Olimpiada
Już wkrótce nad światem zapłonie olimpijski ogień. Ten
moment poprzedzony zostanie swoistą świecką liturgią:
skomponowana na ten moment muzyka, tysiące artystów, efekty
audiowizualne i nie wiadomo co jeszcze. Cały świat będzie
podziwiał zdolności organizacyjne gospodarzy igrzysk i
rozmach architektoniczny obiektów sportowych; nie zabraknie też
czasu na zachwyt nad gospodarczymi dokonaniami Kraju Środka. Przez
wiele dni ludzie będą się emocjonować zmaganiami sportowców,
cieszyć będą ich zwycięstwa, smucić porażki, liczyć się będzie
medale: złote, srebrne i brązowe. I oczywiście usłyszymy wiele
słów o szlachetności olimpijskich zmagań tak zbliżających
ludzi i narody do siebie, także o szlachetności samej idei
olimpijskiej służącej, a jakże!, szczytnej sprawie
pokoju.
Rzeczywiście, olimpiada zawsze miała pokój w tle; starożytni na
czas jej trwania zawieszali wszelkie działania wojenne. Domagać
się tego samego od ludzi XXI wieku byłoby już chyba zbyt wygórowanym
oczekiwaniem.. Przerwanie wojen, tak jak i gospodarcze czy
polityczne sankcje wobec różnej maści nikczemników, oznaczałoby
dziś dla wielu poważne uszczuplenie portfeli. Nie chodzi oczywiście
o portfel takiego zwykłego zjadacza chleba jak ja. Mój portfel może
zostać uszczuplony jedynie o cenę paru drobiazgów zakupionych na
bazarach, a wyprodukowanych w chińskich obozach koncentracyjnych.
I o tych właśnie obozach myślę dziś więcej niż o samej
olimpiadzie, ponieważ one i igrzyska w ich sąsiedztwie są
wymownym świadectwo moralnego dna, w jakim znalazła się nasza
współczesność. Nie nazywam tego zjawiska zezwierzęceniem, bo
mam szacunek do zwierzątek; one jakieś tam zasady zachowują.
Ciekaw za to jestem tego, jakimi zasadami kierują się ludzie
powierzający organizację igrzysk krajowi będącemu de
facto jednym wielkim obozem pracy z Tybetem w tle. Słucham z
uwagą argumentów za…
A więc po pierwsze, tłumaczą mi „olimpijczycy”,
polepszy się sytuacja w dziedzinie praw człowieka, a po drugie,
polityki nie należy mieszać do sportu. O ile pierwsza opinia może
być jeszcze zakwalifikowana do kategorii naiwnych, o tyle jedynym
przeznaczeniem dla drugiej jest miejsce w dziale: hipokryzja. W
dziedzinie praw człowieka nie zmieni się nic, albo zmieni się
niewiele, zaś druga opinia jest wygodnym parawanem dla osłonięcia
praktycznej niemocy albo i niechęci społeczności światowej do
jakiegokolwiek wysiłku by cokolwiek pożytecznego na tym świecie
zrobić. Wygodniej jest na przykład organizować konferencje o
walce z głodem, czy o prawach człowieka niż głodowi zaradzać
czy o prawa człowieka się zmagać. Choć w tej drugiej dziedzinie
też bywają różne standardy. Gdyby chodziło bowiem o jakiegoś
prawicowego dyktatora w mniejszym kraju, olimpiadzie u niego
skutecznie przeciwstawiliby się wszyscy „bojownicy”:
zieloni, pacyfiści, nawet feministki i ekolodzy, o parlamencie
europejskim nie wspominając. Gdy zaś chodzi o komunistyczne Chiny
mamy już tylko przekonywanie opornych: pozwólmy się zmagać
sportowcom, przecież chińskiej dyktatury nikt nie popiera. I
rzeczywiście, nikt ich nie popiera, za to dosłownie wszyscy robią
z nimi i u nich interesy, i to bardzo intratne - w końcu słynne
zawołanie pecunia non olet też należy do skarbca naszej
grecko-rzymskiej cywilizacji. Woła się „gwałtu,
rety” na rzekome prześladowanie „mniejszości
seksualnych” w Polsce, bo to nic nie kosztuje, ale nikt buzi
nie otworzy tam gdzie to rzeczywiście potrzebne, słyszymy za to
żenujące międlenie nie wiadomo o czym. Ten swoisty
koniunkturalizm, obrzydliwy w treści i w formie sięga zresztą różnych
dziedzin. Na przykład wspomniani już „ekolodzy”, tak
gorliwi w uniemożliwianiu normalnego życia mieszkańcom Augustowa,
jakoś nie przejawiają zapału w atakowaniu bałtyckiej „gazrurki”,
o wiele przecież groźniejszej dla ludzi, niż augustowska
obwodnica dla sosen i rzeczki.
Pecunia non olet… Zasady są ważne tak długo jak długo
nie zachodzi potrzeba ich stosowania. Gdy tylko takie niebezpieczeństwo
się pojawia, od razu nasze sofistyczne zdolności nabierają
koloru i wdzięku. Taka chociażby Irlandia miała prawo wyboru,
tylko potraktowała je zbyt poważnie i teraz ma za swoje. Przed
referendum było wiadomo, że do przyjęcia traktatu lizbońskiego
potrzebna jest zgoda wszystkich krajów, teraz politycy rządzącej
w Polsce partii mówią, że nic się nie stało, a prezydent Klaus
z bratnich Czech stwierdzeniem, że traktat przestał istnieć,
bardzo naraził się samemu marszałkowi Niesiołowskiemu. Wychodzi
na to, że trzeba dziś ciągle uczyć się umiejętności
posiadania właściwych poglądów we właściwym miejscu i czasie;
na sprawę Olimpiady w Chinach także.
Ja wszakże dziedzinie poglądów zamierzam być notorycznym
nieukiem. Nie zajrzę więc na olimpijskie podwórko, bo cały czas
widziałbym druty kolczaste i czołgi rozjeżdżające ludzi na
placu Niebiańskiego Spokoju. I żadne, nawet najpiękniejsze
zmagania tego widoku nie byłyby mi w stanie przesłonić, a gdybym
miał jeszcze podziwiać wyszczerzone w sztucznym uśmiechu gęby
polityków, mógłbym nie zdzierżyć...
Wszechwładny Pecunia wcisnął się wszędzie i rządzi sobie światem
w najlepsze, sportem także: w piłce na przykład nie wygrywają
kluby najlepsze, tylko najbogatsze, ponieważ kupują sobie piłkarzy
tak jak kiedyś kupowano gladiatorów i fakt, że w jakiejś tam
Victorii Londyn nie gra nikt z Londynu zupełnie nikomu nie
przeszkadza, a nawet zapytano by mnie tam zapewne, o co mi chodzi.
Wszystko to nie wygląda ciekawie. Świat, szczególnie ten, który
znam, pogrąża się w moralnej degrengoladzie z wielkim
upodobaniem, nic sobie z tego nie robiąc. Rzetelność i
przyzwoitość pozostały już tylko na ustach pełnych kwiecistych
zwrotów, jak choćby ten o „miłości i zaufaniu”.
Dalej już tylko pachnie – „inaczej”. Biedny świat.
Niech więc cieszy się olimpiadą, i niech dalej udaje, że jest
świetnie, choć nie jest i nie będzie tak długo, jak długo każdy
bez wyjątku pieniądz będzie pachniał.
– A może nie ma już na świecie miejsca godnego Olimpiady?
Franciszek GOMUŁCZAK SAC
Ks. Franciszek Gomułczak. Urodził się w 1957 roku w
Dobkowicach koło Przemyśla. Ukończył Wyższe Seminarium
Duchowne Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie koło
Warszawy i Katolicki Uniwersytet Lubelski. Studiował teologię i
historię. Pełnił urząd mistrza nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich,
pracował na parafiach w Sarnach i Żytomierzu. Przez ostatnie
cztery lata był ojcem duchownym i wykładowcą Wyższego
Seminarium Duchownego we Lwowie. Obecnie mieszka w Lublinie.
|
Na ilustracji:
Symbole
olimpiady
w Pekinie (2008)
|