Bezdomność i zamieszkiwanie

Chętnie – o ile mamy do czynienia z prawdziwym domem – zamykamy się w przysłowiowych czterech ścianach, we własnych murach, pomiędzy przedmiotami, ale też żywymi osobami, bez których nie wyobrażamy sobie życia. Δόμος, domus czy дом wiąże się – tak z budulcem, z budowaniem, z byciem u siebie, jak i posiadaniem bezpiecznego schronienia. Budujemy długie lata. Jednocześnie marzymy o stałości, o niezmienności, o „zapuszczeniu korzeni”. Współcześnie – jak słyszymy z „lewa” i „prawa” – coraz bardziej musimy liczyć się z tym, co oferuje zewnętrzny, nierzadko zupełnie obcy nam świat. Tym bardziej tęsknimy za tym, co by od tego, co niemalże na każdym kroku się uzewnętrznia, w jakiś sposób odgradzało, co by ochraniało, a nawet uniezależniało. 
Na przełomie VI i V wieku p.n.e. Heraklit pisał o konflikcie przeciwieństw, który staje na drodze w dążeniu do harmonii. Nowożytna, dwudziestowieczna psychologia uznała, iż dzięki uzmysłowieniu sobie własnych ograniczeń narodziła się świadomość oraz potrzeba kreacji. Pojawiła się potrzeba przezwyciężenia zasadniczej dychotomii: pomiędzy przybierającą różne formy spontanicznością a rozlicznymi ograniczeniami, wynikającymi w dużym stopniu z przywiązania do zastanych form. 
Równowaga, którą próbujemy osiągnąć niemal od kolebki – już wtedy, gdy uczymy się chodzić – jest i pozostanie mimo wszystko fundamentem, podstawowym, praktycznym odniesieniem. Oprócz niezliczonych znaków i symboli, jakimi posługujemy się na co dzień, istnieje pożądanie formy. Egzystujemy bowiem w konkretnym czasie i przestrzeni. Śnimy, także na jawie, a jednocześnie próbujemy urzeczywistnić to, co zdawało się nie do końca czytelną projekcją, przeczuciem albo snem.
Nie bez powodu mało kto zgadza się na to, żeby locum, jakie sobie wybiera, było – chociażby wewnątrz – standardowe, pozbawione indywidualnego wyrazu. Nie ma chyba nikogo takiego, komu byłoby zupełnie obojętne: gdzie, co i z kim zamieszkuje. A jeśli dochodzi do takiej sytuacji, że nawet w domu nie jest się u siebie, należy wówczas mówić nie o habitus (angielskim habit czy niemieckim Gewohnheit), nie o habere, nie o posiadaniu mieszkania, lecz o wydziedziczeniu czy wywłaszczeniu. 
Zawsze istnieją granice, których nie da się przekroczyć, lecz potrzebna jest i taka przestrzeń, która będzie pomagała, wspierała w dążeniach i marzeniach. Artur Majka ma świadomość, że osiągalne, zamknięte w architektonicznej czy jakiejkolwiek innej bryle, łączy się – nie tyle z duchową, co duchowo-cielesną, zmysłową i wyobrażeniową korelacją. Moglibyśmy mówić o równoległych liniach, różnych łańcuchach, powiązaniach zewnętrznych i wewnętrznych. Los, nawet gdy wydaje się ślepy, łączy się z potrzebą uporządkowania; rosnąca, dopadająca nas zewsząd trywializacja – z wysiłkiem nadawania sensu.
Martin Heidegger analizując bezdomność i zamieszkanie twierdził, że od wieków gorsza od wojen i różnego typu klęsk jest – utracona istota zamieszkiwania. Mimo że na przełomie XX i XXI wieku nie zabrakło ciekawych rozwiązań i prawdziwych architektonicznych osiągnięć, nierzadko postrzegane są one jako genialne, lecz pozbawione ludzkiej skali. Nie bez powodu do głosu doszli raczej inżynierowie, a nie myśliciele, mistrzowie konstrukcji i zarazem wizjonerzy, architekci potrafiący wpływać – tak na wyobraźnię jak i ludzkie emocje. Trzeba by zatem mówić o inżynierii dusz i swoistej, technokratycznej mentalności, która – nie oglądając się na nic ani nie licząc się z ludzkimi potrzebami – wszędzie dyktuje swoje warunki, narzuca gusta, określa duchowy klimat i zarazem, umasawiając, redukując potrzeby, izoluje, zamienia: mieszkańca – w tymczasowego lokatora, domatora – we flâneura. 
Zdaje się, iż coraz trudniej – nie tylko w realnej przestrzeni, lecz także w marzeniach – odnaleźć idealne mieszkanie, dom na miarę wcale nie wygórowanych pragnień czy nie wiadomo jakich ambicji. Dawno zapomnieliśmy, jak się buduje, wznosi, układa niemal cegła po cegle, przystosowuje do zamieszkania domy. A jednak, patrząc na najnowsze obrazy Artura Majki, można się przekonać, że potrzeba odnalezienia odpowiedniej skali, szansa, iż się ją na nowo określi, istota zamieszkiwania, również w ponowoczesnych aglomeracjach,  nie zawsze okazuje się utopią. 
W niestandardowych, nietypowych, pikturalnych projektach paryskiego architekta i malarza z „Atelier Perspektive” domy, jakie wyłaniają się prawie z niebytu, wydają się gotowe do zamieszkania. A zarazem wiele pozostawiają do zagospodarowania. Albowiem każdy z osobna, nawet jeśli komuś nie doskwiera bezdomność, indywidualnie dokonuje projekcji, dochodzi do takiej konstrukcji, jaka jest na miarę jego wyobrażeń i możliwości.

Marek WITTBROT 

Paryż, 24 kwietnia 2009 roku




Na zdjęciu:

Artur Majka
(Paryż, 2009)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga