Paweł Jocz ex post

Wystawy w Guyancourt i Łodzi zaplanował sam. Zastanawiał się, czego ile powinno być. Rozważał różne koncepcje. Wybierał rysunki i rzeźby. Pytał, co lepiej pokazać i czego raczej nie dawać. Czekał z nadzieją. Cieszył się, że początek 2009 roku będzie intensywny. Miał mnóstwo pomysłów. Nie zamierzał poprzestać na wystawowych przedsięwzięciach. Kolejnym celem, jaki sobie wyznaczył, było „ustawienie jak trzeba” gotowego już pomnika Cypriana Norwida oraz wykonanie rzeźbiarskiego portretu Witolda Gombrowicza. Poranek 21 października zweryfikował ambitne zamierzenia. Stał się nieoczekiwaną puentą do ekspresyjnych, dynamicznych kreacji. Ekspozycja otwarta trzy miesiące później na rozległej antresoli ratusza w Guyancourt okazała się jedną dwóch ostatnich, a zarazem pierwszą pośmiertną prezentacją jego dorobku. 
W przypadku autora „Elewacji” i „Chmury poety”, dzięki nieustannemu ścieraniu się różnych żywiołów, wszystko, co minione i co uobecnione, objawiające się – jak uznali gospodarze wernakularnego gmachu przy placu Pierre’a Beregovoy – w snach i na jawie, w żywej pamięci, jak i w nieuświadomionych traumach czy egzystencjalnych lękach, to niezapisane w tradycyjny sposób, lecz wyryte dłutem albo wydłubane ręką poematy. Monumentalne, ale też przeznaczone dla indywidualnych odbiorców. Proste w formie. Złożone w treści. Z pozoru skomplikowane, a zarazem jasne w przekazie. Niebanalne, niesprowadzalne do jednej formuły. Czasem porażające, jak zderzenie albo ukryta eksplozja: myśli, pożądań, własnej mocy i niemocy. Rzeźby jak i rysunki Pawła Jocza nigdy nie były ideologicznym, patetycznym przesłaniem. Ich autor nie uciekał ani od jednostkowych, ani od zbiorowych przeżyć. Niezwykle uważny, czuły, wręcz nadwrażliwy, otwarty na różnorakie prądy Historii, całe życie szedł swoją drogą. I – mimo wielorakich, atakujących z zewnątrz, wyjątkowych pokus – pozostał całkowicie niezależny.. Umiał zachować dystans. Kiedy pozostawała pusta perspektywa albo biały arkusz papieru, kiedy – niby tabula rasa – stawała przed oczami przestrzeń do wypełnienia, kiedy niepokoiła jakaś troska, kiedy intuicja, wewnętrzny głos albo imperatyw, doświadczenie albo własne przeczucia pociągały, cofały, kazały czynić krok do tyłu albo do przodu, nie pozostawał obojętny. I nie zatrzymywał się, nie lubił stać w miejscu, nie bał się iść dalej niż zamierzał. W jego rysunkach i rzeźbach – wśród tych niezwykłych multiplikacji, których sam nie chciał interpretować – możemy za każdym razem dostrzec więcej. Znacznie więcej niż w zwykłym, pobieżnym oglądzie. Sploty, linie, ślady trwania i przemijania. „Wszyscy jesteśmy pokaleczeni, przygniecieni, strasznie porozbijani, nieprzygotowani do życia i do umierania. Żyjemy, ale nie w pełni. Pragniemy nieśmiertelności, lecz na co dzień wolimy ściągać siebie w dół, a nie podnosić, prowadzić ku nieznanemu” – mówił do mnie krótko przed śmiercią.
Albert Caraco, jeden z najbardziej bezwzględnych, nieprzejednanych krytyków współczesności, świadomy tego, co z ludźmi i ludzkimi zbiorowościami uczyniła Historia w XX wieku, jak też i tego, co potrafiły wyczyniać jednostki przeciw całym społecznościom i jedne narody przeciwko innym, zakończył swoje monumentalne dzieło „Le Tombeau de l’Histoire” stwierdzeniem, iż człowiek uznawszy, że jest panem, a nie sługą Stworzenia, skazał się na klęskę. I musiał abdykować. Ale mimo wszystko, mimo straszliwych zniszczeń i bezbrzeżnej rozpaczy, mimo ciemności, jakie ogarnęły nie tylko niebo i ziemię, jakie wtargnęły do ludzkiej duszy, Duch nie ma nic do stracenia. I nie powinien, nawet w największym zniewoleniu, poddawać się. 
Człowiek przełomu XX i XXI wieku. Jaki był? Jaki jest? Chciał zapanować na wszelkimi żywiołami a musi uznać swoją porażkę. Chciał być potężny, chciał być panem Historii, okazał się niezdolny do pokierowania losami świata i własnym życiem. O tym człowieku – nade wszystko w swoich rysunkach – opowiadał zmarły w 2008 roku artysta. Mówił nie uciekając od faktów, nie moralizując, nie osądzając, nie upraszczając ani pojedynczego, ani zbiorowego losu. Obserwował. Rysował. Rzeźbił. Stawał naprzeciw: demonów Historii, banalnej i niebanalnej codzienności, ludzkich sekretów i ułomności, skrytych marzeń, wzniosłych rojeń, nieograniczonych chęci i ograniczonych możliwości. Widział i wiedział, do czego zdolny jest każdy bez wyjątku. Stąd – obecne często w jego pracach – pandemonium lęków. Stąd pytanie o ludzką kondycję. Stąd obawy – ale i nadzieje. 
W zawikłanych, nietypowych liniach, splotach różnorakich dążeń i pragnień, w portretach i, znacznie mniej licznych, pejzażach samotnego poszukiwacza z Boulogne jednak nie o nieistnienie, a tym bardziej, nie o unicestwienie chodzi, lecz – o bycie, o życie we wszelkich jego przejawach. Wystawa w Guyancourt – chyba jedna z najciekawszych i najlepiej przygotowanych w ciągu ostatnich lat – pokazała i dzieło, i twórcę. Stała się rodzajem trudnego wtajemniczenia. A jednocześnie jest i, miejmy nadzieję, będzie zachętą do tego, żeby bez obciążeń, spokojnie, spojrzeć na jedną z najbardziej przejmujących współczesnych artystycznych wizji. Paweł Jocz pozostawił nam w spadku wiele; a właściwie pokazał znacznie więcej niż powiedział; sam – proszony o jakikolwiek komentarz – nigdy nie ośmielał się wyrokować, jaką drogą podążać, jakie miary zastosować, w jaki sposób patrzeć na jego rzeźby i rysunki.

Marek WITTBROT

Paryż, 29 stycznia 2009 roku

Marek Wittbrot – w latach 1991-1999 prowadził „Naszą Rodzinę”, obecnie zaś jest redaktorem „Recogito”.




Na ilustracji:

Plakat
wystawy
Pawła Jocza

(Guyancourt, 2009)


© Recogito, Rafaliga