Zawód czy powołanie?

W normalnym biegu życia każdy człowiek, dochodząc do stanu dojrzałości, dokonuje wyboru zawodu. Wybór ten ma na celu zagwarantowanie godziwych środków utrzymania sobie, ewentualnie założonej rodzinie i wreszcie zapewnienie przyszłości na starość. W wyborze zawodu człowiek sam jest panem swego losu; to on waży swe możliwości, porównuje je z propozycjami, wylicza opłacalność każdej z nich i w końcu wybiera to, na co ma ochotę i co mu się wydaje optymalnym rozwiązaniem w danej chwili. W wyborze zawodu, w zasadzie, zaangażowana jest jedna osoba – wybierający. On dokonuje wyboru pomiędzy najrozmaitszymi możliwościami, które nie posiadają bezpośrednio charakteru osobowego. Może się okazać, że człowiek popełni pomyłkę: przeliczył swe możliwości albo sytuacja tak diametralnie i niekorzystnie się odwróciła, że wybór okazał się nietrafny. Jest to zapewne jakaś porażka, ale jeszcze nie tragedia życiowa. Zawsze bowiem można wprowadzić odpowiednie poprawki, można zrezygnować z wygórowanych ambicji i odnaleźć sobie właściwe miejsce, można nawet, gdy życie nie weszło jeszcze w zmierzch, powrócić do sytuacji pierwotnej i jeszcze raz dokonać słusznego wyboru.
Wybierając zawód człowiek może w nim widzieć realizację rozwoju swej osobowości, ale może także traktować swą „nieciekawą” pracę jako możliwość pełniejszego zrealizowania siebie w innych dziedzinach życia.
W przypadku powołania rzecz się rozgrywa w spotkaniu między osobami. Istotny proces powołania dokonuje się w relacji międzyosobowej, niezależnie od tego, czy zachodzi ona między człowiekiem i drugim człowiekiem czy między człowiekiem a Bogiem. Zarówno pojęcie powołania (hebrajskie: qara – nazywać po imieniu i bachar wybierać, greckie: klezis – powołanie i ekloge wybór; łacińskie: vocatio – wezwanie), jak i jego najpierwotniejsza treść są pochodzenie religijnego, dokładniej biblijnego. U progu powołania zjawia się zawsze głos Boży przemawiający na najrozmaitsze sposoby, ale zawsze tak, że zostaje rozpoznany przez wzywanego i przenika najgłębsze pokłady jego osobowości. Głos ten domaga się zgody i aprobaty powołanego. Celem wreszcie powołania jest określona misja, nałożona przez Boga i skierowana skutkami ku dobru społeczności. Wydaje się jednak, że mimo pochodzenia religijnego, to znaczy pozostającego w jakimś stosunku do Boga, powołaniem można również określić każdy kontakt pomiędzy ludźmi, o ile występuje w nim moment zaangażowania, czyli misji do spełnienia dla dobra społeczności. W tym rozszerzonym pojęciu pojawia się aspekt, który nadaje człowiekowi wyjątkowy charakter, wyróżniający go szczególnym Bożym piętnem wśród reszty stworzenia. Dlatego można równie dobrze, zachowując odpowiednie proporcje, mówić o powołaniu kapłańskim, jak też o powołaniu do stanu małżeńskiego. Międzyosobowy charakter spotkania zmienia w zasadniczy sposób przebieg wyboru. Wybór przestaje zależeć tylko od jednej osoby – wybierającego, lecz dokonuje się pomiędzy dwiema osobami wolnymi, które w spotkaniu muszą się zdeterminować w stosunku do siebie.
Człowiek zawsze, a w dzisiejszych czasach szczególnie, bardzo starannie troszczył się o zachowanie terenu swej wolności, a nawet zabiegał o rozszerzenie tych przestrzeni, gdzie mógłby czuć się absolutnie panem i podejmować niczym i nikim nie skrępowane decyzje. Dla Alberta Camusa jednym z motywów jego niewiary było przekonanie, że istnienie Boga odebrałoby mu uciążliwy, co prawda, ale jednak zaszczyt brania w swoje ręce własnego losu i ryzyka wolności. W egzystencjalizmie typu Sartre’a wolność jest ujmowana jako rzeczywistość, którą człowiek sam sobie ustanawia, której jest całkowitym twórcą. Stąd też nabiera ona absolutnie transcendentnego charakteru w stosunku do innych wartości. Chrześcijaństwo na wolność patrzy inaczej; jest ona wartością służebną. Jest ona człowiekowi dana jako dar, ale jest również zadaniem. Doskonale wyraził ten chrześcijański punkt widzenia Karol Wojtyła w poemacie „Myśląc Ojczyzna”: ,,Wolność – powiada – stale trzeba zdobywać, nie można jej posiadać. Przychodzi jako dar, utrzymuje się poprzez zmaganie. Dar i zmaganie wpisuje się w ukryte karty, a przecież jawne”. Człowiek jest i powinien być współtwórcą swej wolności, jego zadaniem jest wolność umacniać i rozwijać.
U podstaw woli człowieka tkwi wrażliwość na wartości, pragnienie uczestniczenia w nich, dążenia do dobra – twierdzi Karol Wojtyła. Im większa zdolność osoby do tego, by „się dać porwać” prawdziwym wartościom, tym większa dojrzałość osoby. Owa wrażliwość na wartości nie przekreśla jednak wolności, którą człowiek współczesny tak bardzo ceni. Im człowiek jest bardziej pochłonięty, tym gruntowniej rozstrzyga i wybiera. Bóg chrześcijański zawsze szanuje wolność wyboru człowieka i nie wyznacza życiowej drogi bez zgody człowieka i wbrew jego naturze. Jest to prosta konsekwencja wynikająca z faktu, że Bóg stworzył człowieka wolnym. Oczywiście, na swej drodze człowiek spotyka wiele sytuacji, które go skłaniają do takiego czy innego wyboru, ale bardzo rzadko w takim stopniu, by odbierały mu odpowiedzialność. Nie znajdzie się jednak w Biblii przypadku, gdzie człowiek nie odpowiedziałby pozytywnie na Boże wezwanie. Może odpowiedzieć „nie”, ale odpowiada „tak”, nawet wtedy, gdy odpowiedź jest poprzedzona męką targowania się z Bogiem. Jedyny przypadek bogatego młodzieńca nie jest zupełnie jasny. Nigdy bowiem nie dowiemy się, za kogo ów młodzieniec uważał Chrystusa. Przecież Jezus z Nazaretu dla wielu mu współczesnych współrodaków był nie zawsze uważany za Syna Bożego, nawet odmawiano mu nie tylko misji mesjańskiej, lecz prorockiego posłannictwa. Dlatego bogaty młodzieniec mógł ze smutkiem, ale zupełnie spokojnie odejść do swych majętności, ponieważ propozycja ludowego Nauczyciela wydawała mu się pozostawać w dużej dysproporcji do tego, co posiadał i co dawało mu możliwości czynienia dobra bez nadzwyczajnych wyrzeczeń. W przypadku autentycznego wezwania Bożego, któremu wcale nie muszą towarzyszyć nadzwyczajności, człowiek wezwany doskonale czuje, że to właśnie Bóg go ogarnia całkowicie, posiada doznanie spotkania najwyższego dobra, które wywołuje w nim nieprzepartą potrzebę zaangażowania swej odpowiedzialności.
Boże wezwanie nie niszczy ludzkiej wolności, ale jest ono kontaktem tego typu, który powoduje, że człowiek sam się determinuje w kierunku wezwania. Zanim wola dokona rozstrzygnięcia i wyboru, musi nastąpić poznanie wartości. To rozpoznanie dotyczy z jednej strony Autora wezwania, który jest nieskończonym dobrem i jako takie objawia się wezwanemu, i z drugiej strony wartość dobra zostaje rozpoznana w samej misji do spełnienia. Człowiek jest w procesie powołania niejako „porwany”, „pochłonięty” lub „ogarnięty” dobrem i dlatego nie może pozostać na wezwanie obojętny. Ludzka wolność zostaje zachowana, natomiast stajemy w obecności zjawiska spontanicznego autodeterminizmu.
Jest w powołaniu coś z blondelowskiej idei poznania integralnego, które w gruncie rzeczy nabiera szczególnych cech w zetknięciu z Bogiem i Jego propozycją. Wytwarza się szczególny rodzaj napięcia, w którym człowiek doznaje nieskończonej dysproporcji między wielkością wezwania a własną słabością, nieporadnością i nędzą. Stąd mogą się rodzić wahania, wątpliwości, okresy wstrzymań odpowiedzi na wezwanie. Jest tu zupełnie inny typ wyboru niż przy wyborze zawodu. Pozostaje on zawsze wolnym wyborem wśród wielu możliwości, aje obecność duchowej namacalńości Boga i powierzonej misji wytwarza sytuację, że nie widzi się już innej drogi, jak właśnie ta – jedyna. To, co Maurice Blondel określa jako volonte voulante czyli nieograniczoną rozpiętość pragnień zostaje w powołaniu zredukowane do volonte voulue, która staje się wyborem za skierowanym wezwaniem.
Konsekwencją autentycznego powołania jest wierność wezwaniu. Powołania nie można tak dowolnie zmieniać, jak zmienia się zawód. Nie znaczy to jednak, że powołanie jest czymś, co nie podlega żadnemu rozwojowi. Przeżywa ono swe wzloty i zaniżenia lotu, przechodzi przez momenty ekstazy i przez mękę.
Gabriel Marcel wprowadził zasadnicze rozróżnienie między stałością a wiernością. Stałość jest to trwanie przy pewnym poglądzie. Patrząc od strony przeżywającego, stałość może mieć źródło albo w jego psychicznej dyscyplinie, albo w poczuciu obowiązku. W jednym i drugim przypadku istnieje realne niebezpieczeństwo wewnętrznej bezduszności, która stałość przemienia w automat. Wtedy jednostka nie wyżywa się wewnętrznie, lecz staje się niewolnikiem powziętych uprzednio postanowień lub ciążącego obowiązku. Podobnie stałość wobec drugich osób może być krępująca, gdyż jest odbierana jako upokarzająca jałmużna. Dla instytucji – jest ona członkostwem czysto zewnętrznym i wyraźną pańszczyzną. Zarówno dla jednostki, jak i dla drugich sytuacja w pewnym momencie staje się nie do zniesienia przez bezsens, który w sobie zawiera i wcześniej czy później musi się skończyć eskplozją.
Wierność różni się od stałości. Ona też zakłada tożsamość z uznawanym poglądem, ale wierność dotrzymuje kroku rozwojowi danego poglądu, jest stale potwierdzaną zgodą woli przeciw wszystkiemu, co chce człowieka odwieść od wyznawanego poglądu, ale jednocześnie poddaje ona ciągłemu zakwestionowaniu istniejący stan rzeczy i sprawdza jego autentyczność; nie chce oddawać hołdu powłokom zewnętrznym, które pozostały już jedynie martwą tkanką.
Poza dynamiką, następną cechą wierności jest samorzutność. Ani stałość, ani żadna siła nie jest w stanie wymusić wewnętrznej aprobaty człowieka. Natomiast wierność stać na ofiary, o których stałość marzyć nie może. Stałość, jeżeli zdobywa się na ofiarę, ma ona zawsze posmak fanatyzmu i nietolerancji. Ofiara wynikająca z wierności jest wolna, nie potępia nikogo, jest wynikiem naturalnego biegu rzeczy, jest często ostatecznym wyrazem wolnego wyboru. Powołanie w wierności uzyskuje wartkość górskiego strumienia i nie ma nic wspólnego z zarośniętym i pozbawionym ruchu stawem, gdzie nie zachodzi już nic poza procesem gnicia.
Najtrudniejszą sprawą jest uchwycenie wewnętrznego związku między wiernością powołaniu a rozwojem człowieka i życia. Ludzkie pragnienia zainwestowane i zakotwiczone w powołaniu idą razem, rosną i maleją według biegu życia. Istota wierności wymaga nieustannej afirmacji i czujnej obecności, ale nie według dawnego wskaźnika, lecz według aktualnej miary stanu psychicznego. W przeciwnym razie łatwo dojść do stanu infantylizmu powołania. Rewizja starych schematów i adaptacja nowych wydaje się tu postulatem samo przez się narzucającym. Duchowa plastyczność człowieka jest jedną z najcenniejszych cech jego natury, której ludzkość zawdzięcza rozwój kultury. Dlatego przy zachowaniu naczelnej idei powołania musi działać duchowa giętkość i gotowość do wewnętrznej reorganizacji, by czuć się pożytecznym w zmieniającym się stanie psychicznym i warunkach życia, które zawsze pozostaną tłem słusznego działania i odpowiednikiem jego powodzenia. Ten sam obowiązek plastyczności spoczywa na instytucjach, które są dla człowieka po to, by mu pomagać w rozwoju i osiąganiu doskonałości. Podobnie, jak jednostka musi nieustannie duchowo się odnawiać, by sprostać naturalnemu rozwojowi swej osobowości i nie zagubić misji, która jej została złożona w wezwaniu, tak samo instytucje muszą się adaptować do życia, by mogły być szczeblami do szczęścia ludzkości. Spróchniałe schodki daleko nie zaprowadzą i nie zagwarantują postępu, podobnie jak chorągiewka nie jest przewodnikiem ani drogowskazem. Zarówno rutyna, jak i falowanie są jednakowo niebezpieczne.
Sobór Watykański Drugi był wielką odpowiedzią wobec Kościoła i świata: Ecclesia semper reformanda – Kościół stale podlegający reformie. Dyrektywą i miarą reformy stała się zasada: adaptata renovatio – odnowienie dostosowane do życia. Dotyczy ona zarówno jednostek, jak i wspólnot i instytucji.

Leszek MALEWICZ SAC

Ks. Leszek Malewicz. Urodził się 21 stycznia 1939 roku w Warszawie. Do pallotyńskiego nowicjatu wstąpił w roku 1956. Święcenia kapłańskie przyjął w roku 1966. Po święceniach krótko pracował w pallotyńskiej parafii w Radomiu, następnie wyjechał na studia do Belgii. Stamtąd przeniósł się do Francji. W latach 1978-1981 pracował w Algierii. Od 1982 do roku 1990 był redaktorem naczelnym „Naszej Rodziny”. Od zakończenia pracy w pallotyńskim piśmie aż do dnia swojej śmierci pracował jako kapelan. Zmarł w Paryżu 15 stycznia 2008 roku. Prezentowany tekst ukazał się w „Naszej Rodzinie” - 3 (534) 1989, s. 18-21.




Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Polanów, 2008)


Fot. Eugeniusz Tomsia

© Recogito, Rafaliga