Rosja w oczach Polaków i Niemców: nostalgia i fobie
Obrazy ROSJI, jakie
ukształtowały się w połowie XIX stulecia w polskiej i
niemieckiej opinii publicznej, były do siebie bardzo podobne.
Zdumiewająca to okoliczność, jeśli wziąć pod uwagę odmienną
sytuację wyjściową obydwu narodów w ich stosunku do Rosji. Od
1813 do 1815 roku fetowano w Niemczech Rosję jako wyzwolicielkę
spod tyrańskiej władzy Napoleona. W Polsce natomiast klęskę
tego „tyrana” odbierano niczym narodową tragedię,
oznaczała ona bowiem klęskę nadziei na restytucję suwerennego
państwa nad Wisłą. Pomimo tych odmiennych doświadczeń polska i
niemiecka rusofobia osiągnęła w parę dziesiątków lat później
niemal jednakową intensywność.
1. Polski obraz Rosji (XIX wiek)
Konflikt polsko-rosyjski nie może dziwić, gdyż jego podłożem
była wielowiekowa tradycja. Szczególnej ostrości nabrać miał
on jednak dopiero po powstaniu listopadowym z 1830 roku, stanowiącym
swego rodzaju cezurę we wzajemnych stosunkach obydwu narodów. Aż
do owego momentu nie brakowało ze strony rosyjskiej prób nakłonienia
politycznych elit zagarniętych ziem polskich do lojalności względem
nowego suwerena. Jest swego rodzaju paradoksem, że to akurat w
najbardziej autokratycznym ze wszystkich mocarstw zaborczych, w państwie
carów, wysiłki te były na początku XIX wieku najbardziej
zaawansowane. Wynikało to w dużej mierze z charakteru państwa, w
którym o polityce decydował, w nieznanym w innych państwach
stopniu, osobiście aktualny władca. W tym względzie propolskie i
liberalne sympatie Aleksandra I korzystnie rzutowały na położenie
Polaków w cesarstwie.
Mniej więcej do 1812 roku tłumaczyć można było liberalną
politykę gabinetu petersburskiego pragnieniem przeciwstawienia
napoleońskiemu konceptowi Polski własnej alternatywy. Ale i po
pokonaniu Francji charakter polityki rosyjskiej wobec zachodniego sąsiada
nie uległ początkowo większym zmianom. Flirt z Napoleonem
puszczono w niepamięć. Polityczne i militarne elity Wielkiego Księstwa
Warszawskiego (1807-1813) – jednego z najwierniejszych
sojuszników Francji – przejęte zostało w większości
przez powołane na kongresie wiedeńskim do życia Królestwo
Polskie. Nowe państwo nad Wisłą otrzymało pomimo unii
personalnej z carem jedną z najbardziej liberalnych konstytucji na
kontynencie. Aż do końca istnienia Królestwa była ona solą w
oku rosyjskich konserwatystów, chociaż w ostatnich latach
panowania Aleksandra I, a zwłaszcza po wstąpieniu na tron Mikołaja
I (1825-1855), systematycznie podkopywano jej podstawy. Stąd też
bezbrzeżne było ich oburzenie na „niewdzięczność”
Polaków po wybuchu powstania listopadowego, popartego po początkowych
wahaniach przez wszystkie niemal elity przywódcze Królestwa. Po
jego stłumieniu Rosjanie zlikwidowali resztki polskiej samodzielności.
Charakterystyczne dla Polski przeciwieństwo między państwem a
społeczeństwem ujawniło się po 1831 roku ze szczególną ostrością.
Społecznego prestiżu nie wiązano odtąd z państwowymi
prerogatywami i funkcjami. Byli wprawdzie po 1831 roku i tacy
polscy arystokraci, którzy piastowali wysokie urzędy w aparacie
administracyjnym i sądowym, co jednak nie zaskarbiało im w opinii
społecznej szacunku, ponieważ nie własnemu krajowi służyli,
ale obcemu władcy. Społeczna hierarchia wartości zaczęła się
kształtować w oderwaniu od tej, którą ustanawiało państwo.
Wykształcił się społeczny kodeks honorowy, którego zakazy i
nakazy regulowały życie w kraju silniej aniżeli państwowe
ustawodawstwo.
Już przed 1830 rokiem wrogość wobec Rosji uzyskała w świadomości
polskich elit szczególny status. Tendencja ta uległa zrozumiałej
radykalizacji po katastrofie powstania. W państwie carów widziano
nad Wisłą nie tyle przeciwnika politycznego, ile raczej wcielenie
zła; zmagania zaś pomiędzy obydwoma narodami pojmowano jako walkę
sił światła z siłami ciemności. Polsko-rosyjski konflikt
przenosił się w ten sposób z płaszczyzny politycznej w wymiar
quasi-metafizyczny. Szczególnie wyraźnie odzwierciedlała się ta
tendencja w twórczości najwybitniejszych ówczesnych poetów
polskich, przede wszystkim Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego.
Ostrzegali oni Zachód przed traktowaniem Rosji jako normalne
mocarstwo, gdyż ten despotyczny kolos dążył ich zdaniem nie
tylko do totalnego podporządkowania sobie własnych poddanych, ale
i całego wolnego świata.
Tymczasem po trzydziestu latach od zdławienia powstania w
stosunkach polsko-rosyjskich zarysowywać zaczęło się pewne odprężenia.
Despotyczne, trwożliwie zabiegające o utrzymanie dotychczasowego
status quo rządy Mikołaja I doznały w wojnie krymskiej dotkliwej
porażki. Carat stanął przed koniecznością zmodernizowania
swoich przestarzałych struktur politycznych. Dokonujące się
przeobrażenia nie ominęły i kwestii polskiej: odrodzić mogły
się teraz krajowe struktury organizacyjne, kompletnie rozbite po
klęsce powstania. W 1857 roku Polacy otrzymali zgodę na
utworzenie tzw. Towarzystwa Rolniczego, które bardzo szybko uzyskało
status najważniejszego forum polskiej opinii publicznej. Sytuacja
ta oznaczała jednak, jak miało się to wkrótce okazać, jednocześnie
wielką niedogodność. Otóż, aby nie narazić się tejże
opinii, przewodniczący organizacji Jan Zamoyski unikał jak ognia
każdego kroku, który można by było zinterpretować jako
kolaborację z Rosjanami. Anonimowa potęga opinii publicznej, o której
nikt nie wiedział, kogo w gruncie rzeczy reprezentuje, oddziaływała
obezwładniająco na jedynie wtedy możliwego pośrednika między
Petersburgiem a społeczeństwem polskim. Rosyjska polityka względem
Polski znalazła się z powrotem w ślepej uliczce. Nastroje
antyrosyjskie w kraju poczęły ulegać radykalizacji. Wbrew temu
przeważająca większość aktywnych sił politycznych przeciwna
była zbrojnemu powstaniu. Za konfrontacją militarną opowiadała
się natomiast z naciskiem zdecydowana, radykalna mniejszość. Jej
siła tkwiła wszelako w tym, że reprezentowała – chociaż
w rygorystycznej formie – wartości, do których przyznawała
się również cała polityczna elita kraju. Gotowość do walki o
niepodległość stanowiła zobowiązanie moralne, od którego nie
było ucieczki. Nie zwycięstwo, lecz wola oporu była tu rzeczą
najważniejszą. Kalkulujący racjonalnie i rzeczowo Zachód kiwał
nad tym zachowaniem z politowaniem głową. Ale i w samej Polsce
nie brakowało krytyków tej postawy. Wszelako uwadze jednych i
drugich uchodził fakt następujący: dokonując realistycznej
oceny geopolitycznego położenia Polski i stosunku sił między nią
a zaborcami, można było sobie dokładnie wyliczyć, że kraj nie
miał praktycznie żadnych szans na odzyskanie niepodległości. Stąd
też narodowa wola przeżycia silą rzeczy przemieścić się musiała
z płaszczyzny materialnej na przede wszystkim idealną. Jako
podmiot historyczny Polska istnieć mogła jedynie tak długo, jak
długo nie rezygnowała z nadziei na narodowe samostanowienie
– pomimo jej pozornie utopijnego charakteru.
2. Polska w cieniu Rosji sowieckiej (1944-1989)
Bolszewików traktowano w Polsce z reguły jako spadkobierców
caratu. Pakt Hitlera ze Stalinem, mord katyński, stalinowski
terror w Polsce po 1944 roku nie mogły wpłynąć na złagodzenie
antyrosyjskich uprzedzeń nad Wisłą. Groza nazistowskiej
okupacji, która po pięciu latach jej trwania przerastała okropności
stu dwudziestu lat caratu, doprowadziła jednak do zmiany tego
nastawienia wśród części polskiego społeczeństwa. Pionierską
rolę odegrało w tej dziedzinie środowisko wpływowego
katolickiego „Tygodnika Powszechnego”. Poddało ono
krytyce tradycyjną polską rusofobię, apelując o pojednanie ze
wschodnim sąsiadem. Niektórzy autorzy wystąpili w związku z tym
z napiętnowaniem romantycznej gloryfikacji powstań z 1830 i 1863
roku; ze szczególną ostrością uczynił to publicysta Stanisław
Stomma, nazywając w 1963 roku (numer z 20 stycznia 1963 roku)
powstanie styczniowe aktem szaleństwa, który cofnął Polskę w
rozwoju o kilkadziesiąt lat. To „nierozsądne” postępowanie
społeczeństwa usiłował Stomma tłumaczyć głęboko w nim
zakorzenionym „kompleksem antyrosyjskim”; jakakolwiek
polityka kompromisu z Rosją, wywodził Stomma, była traktowana
przez polską opinię publiczną w XIX wieku jak zdrada narodowa,
podczas gdy kompromisy zawierane z pozostałymi zaborcami, np. z
Austrią, nie wywoływały już takich emocji.
Tezy Stommy spotkały się z ostrą reakcją środowisk
katolickich. Jacek Woźniakowski, który należał do ścisłego
grona wydawców „Tygodnika Powszechnego”, sformułował
dwa tygodnie później – także na łamach „TP”
– własne tezy zdecydowanie podważające punkt widzenia
Stommy. Woźniakowski, inaczej niż Stomma, wykazał pełne
zrozumienie dla powstańców z 1863 roku. Jego zdaniem
antyrosyjskie kompleksy były w pełni uzasadnione. Polityka reżimu
carskiego nie zostawiła powstańcom praktycznie żadnego wyboru,
wobec czego konflikt między polskimi bojownikami o wolność a
niechętnym reformom, skostniałym reżimem carskim był – w
opinii Woźniakowskiego – nieunikniony.
Publicysta nie przypisuje zbyt wielkiego znaczenia faktowi, że
akurat w przeddzień wybuchu powstania styczniowego te skostniałe
struktury zaczęły się kruszyć pod wpływem reform Aleksandra
II. Zdaniem Woźniakowskiego reformy przyszły zbyt późno i
zabrakło konsekwencji w ich realizacji.
Artykuł Stommy spotkał się z gniewną ripostą kardynała Wyszyńskiego,
widzącego w powstaniu styczniowym całkowicie zrozumiałe dążenie
narodu do niezależności. Spór pomiędzy Stommą i jego krytykami
pokazuje, że katoliccy autorzy potrafili podejmować drażliwy
temat polsko-rosyjskich stosunków także w okresach usztywniania
kursu przez rządzących, tak jak to miało miejsce na przykład w
latach sześćdziesiątych, za „późnego” Gomułki.
Wprawdzie aktualną debatę polityczną ubierano w szaty dysputy
historycznej, ale zastępczy charakter tej dyskusji był jasny dla
wszystkich.
Po upadku Gomułki (w grudniu 1970 roku) cenzura w Polsce znacznie
zelżała. Umożliwiło to wznowienie dyskusji o stosunkach
polsko-rosyjskich – tym razem głównie na lamach czasopism
katolickich. Zainicjowali ją dwaj młodzi katoliccy publicyści,
Marcin Król i Wojciech Karpiński, którzy w prasie katolickiej
opublikowali serię artykułów o dziewiętnastowiecznych
politykach, krytykując ze skrajną ostrością polskich
„polityków realnych” (na przykład hr. Wielopolskiego),
którzy w XIX wieku dążyli do ugody z caratem. Nie rozumieli oni
całkowicie – co zarzucali im wspomniani publicyści –
charakteru rosyjskiej państwowości zorientowanej zawsze na
totalne podporządkowanie sobie poddanych. Imperium carów to
orientalna tyrania, dla której nie istniały jakiekolwiek
ograniczenia prawne. Zmusić ją do ustępstw można było tylko na
jednej drodze: rewolucyjnego nacisku od dołu.
Adam Michnik zarzucił w 1975 roku obydwu publicystom przeoczenie
faktu, że tradycja rosyjska ma oprócz despotycznego także wymiar
liberalny i rewolucyjny. Wydarzenia z lat 1989-1991 zdają się
potwierdzać tezy Michnika.
W 1976 roku punkt ciężkości w dyskusji nad stosunkami
polsko-rosyjskimi przesunął się w Polsce do tzw. „drugiego
obiegu”, który zaczął się rozwijać wręcz lawinowo po
powstaniu we wrześniu 1976 roku Komitetu Obrony Robotników (KOR).
Publicyści, którzy przez dziesięciolecia uprawiali sztukę
pisania między wierszami, zaczęli „mówić wprost”.
Osobliwością „polskiej drogi do socjalizmu” było to,
że ci sami autorzy, którzy aktywnie uczestniczyli w „drugim
obiegu”, mogli też publikować legalnie – w pierwszym
rzędzie w niezależnych czasopismach katolickich, takich jak
„Tygodnik Powszechny”, „Znak” i „Więź”.
Często opracowywano ten sam temat w dwóch wersjach – jednej
przeznaczonej dla cenzora i drugiej dla czytelników podziemnej
prasy. Ta iście kafkowska sytuacja uległa, przynajmniej częściowej,
zmianie dopiero po wybuchu rewolucji „Solidarności” w
sierpniu 1980 roku. Ponieważ „Solidarność” stanowiła
wręcz ucieleśnione dążenie społeczeństwa do prawdy i
przejrzystości, reżym czul się zmuszony do jakiejś odpowiedzi
na te żądania. Dotyczyło to także kwestii stosunków
polsko-rosyjskich, względnie polsko-sowieckich, o których można
była w latach 1980/81 mówić nieco bardziej otwarcie. Tak na
przykład Marcin Król wystąpił w dyskusji opublikowanej na łamach
warszawskiego tygodnika „Kultura” (17.05.1981) z tezą,
że dalsza demokratyzacja Polski nie zagraża stosunkom
polsko-sowieckim. Król był przekonany, że sowiecką politykę
kształtują pragmatyczni fachowcy nie przywiązujący nadmiernej
wagi do politycznych bądź ideologicznych symboli. Jego zdaniem,
owi fachowcy zdawali sobie oczywiście sprawę, że demokratyczny i
popularny rząd w Warszawie jest lepszym gwarantem
polsko-sowieckiego sojuszu niż niepopularny reżym pozbawiony
oparcia w narodzie.
W krytycznych wobec reżymu kręgach zaczęto lansować pogląd, że
trzeba bezpośrednio, ponad głowami polskich komunistów, szukać
porozumienia z Moskwą w sprawie ułożenia na nowo
polsko-sowieckich stosunków. Te apele przeszły jednak bez echa;
przywódcy sowieccy nie okazali najmniejszego zainteresowania tego
rodzajem rozmowami. Polscy krytycy reżymu przecenili element
pragmatyzmu w postępowaniu przywództwa sowieckiego i nie docenili
siły ideologicznej presji, której było ono poddane, faktu, że
ideologia stanowiła rdzeń sowieckiego systemu i całego obozu
socjalistycznego. Dlatego partnerami sowieckiej elity władzy mogli
być tylko strażnicy tej ideologii, czyli partie komunistyczne.
Gdy Michaił Gorbaczow podjął pod koniec lat osiemdziesiątych próbę
przesunięcia punktu ciężkości systemu z partii na inne
struktury, imperium sowieckie rozpadło się jak domek z kart.
Poprzednikom Gorbaczowa nie przyszłoby do głowy eksperymentować
w ten sposób. Polegali oni na partyjnym charakterze
„realnego socjalizmu”, a stosunki międzypaństwowe w
obrębie bloku wschodniego sprowadzały się dla nich do stosunków
między sprawującymi władzę partiami. Kierownictwo PZPR, które
we własnym kraju było zupełnie izolowane, zdawało sobie z tego
sprawę. Wiedziało, że stoi za nim cały potencjał militarny
supermocarstwa. Ta świadomość ułatwiła ekipie Wojciecha
Jaruzelskiego zdecydowaną rozprawę z własnym zbuntowanym społeczeństwem,
czyli rozbicie „Solidarności” 13 grudnia 1981 roku.
Po wprowadzeniu stanu wojennego ciężar dyskusji o stosunkach
polsko-rosyjskich przesunął się ponownie do prasy podziemnej bądź
organów emigracyjnych. Wśród legalnie ukazującej się prasy w
pierwszym szeregu do walki z cenzurą stanęły znowu niezależne
czasopisma katolickie. Na dawną modłę przedstawiano problematykę
rosyjską za pomocą metafor i aluzji. Ale najboleśniejszych spraw
w dziejach stosunków polsko-sowieckich nie wolno było poruszać.
Dopiero nowe sygnały docierające z Moskwy po objęciu władzy
przez Gorbaczowa umożliwiły podjęcie otwartej walki z tzw.
„białymi plamami" w dziejach wzajemnych stosunków, to
znaczy z kłamstwem propagowanym oficjalnie przez komunistycznych władców.
W październiku 1987 roku na łamach warszawskiego tygodnika
„Polityka” dyrektor moskiewskiego Instytutu
Historyczno-Archiwalnego Jurij Afanasjew oświadczył: „Nie
widzę żadnego problemu w historii polsko-sowieckich stosunków,
przed którym musielibyśmy uciekać. Nie jest nim nawet Katyń”.
Te słowa sowieckiego historyka oraz inne wypowiedzi moskiewskich
szermierzy pierestrojki moskiewskiej wywołały w Polsce lawinę.
Walka z fałszowaniem historii nabrała zupełnie nowego wymiaru.
Powstał bowiem swoisty front jedności polskich i sowieckich
reformatorów, którzy przejęli inicjatywę w walce o „prawdę
naszą i waszą” (Adam Michnik), spychając dogmatyków w obu
krajach do defensywy. Przyglądając się temu sojuszowi, musimy
pomyśleć o słowach polskiego poety Cypriana Kamila Norwida, który
już w 1863 roku sformułował myśl, że Polacy mają szansę w
konflikcie z państwem carów tylko wtedy, jeśli uda im się znaleźć
jakąś „propolską” partię w samej Rosji. Bez takiego
pomostu na wschód oba kraje będą stały naprzeciwko siebie
niczym nie-przenikalne monolity i będą dążyły do zniszczenia
się nawzajem.
W czasach pierestrojki ta przepowiednia Norwida w jakimś stopniu
się spełniła. Po raz pierwszy bowiem od 1945 roku w sowieckich
elitach powstało „propolskie” stronnictwo, które
walce o prawdę historyczną przypisywało podobne znaczenie jak
polscy reformatorzy.
3. Polska i Rosja w epoce Jelcyna
Także po pozbawieniu polskich komunistów władzy w 1989 roku
demokratyczne siły nad Wisłą uważały myślących podobnie
Rosjan za chyba najważniejszych sojuszników odnowionej Polski,
ponieważ los świeżo odzyskanej suwerenności zależał w dużym
stopniu od wyniku walki między reformatorami i dogmatykami w
Moskwie. Józef Kuśmierek, jeden z najbardziej przenikliwych
publicystów „Gazety Wyborczej” – założonego w
1989 roku organu polskich reformatorów – napisał w kwietniu
1991 roku list otwarty do Borysa Jelcyna, który wyrósł podówczas
(w przededniu komunistycznego puczu w sierpniu tego roku) na najważniejszego
przeciwnika sowieckich dogmatyków. Kuśmierek napisał między
innymi: „Jest pan dla Polaków pierwszym politykiem
rosyjskim, który przemawia w imieniu Rosji, a nie rosyjskiego
imperium... Dla mnie jest pan symbolem Rosji, której jako Polak
nie muszę się bać”.
Z tej euforii niewiele dziś w Warszawie pozostało. Odrzucanie
przez Moskwę rozszerzenia NATO na Europę Wschodnią jest tu
postrzegane jako swoisty powrót do dawnej sowieckiej doktryny
ograniczonej suwerenności państw wschodnioeuropejskich. Były
polski minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski powiedział
w tym kontekście, że Rosja odziedziczyła po Związku Radzieckim
niezmierzone ambicje imperialne, których nie może zaspokoić ze
względu na ograniczone zasoby. W ten sposób powstaje tam syndrom
„oblężonej twierdzy”, który może mieć dla sąsiadów
Rosji bardzo groźne skutki.
Mimo takich krytycznych akcentów postsowiecka Rosja jest dziś
oceniana w Polsce nie tylko negatywnie. Krótko po dobrowolnym ustąpieniu
z urzędu Borysa Jelcyna w końcu 1999 roku Adam Michnik podsumował
działalność pierwszej w historii Rosji wybranej demokratycznie głowy
państwa. Według niego Jelcyn nieprzerwanie zabiegał o zerwanie z
bolszewicką spuścizną, i to właśnie było najważniejszą siłą
napędową jego działań.
4. Niemiecki obraz Rosji (XIX i XX wiek)
Niemiecka rusofobia z polowy ubiegłego stulecia miała daleko
bardziej skomplikowaną genealogię aniżeli rusofobia polska. Żaden
z członków Związku Niemieckiego (1815-1866) nie był bezpośrednio
wystawiony na bezwzględność rządów carskich. Jednak niemiecki
ruch narodowy o pierwotnie liberalnej orientacji solidaryzował się
z uciskanymi ludami carskiego imperium. Nie przypadkiem niemiecka
rusofobia osiągnęła swoje pierwsze apogeum po zdławieniu
polskiego powstania listopadowego. Kiedy wszakże w 1848 roku okazało
się, że nie sposób pogodzić żądań przywrócenia polskiej
suwerenności państwowej z terytorialnymi interesami Niemiec,
propolski entuzjazm niemieckich liberałów wyraźnie ochłódł.
Podczas debaty nad kwestią polską w kościele św. Pawła w lipcu
1848 roku przygniatająca większość posłów opowiedziała się
za „zdrowym egoizmem narodowym”, a przeciwko
„sentymentalnemu, kosmopolitycznemu idealizmowi”, tj.
przeciwko Polsce.
Pomimo tego odwrócenia się od Polski rusofobia niemiecka osiągnęła
po wybuchu rewolucji 1848 roku swój kolejny punkt kulminacyjny.
Zwolennicy jedności niemieckiej zdawali sobie doskonale sprawę,
że nowy porządek terytorialny w Europie Środkowej, do jakiego
zmierzali, był nie do urzeczywistnienia bez jednoczesnego,
zasadniczego osłabienia Rosji. Mikołaj I i jego minister spraw
zagranicznych Nesselrode uważali niemieckie plany zjednoczeniowe
za „wymysły niemieckich profesorów” i traktowali państwowe
rozdrobnienie Niemiec za stan, którego nie należało zmieniać. Z
tego powodu tacy „małoniemieccy” nacjonaliści jak
Gustav Diezel stali się z początkiem lat pięćdziesiątych XIX
wieku gorącymi orędownikami wojny z Rosją, której to koncepcji
nie udało im się jednak zrealizować. Państwa niemieckie, z
Prusami na czele, zachowały podczas wojny krymskiej neutralność.
Niemiecki ruch narodowy stał się pomimo to największym
beneficjentem dynamizacji stosunków europejskich, jaka nastąpiła
po ówczesnej klęsce Rosji.
Inaczej aniżeli w Polsce rusofobia odzwierciedlała tylko jedną
stronę niemieckiego nastawienia wobec Rosji. Przede wszystkim w
konserwatywnym spektrum niemieckiej opinii publicznej uzewnętrzniały
się także silne tendencje rusofilskie. Krytycy zachodniego oświecenia
i tzw. zachodniej dekadencji wiązali z cywilizacyjnie „nie
zużytym” Wschodem wielkie nadzieje. Monachijski teolog Franz
von Baader pisał w związku z tym w 1841 roku:
„Boska opatrzność uchroniła jak dotąd Kościół rosyjski
przed europejskim ruchem zeświecczenia, a tym samym przed
dechrystianizacją zarówno nauki, jak i społeczeństwa. Dlatego
też Kościół ten jest w stanie [...] wyzwalające oddziaływać
na Zachód”.
August von Haxthausen, który wychwalał zalety rosyjskiej gminy
wiejskiej, wywarł wielki wpływ na rosyjskich słowianofilów.
Silne były także prorosyjskie tendencje wśród wyższych warstw
społeczeństwa pruskiego. Ale i tutaj w połowie XIX wieku zaczęły
rysować się nowe tendencje. Fakt, że car traktował pruskiego króla
jako swego rodzaju partnera-juniora, mieszając się ustawicznie w
sprawy wewnątrzniemieckie (punktacja ołomuniecka z listopada 1850
roku), niezmiernie irytował koła rządowe w Berlinie. Pragnęły
one wyjść jak najszybciej z przemożnego cienia wschodniego
kolosa. Wilhelm I dziękował wprawdzie w 1871 roku wylewnie carowi
za rosyjską neutralność podczas wojny niemiecko-francuskiej, ale
już dwadzieścia lat później obydwa państwa znajdowały się w
przeciwnych obozach politycznych. Ich warstwy rządzące zaś
poddawały się stopniowo nacjonalistycznej frazeologii, głoszącej
nieuniknioność walki słowiańszczyzny ze światem germańskim.
Modernizacja Rosji, jaką w połowie stulecia usiłowali
przeprowadzić politycy pokroju Siergieja Wittego i Piotra Stołypina,
spędzała politycznemu kierownictwu Rzeszy sen z powiek. Fritz
Fischer dopatruje się w strachu Niemieć przed nadmiernym wzrostem
potęgi Rosji jednej z głównych przyczyn wybuchu I wojny światowej.
Także po pierwszej wojnie światowej, przegranej przez obydwa państwa,
nastawienie Niemiec wobec Rosji pozostało nader ambiwalentne. Oto
po jednej stronie były Rapallo i bezprzykładna fascynacja kulturą
rosyjską wśród elit Republiki Weimarskiej. Hugo von Hofmannsthal
uskarżał się w 1921 roku na grożące w jego oczach niebezpieczeństwo,
że Dostojewski zepchnie w Niemczech Goethego z piedestału.
Wszelako z drugiej strony niebywałą intensywność osiągnęły wówczas
również tendencje antyrosyjskie. Izolacja bolszewickiego państwa
wśród europejskiej wspólnoty narodów stała się pokusą dla
ekstremalnie nacjonalistycznych środowisk politycznych w
Niemczech. Według Ernsta Noltego, Hitler działał „ze świadomością
jedynej w swoim rodzaju historycznej szansy [...] zgniecenia za
mieszczańskim i europejskim przyzwoleniem rewolucji rosyjskiej
[...], co stworzyłoby dla Niemiec całkowicie nowe i gwarantujące
im przestrzenno-polityczną przyszłość położenie”.
Bez trudu udało się Hitlerowi przełamać spór niektórych
pro-rosyjsko nastawionych kręgów w Rzeszy i wprowadzić swoją
koncepcję w czyn. W ten sposób kraj, jakże często posądzany o
przesadną rusofilię, rozpoczął w 1941 roku akurat przeciwko
Rosji eksterminacyjną wojnę, nie mającą chyba precedensu w nowożytnej
historii Europy.
Miotanie się między ekstremalną rusofobia a rusofilią wynikało
w dużej mierze z centralnego położenia Niemiec. Rosja była albo
sprzymierzeńcem przeciwko Zachodowi, albo zawalidrogą, którą
trzeba było usunąć, aby rozerwać pierścień okrążenia wokół
Niemiec. Dopiero integracja Niemiec z Zachodem po 1945 roku, która
zakończyła się w pełni w 1989/90 roku, położyła temu
rozdarciu kres. Rosyjscy krytycy Gorbaczowa widzieli w wydaniu
zdeponowanego w Moskwie klucza do jedności Niemiec (a tym samym do
zintegrowania z Zachodem całych już Niemiec) „anulowanie
wyników II wojny światowej” i zaprzepaszczenie interesów
rosyjskich, jednak nie dostrzegali przy tym oczywistego faktu, że
niemieckie wystąpienia przeciwko Zachodowi tylko rzadko były
korzystne dla tych interesów, ostatecznie bowiem obracały się
zawsze, i to ze wzmożoną silą, przeciwko samej Rosji (1914
-1918, 1941-1945).
5. Trójkąt Polska, Niemcy, Rosja na progu XXI-go wieku
W 1973 roku błyskotliwy publicysta paryskiej „Kultury”
Juliusz Mieroszewski rozważał na temat przyszłej polskiej
polityki wschodniej i wypowiedział w związku z tym następujące
zdanie: „Dopóki Rosja będzie imperialistycznym kolosem w
obecnych granicach – nasze szansę na uniezależnienie się
od Moskwy są równe zeru” (Juliusz Mieroszewski, Materiały
do refleksji i zadumy, Paris 1976, s. 117).
Jednocześnie Mieroszewski ostrzegał swych rodaków przed
wykorzystaniem ewentualnego osłabienia Rosji w związku z
nieuniknionym rozpadem imperium sowieckiego dla urzeczywistnienia
swych własnych marzeń imperialnych: „Pierwszym punktem
polskiej polityki wschodniej winno być uznanie prawa do
samostanowienia i niezależnego bytu państwowego wszystkich narodów
ciemiężonych przez Sowiety. Z polskiego punktu widzenia w szczególności
ów punkt dotyczy Ukraińców, Białorusinów i Litwinów”.
Szczególne zdziwienie Mieroszewskiego w owym napisanym w 1973 roku
artykule wywoływał fakt, ze Związek Radziecki będąc mocarstwem
światowym numer 2 rozpatrywał Polskę – swego wasala
– jako potencjalnego imperialnego konkurenta: „Dla
Rosjan polski imperializm jest nurtem historycznym wiecznie żywym.
Nie trzeba sięgać zbyt odległych czasów by znaleźć świadków
polskiej obecności w Kijowie” (s. 177).
30 lat po napisaniu tego artykułu stosunki polsko-rosyjskie
zaostrzyły się właśnie dlatego, że Warszawa poszła jakby drogą
wskazaną przez Mieroszewskiego i poparła dążenie Ukrainy do pełnej
niezależności. I jakby w odpowiedź na tą solidaryzację
Warszawy z Kijowem było proklamowane nowe rosyjskie święto
narodowe, które nawiązywało do wypędzenia Polaków z Moskwy w
roku 1612.
Postawa Polski wywołuje w Moskwie o wiele większe obawy niż
postawa innego tradycyjnego rywala Rosji – Niemiec. Niemiecka
polityka wobec Rosji znajduje się nadal pod wpływem wydarzeń lat
1989-90, kiedy to Gorbaczow wydal klucz do jedności Niemiec
zdeponowany w Kremlu. Politycy niemieccy są Moskwie za to wciąż
jeszcze wdzięczni. Nie oznacza to jednak, ze dziś możliwy jest
sojusz rosyjsko-niemiecki na wzorzec Rapallo, czego się obawiają
w Warszawie. W czasach Rapallo Niemcy działały według typowego
dla nacjonalistycznej epoki hasła, że interesy narodowe nie wolno
podporządkowywać jakimkolwiek wartościom nadrzędnym, że cel
– rewizja pokoju wersalskiego – uświęca środki, tzn.
sojusz z dyktatorskim reżymem bolszewickim. Okrutne doświadczenia
drugiej wojny światowej doprowadziły w Niemczech i w innych
krajach zachodnich do gruntownej przemiany kultury politycznej.
Wyciągnięto wreszcie wniosek, że ubóstwianie państwa
narodowego i interesów narodowych, w formie typowej dla XIX wieku,
prowadzi w przepaść. Wiedza ta legła u fundamentów europejskich
procesów integracyjnych. Myśl ta przyciągała również z wielką
siłą i rosyjskich demokratów od początków gorbaczowskiej
pierestrojki. Fakt, że ku ogólnemu zdziwienie światowej opinii
publicznej, takie procesy jak rozpad bloku wschodniego czy
zjednoczenie Niemiec przebiegały stosunkowo gładko, należy tłumaczyć
w niemałym stopniu tym, że rosyjscy reformatorzy z ekipy
Gorbaczowa zrezygnowali z doktryny Breżniewa i chcieli działać
wedle norm obowiązujących na Zachodzie. Wkrótce okazało się
jednak, ze przyjęcie Rosji do wspólnego „europejskiego
domu“ nie było wcale czymś aktualnym. Częściowo tylko
zintegrowano ją w strukturach gospodarczych i politycznych
kontytnentu. Podczas gdy Zachód stanął u progu epoki
postnarodowej, odizolowana Rosja zdaje się wracać do XIX wieku,
dając narodowym interesom abolutny priorytet. Wielu demokratów,
angażujących się przed sierpniem 1991 w „powrót Rosji do
Europy”, zaczęło po rozpadzie Związku Radzieckiego mowić
o tzw. „specyfice rozwojowej” Rosji. Zwolennicy
orientacji prozachodniej w rosyjskiej polityce przedstawiani byli
przez swych oponentów jako politycy wykorzenieni, wyobcowani od
tradycji ich własnego kraju. Gdy rosyjscy „okcydentalisci”
dochodzą do władzy, muszą przestać być „okcydentalistami”
powiedział krótko po zwycięstwie demokratów jeden z bliskich
współpracowników Borysa Jelcyna, Jewgenij Kożokin. Bezgraniczne
podziwianie Zachodu jest w Rosji możliwe tylko wtedy, gdy jest się
w opozycji, dodał polityk.
Takie pojęcia jak duma narodowa i narodowe interesy przeżywają
renesans w dzisiejszej Rosji. Nie wolno tu jednak zapominać, ze po
rozpadzie imperium sowieckiego Rosja podobnie jak i wiele innych byłych
republik sowieckich konstytuuje się po raz pierwszy w swej
historii jako świeckie państwo narodowego, a procesy nation-building,
jak wskazuje doświadczenie, z reguły związane są
ze wzmocnieniem emocji nacjonalistycznych. Dzisiejszy reżym
moskiewski podkreśla jednak nie tylko swój narodowy, ale także i
europejski charakter. Putin nieustannie powtarza, że Rosja jest państwem
europejskim, zapominając przy tym, że z pojęciem
„Europa” kojarzy się dziś podporządkowanie interesów
narodowych wartościom nadrzędnym, a także dążenie do rozwiązywania
konfliktów i sprzeczności tylko na drodze rokowań i kompromisów.
Polityka presji i ultymatywnych żądań wobec takich niepokornych
sąsiadów jak Gruzja czy Ukraina z „europeizmem” w
jego dzisiejszym pojmowaniu ma mało wspólnego. To samo można
powiedzieć i o polityce wewnętrznej reżymu. Jego paternalizm nie
odpowiada duchowi epoki, dążeniu nowoczesnego człowieka do
samostanowienia i samourzeczywistnienia. Te dążenia do
emancypacji doprowadziły w końcu lat osiemdziesiątych, na początku
dziewięćdziesiątych do erozji pozornie wszechpotężnego reżymu
sowieckiego. Idee te, pomimo ich późniejszej dyskredytacji, nie
znikły z podświadomości społecznej. W razie kryzysu reżymu mogą
się na nowo odrodzić. Tego właśnie się panicznie boi ekipa
Putina. Dlatego też próbuje się rozprawić ostatecznie z opozycją.
Powołuje się przy tym na wolę narodu, który jakoby ma dość
wszelkich eksperymentów demokratycznych. I rzeczywiście, idee
demokratyczne są w tej chwili zdyskredytowane w oczach większości,
a reżym wydaje się popularny i stabilny. Ale stabilność ta jest
pozorna. Reżym Breżniewa też wydawał się niewiarygodnie
stabilny, a nie wytrzymał dążenia społeczeństwa do wolności.
To samo może się stać i ze „sterowaną demokracją”
Putina. Tym bardziej, że – w odróżnieniu od Związku
Radzieckiego – dzisiejsza Rosja nieskończoną ilością więzi
związana jest z „otwartymi społeczeństwami” Zachodu,
i dopóki te więzi istnieją, wznowienie procesu „powrotu
Rosji do Europy” zawsze jest możliwe.
Leonid LUKS
przełożył
Marek Zybura
Leonid
Luks urodził się w 1947 roku w Swierdłowsku. Studiował historię
na Uniwersytecie Jerozolimskim i Uniwersytecie Monachijskim. Był
wykładowcą Uniwersytetu Bremeńskiego i Uniwersytetu Kolońskiego
oraz pracownikiem rosyjskojęzycznej sekcji Radia Deutsche Welle w
Kolonii. Obecnie jest profesorem i kierownikiem Katedry Historii na
Katolickim Uniwersytecie w Eichstätt w Niemczech.
|

Na zdjęciu:
W pobliżu Kremla
(Moskwa, 1997)
Fot. Leszek Wątróbski /
Archiwum "NR"
|