym ugrzązł w błotnym, wiejskim
stawie.
W letnie południe mucha zaplątana w pokoju czyni wielkie
spustoszenie. Kiedy biegnę po łapkę, ona natychmiast znika i
pozostaję sam, w napięciu, w lekkim zdenerwowaniu.
Samuel Beckett, o dziwo!, był irlandzkim protestantem, który
najchętniej krył się przed przed światem w Paryżu. Niewiele śladów
jego twórczości znalazłem na irlandzkiej ziemi. Oczywiście, w
Trinity College w Dublinie błąka się „beckettowski
duch”, niemniej jednak trudno tu o iskrę zapalną. Pisarz
musiał odczuwać trudną do uchwycenia przez postronnych
niedogodność egzystencjalną, skoro tak szybko porzucił
wyspiarskie strony, wymuszając niejako na samym sobie postawę ogołocenia
i samotności, którą uważał za jedno z największych nieszczęść
życia.
Gorąco, parno; otwieram wszystkie okna w domu, wywracam na wierzch poduszki
i fotele; myśli słabną, ociężałe od spiekoty. W takiej chwili
nawet kartki brewiarza zdają się milczeć. Powtarzam wersety
psalmów, ale niczego nie słyszę, jedynie szum pustynnego piasku.
W kościele, gdzie zostałem ochrzczony, gdzie służyłem do Mszy Świętej,
gdzie stawiałem pierwsze religijne kroki – nie odczuwam
dawnych emocji. Jestem radosny, ale to radość wymuszona przez
pamięć, pozbawiona żywiołowości. Co takiego stało się, że
zgasły dawne wrażenia. Czyżby w starości nie będę doświadczał
już żadnych uniesień, tylko chęć przetrwania kolejnego dnia w
jasnej świadomości utraty wszystkiego, co uznawałem wcześniej
za godne cierpienia? Na szczęście, widzę obraz: ks. Piotr wraca
z wieczornej liturgii, a ja czekam niecierpliwie, wypatruję
czarnej sutanny i oddaję się we władanie miłości, która
jeszcze nie wie, że przetrwa długie lata, że dochowa wierności,
że nie spłonie w ziemskiej namiętności. Wiara, choć niepewna,
bo niepewna być musi, już wtedy wbiła się we mnie, jak leśny
kleszcz. Obym umarł w jej ranach.
Wyruszyć w morze, bez pewności osiągnięcia celu, bez pomocy gwiazd i
stron świata, tylko z duchowym kompasem, który pozostawili
rodzice, opiekunowie, nauczyciele, katecheci. Zdać się na tę
nadwyżkę, która pozostaje z każdej miłości.
30 lipca
Nadszedł moment
– i wkrótce przeminie
(A. Zagajewski)
Każdy dzień w Wasilkowie rozpoczynam podobnie: siadam na stołeczku, tuż
przy piecu, zapalam świecę, przygotowuję poranną kawę. To samo czyniła moja mama. Teraz niejako zastępuję ją.
Czekam, aż śmierć i do mnie przyjdzie, podobnie jak w pewien
czerwcowy dzień objęła jej zbolałe ciało. Piszę ciało, choć
wierzę, że ono nie ginie, lecz przemienia się zgodnie z Bożym
zamysłem.
Wakacje to czas nieustannych prób. Niczego, tak naprawdę, nie można czynić
z całkowitą pewnością. Myśli rozklejają się w palcach. Ale
lubię takie chwile. Wówczas bowiem leniwa senność śpiewa w
moich ustach. Oglądam w telewizji jakieś straszliwie głupie
filmy, świadomie przyjmuję banał i pustkę. Wszystko po to, aby
odpocząć od autentycznej radości, której muszę strzec przed
groźbą samowypalenia.
Patrzę na swoje ciało. Nie jest już piękne, ani czarujące; przypomina
holenderską paterę, na której malarz ułoży zaraz owoce,
zabitego rannym świtem bażanta i cynowy kubek. Kilka wieków później
ktoś powie, że to przejmująca martwa natura.
31 lipca
zapamiętaj
– powtarzał stół – aby nie została starta gościnność
i miejsce na serdeczność i ciepło dłoni
(J.
Leończuk)
Benedykt XVI podczas modlitwy na „Anioł Pański” wspomniał, że
członkowie Irlandzkiej Armii Republikańskiej postanowili zawiesić
działania wojenne i pokojowo prowadzić swą działalność. To
kontrastuje z tym wszystkim, z czym mamy do czynienia na co dzień w
świecie – dodał papież. Rzeczywiście, Europejczycy żyją
w podsycanym przez media strachu. Przemierzając Zieloną Wyspę
wiele razy mogłem się o tym przekonać. Podskórnie, w głębi
irlandzkich serc drzemie zadra nieufności i dawnego bólu, która
nie daje się łatwo usunąć. Wbrew nowym czasom, wbrew oficjalnym
deklaracjom. A w Londynie trudno bez niepokoju postąpić krok
naprzód. Wnosząc do metra reklamówkę z bułką na pierwsze śniadanie
można zostać zastrzelonym przez policjantów.
1 sierpnia
...niech
ogień twej Boskiej Miłości strawi złożone Ci całopalenie!
(św.
Teresa od Dzieciątka Jezus)
Rankiem w kościele parafialnym w Wasilkowie pożegnałem relikwie św.
Teresy od Dzieciątka Jezus. Siostry Terezjarki wyraźnie poruszone
i duchowo wyróżnione. A ja? Przełamywałem wewnętrzny opór
przed napierającą zewsząd siłą, przydającą nie tyle łaski,
ile raczej wzruszenia. Powinienem bronić się przed egzaltacją,
która zamyka rozumną część duszy i każe marzyć; przenosi w
krainę ukrytą w głębi lustra, zaczarowaną przestrzeń bajkowej
Alicji. Realizm w wierze jest czymś koniecznym; sprawia bowiem, że
nie okłamujemy samych siebie; bierzemy na serio własne ułomności
i grzechy; wypowiadamy wojnę wszystkiemu, co w nas sztuczne, na
pokaz, na społeczną wagę. Dalecy dzisiaj jesteśmy od neapolitańskiej
sakralnej teatralności, wyrażającej się hałaśliwie w
kazaniach konkurujących z mowami szarlatanów, gdzie Chrystus i
Poliszynel dzielili między siebie względy tłumów. Pisze o tym
Piero Camporesi w pracy „Laboratoria zmysłów”,
znakomicie przełożonej przez niezastąpioną Joannę Ugniewską.
Czy potrafiłbym podczas Mszy Świętej nie od razu odrywać ust od
kielicha po wybiciu drogocennej krwi i tak jak św. Filip wysysać,
wylizywać, podnosić kielich wielokrotnie do ust, aby nie zostawić
ani kropli i aby nasycić się zbawczym płynem. Potem przez jakiś
czas nie poruszać głową i ustami jak ktoś, kto kosztuje
pysznego napoju? Być może; tylko że wyraziłbym to przeżycie w
spokojnych liturgicznych miarach. Nadałbym mu formę, która
zaprasza do modlitwy, umacnia w nadziei osiągnięcia religijnej
doskonałości.
Jedyną stałą jest zmienność. Nawałnica z gradem zespolona z jasnością
nieba. Moje serce nie może uciszyć się; wciąż goni, burzy się,
zmienia rytm, przeczuwając, że tylko w ten sposób uratuje siebie
i świat przed monotonią pewności i przyszłej nagrody.
W księgarni słyszę rozżalone głosy: ach, ci nasi twórcy, nic nie piszą;
ani jednego zdania godnego uwagi; nawet okładki ich książek
rozsypują się w palcach. Rozglądam się z niepokojem i szybko
podpowiadam: spójrzcie inaczej, poszukujcie źródeł słów. Także
w sobie.
Rocznica Powstania
Warszawskiego. W intencji 180 tysięcy poległych bohaterów
pochylam głowę, modlę się. Stalin pozwalał Niemcom niszczyć
Polskę, ponieważ sporządził zabójczy plan komunistycznego porządku,
który jeszcze i dzisiaj tli się w wielu umysłach.
3 sierpnia
Dla
pobożnego człowieka przywilejem jest umrzeć
(A.J. Heschel)
Pogrzeb mamy
Krzysztofa Z., z którym – jeszcze jako ministranci –
tworzyliśmy zespół muzyczny Cor unum; graliśmy podczas
Mszy Świętych włączeni przez ks. Piotra Bożyka w rozwijający
się wtedy ruch sacrosongowy. On czuwał, abyśmy zdobyli, choć
odrobinę duchowego żaru, umocnili iskierki wiary, zyskali życiową
siłę, tak potrzebną do pokonywania własnych słabości. Tamte
chwile zaważyły w znaczącym stopniu na naszej wrażliwości i
osobistych losach. Pozbawieni opieki ks. Piotra zapewne nie zdołalibyśmy
wyjść poza konwencje rodzinnych obyczajów i młodzieńczych
zagrożeń. Dlatego otaczamy go czułą wdzięcznością. Także
nasi rodzice uczestniczą (już w wyżyn niebieskich) w tym naszym
doświadczeniu. Wiemy bowiem bardzo dobrze, że po człowieku
pozostaje pieśń skomponowana, napisał Heschel, z czynów, którą
tylko Bóg może w pełni zrozumieć. Niemniej jednak próbujemy
odkryć sens we wszystkim, co nas dotyka; chcemy wiedzy pozwalającej
na spokój serca, na pogodne spojrzenie, wolne od doraźnych napięć.
Ale telefony milczą, listy nie nadchodzą, nawet te z życzeniami
imieninowymi bądź świątecznymi; pozostała tylko pamięć, wciąż
młoda i pełna serdeczności.
Zmagam się z powieścią. Praca wymaga specyficznego rodzaju
skupienia, także natury językowej; odtwarzam nie tylko konkretne
wydarzenia, ale przede wszystkim emocje, które łączą
porozrzucane kawałki rozbitej figurki, czyli rodzinnej historii. I
właśnie to jest najtrudniejsze. Ale ze stronicy na stronicę
jestem coraz bliższy celu. Pisanie powieści – zauważył Márai
– to już nie zaloty, lecz Akt.
Na cmentarzu uśmiechamy się niezręcznie. To nasza kolejna próba,
choć wiemy, że Bóg powinien wystarczyć, doprawdy, wszystkim.
Jan SOCHOŃ
Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w
Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku
oraz w Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w
Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca.
Opublikował między innymi „Ateizm. Wizje Etienne Gilsona”
(1993), „Słownik pojęć zmistyfikowanych” (1996),
„Spór o rozumienie świata” (1998), „Porzucić
świat absurdów” (rozmowy z Mieczysławem A. Krąpcem OP)
(2002). Ostatnio opublikował tomy wierszy „Modlitwa z muzyką”
(1996), „Wszystkie zmysły miłości” (1997),
„Ogień dobrej śmierci” (2001), „Czarna
flaga”, „W miłości zdarza się wszystko”
(2004), „Bagaż podręczny” (2005), „Rozczesuję
twoje włosy, matko” (2005) oraz swoje szkice „O
pocieszeniu, jakie daje literatura” (2005). Publikowane
obecnie zapiski poprzedziły „Zdania, przecinki,
kropki...” (1998) i „Dziennik z życia” (2005),
który ukazywał się w 37 i 38 numerze naszego pisma. Ksiądz
Sochoń krytycznie opracował i wydał „Kazania” księdza
Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich.
Mieszka w Warszawie.
|
Na zdjęciu:
Jan Sochoń
(Warszawa, 2008)
Fot. Archiwum "JS"
|