Poezja w mediokracji - Katakumbia i swołoczyzm
Jeśli nie chce się być prorokiem i nie kusi akt
poznawczy aż obślizgły od obiektywizowanej prawdy, jeśli nie
chce się bywać chromym herosem poznania samego siebie, czy choćby
przyrządem pomiarowym – cywilizacyjnym barometrem, to po
kiego… czorta zajmować się poezją, zmagać z formą? To
rozbudowane pytanie jest fundamentalne. Sytuacja kulturowa zmieniła
się diametralnie i model poety wieszcza, poety sumienia, poety
kreatora, po prostu – zdechł na śmieszność. Po co się
pisze, czego od pisaniny oczekuje? Poezja obecnie to skansen,
skamlenie o uznanie wyjątkowości, której to aspiracji
zdecydowana większość ludzi nie rozumie. Zasługuje więc na
wzruszenie, ale… ramion zbiorowości.
Przemijamy w mediokracji.
„Czwarta władza” zrealizowała ambicje większe, niż
sprawowanie kontroli nad wszelką władzą. Wystarczyło
znarkotyzowanie konsumenckiej masy „skrętami” tańców
z gwiazdami, obleśnym podglądactwem, szprycami tasiemcowych
seriali, marksowymi obietnicami „lepszego jutra”. Ta
„transowość” oznacza eliminację tłumu jako
podmiotu, który mógłby aspirować do korzystania z prawa do
prawdy. Media „zarządzają informacją” zamiast ją
podawać. Są integralną (akceptowalną lub przeoczoną przez ogół)
agendą władzy ustawodawczej, wykonawczej (egzekutorskiej), sądowniczej.
Byłoby to nieistotna przypadłość, ale media kreują samą
Rzeczywistość w jej przejawach przymiotowych. Mają konkretną
wizję; musztrują opinię publiczną. Egzekutorami tejże
„przeźroczystej władzy” są i starzy wyjadacze miodu,
dziennikarskie szczury, i „młode wilki” żurnalistyki
– żądne sukcesu i pieniędzy.
Poezja jest sztuką
a-medialną. To warunkuje (i zakłada) jej marginalizację,
zepchnięcie w zaścianek, domenę grupki wrażliwców, słowo-lejców,
czy też słowo-patów. Współczesne „słowo wiązane”
trwa w diasporze. Getto zakłada formy przetrwalnikowe, boczny tor
drogi do serc społeczności. Takie trwanie rodzi rachityczne formy
konsekwencji tegoż kazirodztwa, duszenia się we własnym sosie.
Poezja jest sztuką a-medialną. Stwierdzenie brzmi jak wyrok
– bez możliwości odwołana się do instancji wyższej.
Wyrok sądu bez adwokata, którego trudzenie w tej sprawie jest bez
sensu. Tylko koncepcja określenia „naszej” cywilizacji
jako eonu pieniądza,
jedynego miernika wartości może konkurować w trafności z
teorią mediokracji. Obie się uzupełniają, z siebie wynikają.
Tak to zelektronizowana ludzkość zmierza do neo-totalitaryzmu,
największego w dziejach – tyranii szczęśliwej pośledniości.
Opresyjność zrębów
pseudo-demokracji niweluje ponętna iluzja wolności. Otrzeźwiają
symbole – NIP, 666, PESEL, CV i list motywacyjny. Starczy
– nie trzeba Brukseli i MFW.
A tu i teraz, mimo materialnego wzrostu, praw obywatela i ucznia,
mimo prawa do pracy i godnego życia na koszt ogółu, prawa kalek
do integracji ze zdrowymi, fundacji dla zdolnych a biednych i
przystani dla bogatych, ale na dnie – na progu nowego tysiąclecia,
człowiek nie jest szczęśliwy. Jego życie penetrują produkty
przemysłu i usług: – traci elementarne poczucie bliskości
otaczającego świata, jego nadrzędnych sensów.
A właśnie a-medialna poezja
przywraca więź z tym, co jest
– przywraca właściwą hierarchię zachowań i
konstrukcję uniwersum. Towarzyszyła człowiekowi przez tysiąclecia.
Pieśni króla Dawida, mimo upływu trzech tysięcy lat, są nadal
żywe i rzesze wyznawców śpiewają je w antyfonach Mszy Świętej.
Ale postępująca desakralizacja ery postindustrialnej i tą perłę
przeżywania świata może zamknąć w szklanych gablotach muzeum.
Ze słowem pisarza świat liczył się jeszcze w drugiej połowie
XX-ego wieku (casus Alberta Camusa i Zbigniewa Herberta), jeszcze
brzmiało w sprawach publicznych, było wektorem sumień. Nie
poddawało się prawom rynku na równi z pudami paszy i baryłkami
ropy.
Czym jest poezja?
– zwykle odpowiadam – zawsze
„czymś więcej”. To znaczy, że każda definicja
wymaga niezwłocznie jej przekroczenia. Podjęcie się tego
zadania, wskazywanie desygnatu nazwy, dowodzi pychy określającego,
ale mierzenie się z Niemożliwym jest formą godności człowieka
– ostatecznej troski o świat i jego w ludziach ludzkie
oblicze.
Historia literatury przytacza wiele definicji poezji. Każda
zawiera jakąś cząstkową prawdę, każda pozostawia niedosyt; to
właśnie „czymś więcej”. Platon pisał, że w poetów
„bóg wstępuje i oni w zachwyceniu te piękne poematy mówią”.
Osiem wieków później, Pseudo-Dnionizy Aeropagita powie, że
„rzeczy widzialne są obrazami niewidzialnych”, czyli
każda rzecz i zjawisko ma znaczenie ukryte i wyższe. W myśl
takiej koncepcji poznanie staje się nieustannym odkrywaniem innego
sensu postrzegania zmysłowego, domeny sacrum. Średniowieczny
symbolizm zaczynał się na poziomie słów: nazwać rzecz to ją
wyjaśnić – postulował Izydor z Sewilli. I tu wypływa
funkcjonalna rola poezji: - stróża, odkrywcy i depozytariusza
„prawd pierwszych”, istoty rzeczywistości.
„Poezja to umiejętność ujmowania w formę wiązaną treści
poważnej i ważnej”, tak w XII – tym wieku nauczał
Mateusz z Vendome. Wiek XX rozbił formę, odkrył formy nowe, ich
mnogość, aż do... anty-poezji. Następnie zakwestionował ufność
do języka, jego adekwatność do realnie istniejącego uniwersum.
Dorzucił względność prawd. Stało się najgorsze – ośmieszenie
sensu, treści ważnej. Społeczność poddaje się indoktrynacji,
wynurza swe refleksje z bełkotu wywiadów, które udzielają
„moralne autorytety”, z tokowania gwiazdek estrady.
Najbardziej adekwatnym z wszystkich określeń poezji wydaje się
lapidaryzm R. M. Rilkego:
– „wyrażanie
niewyrażalnego”. Przekładając ten oksymoron na
język dyskursywny, poezja to ustanawianie w słowie tego, co jest,
czyli bytu w całej jego nieuchwytności, przekraczanie pojęć
nauki, tworzenie sensu, który znowu trzeba weryfikować
metaforycznie.
„Wyrażanie niewyrażalnego” to esencja liryki.
Pojęcie poezji, jako niedefiniowalne (w zdaniach logiki) postaram
się rozczłonkować, wielostronnie oświetlić. Najprościej można
wyodrębnić w nim trzy aspekty:
– po pierwsze jest
stanem świadomości, czy też pewnej nadświadomości
konkretnego człowieka; stanem wcześniej przez niego
niepodejrzewanym, obcym a jednocześnie jawiącym się jako
przekroczenie własnego ograniczenia; stanem łaski i przekleństwa
zarazem, fascynacji i trwogi, doznaniem czegoś nowego a jednak w
jakiś sposób już zażyłego;
– po drugie jest tym,
co wyrażone, formą wypowiedzi, zespołem środków językowych,
który winien wskazywać na przeżywany i istniejący świat pozajęzykowy:
- poezja jest sztuką, ars ( tak jak przedstawiał to E. Pound),
trzeba się jej uczyć, choć nie ma żadnej szkoły poetów, a
wszelkie warsztaty twórcze są złudzeniem kształcenia;
– po trzecie jest tym,
co w człowieku działa, zmienia system pojęć, wartości,
postaw, unosi na inny stopień świadomości – ontologicznej,
epistemologicznej i etycznej (dotyczy to zarówno twórcy jak
czytelnika); dobry wiersz, którego ziarno pada na odpowiednio
przygotowaną glebę serca i umysłu może mieć moc ewangeliczną.
I dopiero te trzy aspekty splecione ze sobą dają obraz czym jest
to „czymś więcej”, na jakich zasadach może
funkcjonować rilkeańskie „wyrażanie niewyrażalnego”.
Stany poetyckie nie są przywilejem „elity”. Przeżywa
je każdy, nawet handlarz żywym towarem i łapówkarz, ale tylko
poeta potrafi je zapisać, formować. Taki akt poznawczy (przeżyty
lub przyswojony) każdego człowieka może zmienić, ale człowiek
ma wolę i jej przyzwolenie jest tu niezbędne. Znakiem naszych
czasów jest perfekcjonizm w głuszeniu tych odczuć, odtrącanie
Nieznanego przez utylitarny racjonalizm lub jakieś mistycyzmy na
poziomie wróżenia ze szklanej kuli. Niemałą rolę odgrywa małostkowy
lęk przed zaangażowaniem całego siebie w „Coś
obcego” – rezygnacja z piękna, prawdy, miłości,
bo lepiej być ślepym, niż oswajać cierpienie.
Ważne jest to, co poezja „robi” z człowiekiem, aspekt
etyczny i metafizyczny. Nagminnie funkcjonuje wierszowanie bez
odniesień aksjologicznych – „poezja dla poetyczności”,
czyli frakcja „poezji czystej”. Tylko należy zapytać
– czy wyrażanie stanu wyjałowionego z motywów kulturowych,
filozoficznych, religijnych, politycznych wreszcie, z całego
aparatu intelektualnego nie jest przejawem eskapizmu, przyzwoleniem
na margines? Bo jeśli poezja to przejaw całościowego zaangażowania
w świat i w siebie w tym świecie, to winna przenosić wszystko,
co ważne, aktualne – i osadzać to w ponadczasowym,
uniwersalnym, wspólnotowym. Odpowiedzialność nie może być
prawdziwej poezji obca: - ma oświetlać i pośrednio wskazywać
wartości. Nie może to jednak być katechizm z metafor i
synekdoch. Poezja musi operować kontekstem i ironią, by stwarzać
w chaosie jedność przeciwieństw. Poezja jest agenturą prawdy.
Częstokroć w tej sprawie musi wykazać się chińską cierpliwością
oprawcy. Należy wspomnieć o bliskości poezji i filozofii. Obie
wyrażają sądy najbardziej ogólne, choć posługują się innym
aparatem dowodowym i do innych sfer człowieka te prawdy adresują;
same akty poznawcze poety i filozofa są bliźniaczo podobne.
Poezja współczesna,
nieprzystająca do praktycyzmu zarządców mass-mediów, rozbija się
na dwie frakcje: - tworzy księstwo Katakumbii
lub przeradza się w pospolitość swołoczyzmu.
Nie wiem czy Katakumbia już istnieje, nie znam jej disciplina
arcani. Ledwie je przeczuwam, tak jak „dziejową
konieczność” Księstwa tegoż zaistnienia. Wiem, że
istnieją podziemne korytarze dla wygnańców i można tam zastawić
stół ofiarny, który będzie się uginał od czerstwych bochenków
prawdziwej agape. Czym cechuje się zejście do katakumb nie trzeba
zbytno tłumaczyć – klęską przy jednoczesnym triumfie tak
zwanej pneumy.
Słowo uroczyste jest konieczne, bowiem to „Słowo stało się
ciałem” i warunkuje istnienie cielesno-duchowej osoby.
Zresztą nawet anty-autorytet w Katakumbii – Freud –
napisał, „że pierwszy człowiek, który zamiast włóczni użył
przekleństwa jest twórcą cywilizacji”. Tak więc słowo i
Słowo warunkuje dalsze istnienie człowieka jako osoby. Istnienie
zakłada przestrzeń, więc i przestrzeń między-słowną.1
Swołoczyzm jest w zasadzie jawny, sam się obnaża i się tego nie
wstydzi. Warto jednak wyłuszczyć jego cechy w domenie poezji:
1. Ckliwość, unikanie promocji postaw
heroicznych, strach przed cierpieniem (nawet poznawczym);
2. Zacieranie napięcia metafizycznego pomiędzy sferą sacrum i
profanum, cechy fauny abisalnej;
3. Wielokulturowość, która zwalcza każde zakorzenienie;
4. „Wieczna niedojrzałość” twórców spod
„znaku swołoczy”, zamiłowanie do humbugu i prowokacji
dla samej prowokacji;
5. „Swoizm”, czyli promowanie tylko swoich lub tych, którzy
się odwzajemniają. Tworzenie zamkniętych grup, gdzie krąg
„pisatieli” nadyma się swoją wielkością i wydaje sądy
ostateczne;
6. Praktycyzm ontologiczny, czyli przyjęcie ostrzeżenia (C.
Michalskiego): - „Jeśli roztrwonicie swoje siły, walcząc z
Zasadą rzeczywistości, zabraknie ich wam, żeby zmierzyć się z
konkurentami. A wtedy grozi wam los nieudaczników.”
7. Mania zajmowania się ludźmi zwykłymi, akcentowanie ich
postrzegania, choć to inni są „istotowo” ważni.
Swołoczyzm nie dotyka tylko poetów i pseudo-poetów,
poetessy i narcyzów w taflach krzywych luster, dotyka także (jakże
mocno) jurorów i krytyków, którzy częstokroć pełnią jedne i
drugie, i trzecie (poetów) funkcje naprzemiennie. Dotyka nieliczne
(może i na szczęście) grono czytelników. Sam chcę być dumny z
„hasła dostępu” do Katakumbii, ale swołoczyzm kusi,
tokuje swe racje, staje się w buntowniku piątą kolumną zdrady.
Można się jakoś tak umysłowo rozkraczyć, że hipokryzja staje
się naczelną cnotę.
Katakumbia nie jest odwrotnością swołoczyzmu. Jest konsekwencją
pójścia pod prąd, obrony uroku wierności. Kardynał Josef
Ratzinger w 1999 roku wyrażał obawy (patrz: „Sól
ziemi”), że przemiany industrialne zmuszą wyznawców
Chrystusa do zejścia w neo-katakumby. W naszym regionie oznacza to
zwycięstwo relatywnego konsumpcjonizmu nad wrażliwością
ponad-czasową.
Wydaje się, że ostatnim poetą, który chciał poważnie postawić
holistyczną wizję „globalnej wioski” był Czesław Miłosz
(jeszcze sprzed Nobla). Szanse miał Zagajewski, ale skrewił.
Geniusz Herberta, z wiadomych racji historycznych, ugrzązł w
„postawach wyprostowanych”.
„Poezja jest rzeczą samotnego sumienia” – napisał
po II wojnie światowej więzień Oświęcimia, propagandysta
„lepszego świata” w wydaniu sowieckim. I tę prawdę
zastosował do siebie dosłownie. „Borowski zdradził”
– pisał potem w roku 1951, Czesław Miłosz –
„Więc gaz otworzył i twarzą do ściany / odwrócił się i
w mroczne wieki minął […]
Borowski zrozumiał zbłąkanie. Słowo postawił po stronie fałszu
i zbrodni, a tego twórca nie powinien sobie łatwo wybaczyć.
„Samotne sumienie” wyciągnęło z tego faktu
konsekwencje. Nie chciał ozdrowieńczej pokuty. Rozpacz ślepego
zaułka była silniejsza. Wierność powołaniu podniosła samobójczą
rękę na podmiot dotknięty ideową klęską.
Dwadzieścia lat później Rafał Wojaczek przedstawiał stosunkowo
nowatorską, na gruncie polskim, receptę na twórczość. Pisanie
jakby wiersz, który dana osoba aktualnie tworzy miał być
ostatnim, jakby za każdym wersem rodzącym się we wnętrzu człowieka
i nanoszonym na papier stała już tylko śmierć, anihilacja
postrzegania. Takie zaangażowanie gwarantuje eliminację płycizn,
zbędnej ornamentyki. Wojaczek to doskonały paradygmat całościowego
zaangażowania człowieka w twórczość stricte literacką. To, że
tragiczny nie umniejsza faktu, tą postawę uwiarygodnia.
Przytoczmy fragment jego tekstu: „Zaprawdę powiadam ci, poetą
się jest. Jest się nim żyjąc […] Bywa się nim wtedy,
kiedy braknie sił, by dźwignąć ciężar życia. Wtedy ucieka się
do ogródka, sztucznym sposobem ogrodzonego i sadzi się smętne
kwiatki na schludnej grządce.” To kontra wobec Przybosia, który
uparcie twierdził, że „poetą się nie jest, poetą się
bywa”. Wojaczek to egzystencja heroiczna. Nie miejmy nadziei,
że ten typ będzie „na topie”.
Po śmierci Zbigniewa Herberta (wcześniej po nagonce na jego osobę:
patrz GazWyb, „Smecz”) zamarł podziw dla jedności życia
i tego, co się tworzy. Liczy się sukces, nie trud i efekt
wnikania w subtelne światy znaczeń i doznań pełnych zapachu
numinozum. One nie pachną farbą banknotów i nakładami
kolorowych piśmideł.
Podaj przykłady! – zażądasz czytelniku. Ach! – ich
tyle! „Legion”, który nie chce przejść w wieprze.
Przykładów nie warto przytaczać, choć wiele ma koloryt anegdoty
i żywotność mitu, bo przywołane, w kontekście powyższych
konstatacji, stałyby się incydentalnym donosem. Wszystkich
„swołoczystów” nie sposób wymienić, a tak trzeba,
by oddać sprawiedliwość wszystkim. Literackich kapusiów, którzy
na przejrzystych aluzjach robią interes wydawniczy i zbierają swołoczy
aplauz jest bez liku. Konfidenci chcą „być na górze”,
ale takie postępowanie obnaża ich resentyment.
Na koniec, żeby diagnoza nie była jednoznaczna, przytoczę
pytanie, które z stron „Drogi” zadał św. Josemaria
Escriva: „Dlaczego wydając sąd o innych, do swych
krytycznych uwag dodajesz gorycz własnych niepowodzeń?”
Rafał JAWORSKI
1Teza
Nicola Chiaromonte o tym , że współczesna poezja od Flauberta i
Baudelaire´a jest gnozą współczesności wydaje się być
zaledwie nieco adekwatna tylko do tych twórców (dorzucając
Mallarmego). Gnostycyzm wieków od II do V po Chr. był jednak
religią światową (udowadnia to Gilles Quispel: patrz:
„Gnoza” IW PAX W-wa 1988). Tamta „fałszywa
gnoza” (jak ją określał Ireneusz z Lionu) realizowała próbę
wcielenia w historię wielkich mitów platońskich i emanacji plotyńskich
łączonych z elementami chrześcijaństwa i motywem samozbawienia.
A współczesna poezja w swej wyalienowanej masie postuluje
zbawienność indywidualistyczną, ale ateizm wobec bożka tego
postulatu jest oczywisty. Te relacje są interesujące i warte omówienia,
ale tkanka społeczna i duchowa tamtych i naszych czasów jest na
tyle odmienna, że wymaga to opisania w szerszej perspektywie (i
objętości).
Rafał Jaworski urodził
się 1952 roku w Sławkowie. Absolwent AGH Kraków (ceramik). W
1985 roku debiutuje jako poeta. Wydał tomiki wierszy:
„Cywilizacja lepszego jutra” (1991) i
„Wierni i wybrani” (2007). Tworzy obrazy sakralne i
ikony.
|
Na zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2008)
Fot. Marek Wittbrot
|