Między Boulogne i Cielcami

Z Pawłem JOCZEM rozmawia Marek WITTBROT

Paweł Jocz (1943-2008). Urodził się w Wilnie. Rzeźbiarz, malarz i rysownik. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1967 roku do dnia swojej śmierci mieszkał we Francji. Zmarł w Boulogne 21 października br. Tydzień później został pochowany na miejscowym cmentarzu. Po raz pierwszy pokazał swoje prace w 1967 roku w Sztokholmie. Wystawiał w wielu krajach Europy, uczestniczył w ponad pięćdziesięciu indywidualnych wystawach. Jest autorem monumentalnych rzeźb „Solidarność ludów” (Wielsbeke w Belgii) oraz „Elewacja” i „Chmura poety” (na obrzeżach Paryża). Jego prace znajdują się w siedzibie Polskiej Akademii Nauk w Paryżu i Bibliotece Polskiej na Wyspie św. Ludwika. Robił ilustracje do książek, a także pisał teksty poświęcone sztuce współczesnej. W 1988 roku ukazał się  album „Paweł Jocz” wydany przez Museum de Metzhuius w Wielsbeke, który traktuje w sposób retrospektywny twórczość, malarską, rzeźbiarską i rysunkową. W 1999 ukazały się dwa albumy: „Paweł Jocz  - twórczość” i „Wanted - rysunek”. Prezentowany wywiad stanowi dalszy ciąg rozmów prowadzonych w latach 1999-2003 i publikowanych na łamach „Recogito” 1, 3, 4, 7, 14, 25, 27, 38, 43, 44, 47, 48, 51.

– Boulogne stało się miejscem Twojej pracy, Cielce - również?

– Jestem utwierdzony, mocno zakorzeniony, a jednocześnie rozdarty – jak koszula albo żagiel na wietrze.

– Wciąż tu i tam?

– Gubię się i odnajduję. Rzeźbię i rysuję. Żyję pomiędzy miastem i wsią. Pomiędzy ludźmi, ze swoimi psami, demonami... i kobietami.

– Rzeczywiście, Twoja pracownia nad Sekwaną i twój cielecki dworek zawsze kipiały życiem.

– Jak w prawdziwym kotle...

– ... w ogromnym tyglu. 

– Przy winku i przy kominku.

– Nie przypominam sobie, żeby u Ciebie panowała kiedykolwiek usypiająca atmosfera. Raczej trudno było liczyć na święty spokój.

– Muzyka i Ameryka!

– Powiedziałbym raczej, że prawdziwa Wieża Babel.  

– Bom z Joczów.

– Spotkałem u Ciebie wielu – rzekłbym – nietypowych Polaków, ale też wiele innych nietypowych osób – Francuzów, Amerykanów, Niemców, Japończyków i Chińczyków... 

– ... samba, oberek, fokstrot, czardasz i taniec brzucha.

– Lista musiałaby być bardzo długa i – sądzę – długo pozostawałaby niekompletna. Owszem, Twoje urodziny uświetniła tancerka brzucha, spotkałem też pianistę jazzowego z Nowego Jorku, spotykałem różnych solistów i solistki, nie wspomnę o spektaklach teatralnych i sztukach daleko odbiegających od sztuk plastycznych. 

– Jedno z drugim gdzieś się łączy. Rzeźba jest jak akt strzelisty, czasem jak poemat, czasem jak wiersz, poezja żywa, modlitwa... A poezja – jak muzyka. Góry i chmury, lądy i morza, wszystko, co nas otacza – czyż nie jest również w nas? Wędrujemy sobie poprzez czas, przez świat, spotykamy się, a niekiedy mijamy, rodzimy się i umieramy, coś jednak pozostaje. 

–  Wiersz, rysunek, „Chmura poety”, „Solidarność ludów” i Demostenes, który – mimo swojej ułomności – dzięki kamykowi przemówił... 

– ...i przemawia nadal.

– Dzięki Twojej rzeźbie.

– Nie, nie o niej trzeba by mówić. Gdzieś, w jakiejś nie do końca znanej, rozpoznanej przestrzeni, spotykamy się... 

–  ...umarli i żywi?

– Jeśli istnieje świętych obcowanie i tym podobne rzeczy, dlaczego i to miałoby być niemożliwe?

– Właśnie w Twojej pracowni spotkałem wielu spośród tych, których od dawna chciałem poznać, choć zdawało się, że nigdy nie będzie to możliwe?

– Rzeczywiście?

– I Beethoven, i Tansman, i Rubinstein, i Bardini, i Georges, i wielu innych, o których wiele opowiadałeś, a nade wszystko przedstawiałeś ich w swoich rzeźbach i rysunkach.

– Oni mówili sami o sobie, sami za siebie.

– Po raz pierwszy trafiłem na allée du Vieux Pont de Sèvres dzięki Jackowi Bierezinowi? Ostrzegał mnie, że tak szybko nie wyjdę z Twojego atelier... No i do dzisiaj błąkam się pośród Twoich aniołów i demonów, wśród starych i nowych Twoich przyjaciół.

– I żałujesz tych spotkań?

–  Nie, nie żałuję, choć – przyznam – nieraz długo nie mogę po nich zasnąć.

– I potem się obudzić?

–  Budzę się szybciej niż zasypiam.

– Mnie czasem też się to zdarza.

– Wrosłeś w to miejsce.

– Wciąż wrastam i wyrastam... jak z krótkich i długich portek. Odchodzę i wracam do swoich obsesji. Chcę się od nich uwolnić, a jednocześnie nie potrafię bez nich żyć.

– Twoja sztuka jest raczej wizyjna, a nie obsesyjna.

– Może i tak. Nie zastanawiam się nad tym. Żyję. Jeszcze dycham i oddycham...

– ...również tym miejscem, swoją przestrzenią? 

– Żeby zaczerpnąć powietrza, jeżdżę do Cielc. Tam jestem jak w Joczach, na ojcowiźnie.

– Blisko swoich przodków?

– Blisko dziadów i pradziadów, ale też – myślami – blisko Zosi, która kiedyś wszystko przejmie.

– Twoja córka przejęła zainteresowania i, chyba, buntowniczą naturę.

– Na razie jest za wcześnie, żeby o takich sprawach wyrokować.

– Każdy musi odnaleźć własną drogę?

– Własną i niewłasną, ale lepiej, gdy jest to świadomy, w pełni dojrzały, wolny i odpowiedzialny wybór. Każdy przeżywa swój czas afirmacji i buntu. Nieraz, z upływem lat, zupełnie się odcina. Niekiedy wraca do korzeni. Najważniejsza i najtrudniejsza batalia to ta... 

– ...ze samym sobą?

– I swoim bytem... 

– ...również swoim przeznaczeniem i ograniczeniem, swoim istnieniem, swoimi wyobrażeniami i narzucaną, czy też narzucającą się historyczną, społeczną czy polityczną perspektywą?

– Nikt, jeśli się uprzemy, nie jest w stanie nam niczego narzucić. Oczywiście może starać się nas przekupić – i często tak się dzieje – może nawet, w razie nieposłuszeństwa, próbować nas zniszczyć, ale ostateczny wybór zależy od nas. 

– Ty wybrałeś?

– Zdecydowałem się decydować. 

– Zdecydowałeś się na wolny wybór?

– Sam z siebie, a może nie sam...

– ... postanowiłeś, patrząc w chmury, zajrzeć głęboko w duszę, w serce? 

– Pod skórę, w trzewia, w głąb bytu i niebytu. 

– I co odkryłeś? Tysiąc twarzy, zmienność, niestałość, różnorodność, czy też podwójność, potrójność, ludzką niespójność, nasze pogmatwanie, własne nieprzystosowanie?

– Zmieniamy się czy przystosowujemy przez całe życie; przez całe swoje życie szukamy i błądzimy, gubimy się i odnajdujemy. 

– Albo na odwrót? 

– Rzeźbiarz czy malarz – i chyba również każdy duchowny – nie jest od prawienia morałów. A że tak się często czy czasem dzieje...

– ... tym gorzej dla dokonywanych na co dzień wyborów? 

– Tym marniejsze efekty, finalne rozwiązania.

– W końcu każdy pozostaje sam?

– Ze swoimi demonami.

– Czasem pojawia się i anioł?

– Raczej demon i anioł w jednej osobie.

– I tu w Boulogne, i w Cielcach również?

– To nie tyle przemieszczanie się przestrzeni, co oswajanie się, rozpoznawanie, odkrywanie natury rzeczy i urzeczywistnianie się w naturze.

– Pomiędzy „wczoraj” i „dziś”, „ja” i „ty”, pomiędzy widzialnym i niewidzialnym, pomiędzy ludzkim gatunkiem i tym co indywidualne?

– I tak, i nie. Nie da się rozdzielić tego, co – tylko wedle potocznych wyobrażeń – zupełnie do siebie nie pasuje.

Boulogne, luty-czerwiec 2003




Na zdjęciu:

Paweł Jocz
przed swoim
dworkiem

(Cielce, 1997)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga