Z Przemyśla do Leeds (2)

Wspomnienia Józefa Kazimierza Wisza

 

Kupno mleczarni i wizyta Zaleskich

Pan Fofiński wprowadził gości do mleczarni od strony korytarza, z tyłu, żeby nie zwracać uwagi przechodniów na to, że był w posiadaniu kluczy. Wewnątrz było dość ciemno, zwłaszcza w izbie od strony korytarza, która miała bardzo małe okna, nisko wbudowane, wychodzące na ciemną uliczkę, prowadzącą do głównej bramy więzienia. Goście ujrzeli niesamowity bałagan zostawiony przez pana Szulca, który nie zdążył sprzątnąć swych mlecznych wyrobów przed aresztowaniem go przez władze. W powietrzu czuć było zaduch i nieprzyjemne zapachy, na pewno na skutek gospodarki myszy i szczurów, które piszczeniem zdradzały swoją tam obecność. Pan Fofiński przeprowadził szybko gości do frontowej izby, sklepu, a następnie do hali, gdzie było jaśniej i gdzie był zachowany lepszy porządek.
„Tu zmieści się 20 stolików” – mówił pan Fofiński, pokazując na sklep. „A tu można setkę ustawić i jeszcze miejsca zostanie” – mówił o holu. „Idealne miejsce na restaurację – czy państwo nie uważają?” – pytał Fofiński. Ani na pani Zaleskiej ani na jej mężu lokal nie zrobił specjalnie dużego wrażenia. Pan Zaleski wycierał nos chusteczką co chwila, a żona łapała głowę w dłonie może z obawy, żeby jej z bólu z ramion nie spadła... „Jezusie Nazareński – szeptała – ileż tu roboty!”. Pan Fofiński orientował się dobrze w sytuacji i nie chcąc tracić długiego czasu na oglądanie – zaproponował pójście na kawę do Rosiewicza. „Proszę – mówił wchodząc do najlepszej cukierni w mieście – tak mniej więcej będzie wyglądała restauracja Kondrata!” Kawa była doskonała, ciasta jeszcze lepsze i ze zmianą atmosfery –zmieniły się też i humory wszystkich. Dziadek, który dotychczas milczał, jakby w przystępie cudownej wizji, zaczął opowiadać o znajomych malarzach, stolarzach, dekoratorach itp. i mówił głośno tym, jak to z ciemnej i cuchnącej „budy” będzie można zrobić wspaniały lokal, do którego ściągną setki bogatych ludzi. „Cała śmietanka przemyska przyjdzie na doskonałe potrawy” – mówił. „Mowy nie ma o konkurencji! Nawet najbliższa restauracja jest daleko od Starostwa, a żadna z tych nie będzie miała takich świeżych potraw, jak jego dziadka. Jarzyny prosto z ogrodu z Medyki”. Pan Fofiński wprawdzie nie znał się na kulinarnych sprawach tak, jak i dziadek – basował dziadkowi wspaniale, żeby tylko przekonać Zaleskich o tym, że zamiar kupna lokalu i plan otwarcia restauracji jest pomysłem boskim, prosto z nieba, dla stworzenia na ziemi prawdziwego, ekonomicznego raju! Kondrat bez spółki! Bez obowiązków rodzinnych, bez zobowiązań pieniężnych – najbogatszy człowiek w Przemyślu! Dziadek patrzał na bujającego Foflńskiego nieco wystraszony, nawet próbował mrugać na niego, żeby go zahamować w przesadnym bujaniu, ale widząc, że Fofiński nie zwraca na niego uwagi uśmiechał się serdecznie i przytakiwał głową. „Rozumiecie teraz państwo... – wykorzystał przerwę w zapale Fofińskiego – dlaczego prosiłem o rękę Zosi... Kocham ją i dla niej poświęcę życie i siły, aby ją uszczęśliwić... Pan Fofiński z żoną są moimi najserdeczniejszymi przyjaciółmi – mówił – i zastępują mi rodziców, i pomagają pod każdym względem, ale ja pragnę stać na własnych nogach, odciążyć ich nieco i zbudować własną rodzinę...potrzebuję moralnej pomocy, serdeczności i nic więcej...” 
Pani Zaleska ocierając usta chusteczką sięgnęła nieco wyżej, bo jej łzy pociekły z rozczulenia, pan Zaleski natomiast chrząknął kilka razy i raczej niezdecydowany zapytał: „Więc kiedy ta transakcja ma być przeprowadzona?” „Wszystko gotowe. – odpowiedział Fofiński – Kwestia waszej decyzji – tak czy nie?”. „Przecież my restauracji nie kupujemy” – z uśmiechem zauważył Zaleski. „No nie, ale to od państwa zależy, czy wyrazicie zgodę na oddanie ręki Zosi czy nie” – odpowiedział Fofiński. „Nie wiemy jeszcze, czy jej będzie partia odpowiadała” – wtrąciła pani Zaleska. „O to nie ma obawy – odpowiedział Zaleski – od przyjazdu pana Michała do Kolbuszowej o niczym innym w domu się nie mówiło, tylko o jej wyjeździe do Przemyśla – zgodzi się na pewno”. „Dziękuję wam!” – wykrzyknął dziadek. „Więc kiedy?” – zwrócił się pytającym wzrokiem do pana Fofińskiego. „Zaraz, zaraz – odpowiedział przyjaciel. „Ślub najważniejszy, a resztę ułoży się w czasie, nie można przecież załatwiać dziesięciu rzeczy na raz, trzeba po kolei...” – wykręcał się Fofiński. Państwo Zalescy zgodzili się ostatecznie na wydanie córki i przyrzekli, że przygotują ją na przyjazd dziadka, który zapewnił ich o tym, że w najbliższych dniach zobaczy się z Zosią i załatwi z nią sprawy uczuciowo-sercowe... Taki miała początek nowa rodzina Kondratów w Przemyślu.

Przemyśl – historia z pamiątkami

Kto nie był w Przemyślu, kto go nie zna, to nie wie o tym, że gdzie by się człowiek nie znalazł w tym mieście, wszędzie jest cząstka długiej historii ludzi, raz kochających się na zabój – innym zaś razem mordujących się nawzajem i to tylko dlatego, że każdy z tych ludzi kochał to miasto, kochał okolice, kochał San z jego wspaniałymi brzegami i pagórkami wokół, stwarzającymi nie tylko naturalną stację dla wędrujących dawno ludzi z południa na północ i ze wschodu na zachód, ale stwarzające naturalne warunki obrony miasta przed nieprzyjacielem. Przemyśl był zawsze naturalną twierdzą, drugim Verdun w Europie, ale pięknością ukształtowania, różnorodnością lasów, krzewów i pól, zmiennością charakteru rzeki z górskiej na nizinną, wspaniałym położeniem geograficznym, przyciągał ludzi, którzy kiedy raz do Przemyśla przybyli (zawitali), chcieli tam zostać na zawsze. I właśnie dlatego, że Przemyśl miał naturalne walory swego położenia – od wieków szły walki o posiadanie tego miasta. Poznali go i pokochali ludzie sprzed 25 tysięcy lat! Wiemy o nich, bo zostawili po sobie ślady obozowisk. Znaleziono w Przemyślu ślady życia sprzed 30 tysięcy lat, a nawet z wcześniejszego okresu. W Przemyślu znaleziono narzędzia kamienne przemysłu Oryniackiego i szczątki mamuta w Pikulicach, Siedliskach i Nehrybce, a z końcowego okresu paleolitu kościane harpuny z zadziorami przemysłu magdeleńskiego (15-9 tysięcy lat p.n.e.)! Z późniejszych czasów znaleziono narzędzia przemysłu Tardenuaskiego (7-4 tysięcy lat p.n.e.), pozostałości pobytu koczujących pasterzy ze środkowej epoki kamienia (mezolit).
W młodszej epoce kamienia (neolit) przybyli tu znad Dunaju pierwsi rolnicy – Kopieniacze, którzy zostawili po sobie narzędzia rolnicze oraz liczne narzędzia z lokalnego krzemienia (z Krzemieńca i okolic Chyrowa). Później w Przemyślu cieszyła się powodzeniem kultura ceramiki neolitycznej, sznurowej sprzed 2500-1700 roku p.n.e. Następnie okres brązu wprowadził do Przemyśla Kindżał i Kowadełko. Ale dopiero około 1000-800 lat p.n.e. osiadła tu prasłowiańska, rolnicza ludność, grupy Tarnobrzeskiej Kultury Łużyckiej. Rozwój tej ludności został przerwany najazdem Scytów (500 lat p.n.e.), a później ekspansją Celtów. Po ustąpieniu Celtów rozszerzyła się tu kultura przeworska, podlegająca silnym wpływom prowincjonalnej kultury rzymskiej w pierwszych wiekach n.e. Z tego okresu znaleziono narzędzia rolnicze, ozdoby, broń, a zwłaszcza monety – skarby srebrnych i mosiężnych monet z II i IV wieku n.e. – oraz ceramikę, która była typową dla tej kultury.
Wykopaliska w Przemyślu świadczą o ciągłości osadniczo-kulturalnej, oraz o znaczeniu położenia miasta na szlaku handlowym – łączącym ziemie północne z południowymi.

W okresie wczesnego średniowiecza, od VII wieku pojawiają się skupienia licznych grodów wokół Przemyśla, którym Przemyśl zawsze przodował, jako gród stołeczny. Grody spełniały rolę służebną dla Przemyśla a wzniesione tam specjalne kopce służyły do przekazywania sobie sygnalizacji.
Ziemia Przemyska, zasiedlona przez Słowian tworzyła zwarty i odrębny ośrodek terytorialno-plemienny – Chorwatów, Lachów – utrzymując ścisłe kontakty z sąsiednimi centrami plemiennymi: państwem Wiślan, Czerwieniem, Słowaczyzną i państwem Wielkomorawskim.

Gród Przemyski powstał w VII wieku n.e. i był założony przez Przemysława Leszka, który wyróżnił się w czasie obrony kraju przed najazdami Berendejów, Pieczyngów i Madziarów. Drogi handlowe przechodzące przez Przemyśl szły znad Bałtyku Wisłą i Sanem przez Bramę Przemyską, dolinami rzeki Wiaru, Strwiąża i Dniestru przez Sambor i Halicz nad Morze Czarne. Odnoga tej drogi prowadziła z Przemyśla w kierunku Sanoka i Krosna przez Karpaty na Słowację, dalej przez Węgry nad Adriatyk. Drogi te wiązały się w Przemyślu z drogą biegnącą stąd przez Jarosław i Sandomierz do Krakowa, Opola, Wrocławia i Pragi. Przez Lubaczów i Bełz prowadziła do Czerwienic i Ziem Ruskich. O wykorzystaniu tych dróg przez kupców już w X wieku mówią liczne wzmianki geografów arabsko-żydowskich. W tym czasie, tj. w X wieku Przemyśl wszedł w skład ponad plemiennego państwa Piastów. Niestety nie tylko Polacy kochali Przemyśl. Od X do XIV wieku toczyli walki o miasto Rurykowicze, panowie terenu Kijowsko-Wołyńskiego i Arpadowie – panowie na Węgrzech. Przemyśl na przestrzeni wieków przechodził z rąk do rąk – bo wszyscy chcieli go opanować i posiadać, bo go kochali!
Po czasowej utracie Przemyśla Bolesław Chrobry odzyskał go dla Polski, ale już za rządów Mieszka Il odbił go ponownie książę kijowski – Jarosław. W 1071 roku w czasie wyprawy Bolesława Śmiałego na Ruś, przyłączono miasto Przemyśl do Polski, ale w 1087 roku znowu miasto przeszło w posiadanie ruskich książąt Rościsławiczów. Okres panowania feudalnych książąt ruskich był przerywany krótkimi momentami rządów polskich, węgierskich i tatarskich. W świetle badań historycznych gród przemyski w XI-XII wieku był co najmniej trzykrotnie niszczony między innymi pożarami. Nie mniej w tym samym czasie miłość do Przemyśla była okazana nie tylko przez polityków. W grodzie przemyskim skupiła się ludność polsko-ukraińska, było wielu przybyszów z Pragi, a także zjawili się tam ze wschodu Ormianie, Grecy, Żydzi, a z południa Węgrzy. Ludzie ci o różnym wyznaniu zbudowali w Przemyślu świątynie, w których czcili swego Boga. W 1340 roku król Kazimierz Wielki opanował Ruś Halicką wraz z ziemią przemyską i przyłączył ją do Polski. Od tego czasu rozpoczął się okres ekspansji szlachty polskiej na ziemie ruskie. Wprawdzie po śmierci Kazimierza Wielkiego Przemyśl z Rusią został oddany w lenno Władysławowi, księciu na Opolu i Wieluniu, już w 1387 roku ziemię przemyską przyłączyła z powrotem do Polski królowa Jadwiga. Od tego czasu różni królowie polscy opiekowali się miastem. Król Jagiełło, który często przebywał w Przemyślu, zatwierdził prawa miejskie i nadał miastu różne przywileje. Kazimierz Jagiellończyk rozszerzył władzę rządu miejskiego, nadając mu prawo miecza (kara śmierci). Zygmunt I w 1525 roku zezwolił miastu na pobieranie myta od towarów przewożonych. W 1550 roku Zygmunt August nadał mieszczanom przemyskim wolność handlu w granicach całego królestwa. Przemyśl stał się jednym z większych i bogatszych miast Polski! W roku 1530 miasto zbudowało wodociągi i urządziło miejską łaźnię, a w 1560 roku wzniesiono w Przemyślu ratusz i zbudowano mury obronne. Piękny rozwój miasta, ale i nie bez tragicznych momentów: Od XV-XVIII wieku, w okresie 250 lat, przeżył Przemyśl ponad 30 większych napadów wojennych i oblężeń. A po nieszczęsnej wyprawie Jana Olbrachta w 1498 roku wkroczył do Przemyśla hospodar mołdawski, Stefan, z wojskiem tureckim, zniszczył i złupił miasto, mordując wielu mieszkańców. Później w 1614 roku hospodar wołoski Kantemir Mirza wspólnie z Tatarami zniszczył miasto i okolice. W 1621 roku nękały miasto bandy Lisowczyków, a w 1638 roku olbrzymi pożar zniszczył całe miasto. Za czasów Bohdana Chmielnickiego w 1648 roku Kozacy zbliżyli się pod Przemyśl, ale odsiecz Karola Korniatka, dziedzica Żurawicy, ocaliła miasto od zagłady.
W czasie najazdu szwedzkiego miasto ocalił Stefan Czarniecki, który zjawieniem się w okolicy zmusił Szwedów do odejścia po trzech dniach oblężenia. Następnie Tatarzy, Turcy i Kozacy swoimi napadami niszczyli miasto, ale mieszczanie bronili się dzielnie i przetrwali.
W okresie Odrodzenia miały tu miejsce walki religijne, ale były one raczej bezkrwawe. Walczyli ze sobą ideowo greko-katolicy z prawosławnymi, luteranie z kalwinami, arianie z żydami, a katolicy ze wszystkimi innymi innowiercami. Różnorodność wyznań wzbogaciła Przemyśl w masę przeróżnych kościołów, bożnic i meczetów. Do budowy i odbudowy miasta przyczynili się liczni przybysze włoscy i inni. Muratorzy przemyscy natomiast wznieśli zamki w Krasiczynie, Dubiecku, Rybotyczach, Sierakoścach, Krzywczy i Słubnie. Wybudowali oni też nowy zamek w Przemyślu, który stoi do dzisiaj i znany jest z teatru Fredreum, który mieści się wewnątrz zamku.
W czasie pierwszego rozbioru Polski w 1772 roku Przemyśl zajęły wojska austriackie. Pod zaborem wprowadzono sądownictwo i prawodawstwo austriackie. W 1774 roku zarządzono rozbiórkę murów miejskich z basztami i bramami, oraz zabytkowego ratusza. Nastąpiła kasata klasztorów: dominikanów, dominikanek, bonifratrów, karmelitów, jezuitów, bazylianów, a także zlikwidowano kościółki i cerkwie na przedmieściach. W 1778 roku rząd austriacki sprzedał dobra starostwa hr. I. Cetnerowi i Przemyśl wraz ze starostwem przemyskim stał się własnością prywatną. W 1789 roku jednak cesarz Józef II wykupił Przemyśl za kwotę 106998 florenów i nadał mu z powrotem prawa cesarsko-królewskiego wolnego miasta. W 1809 roku na krótko wkroczyły do Galicji wojska ks. Józefa Poniatowskiego. Wówczas wiele młodzieży przemyskiej zaciągnęło się do wojska polskiego, a w czasie powstania listopadowego w 1831 roku znaczna część młodzieży z miasta i okolic zbiegła do Królestwa i zasiliła szeregi powstańcze. Powtórzono to samo później, w czasie powstania styczniowego w 1863 roku. W 1867 roku cała Galicja (tak nazwano Małopolskę Wschodnią) otrzymała autonomię. Język polski stał się językiem urzędowym w szkołach, urzędach i w życiu publicznym. Zarząd miasta przeszedł w ręce miejscowego społeczeństwa. Wobec nowego układu sił politycznych i antyrosyjskiej polityki Austrii w 1873 roku rozpoczęła się na szeroką skalę rozbudowa twierdzy przemyskiej. W związku z tym do Przemyśla napływało wielu urzędników, fachowców i wojska. Liczba mieszkańców wzrastała, a w mieście ożywił się ruch budowlany i ogólny rozwój przemysłu i handlu, jak również nastąpił poważny rozwój oświaty i szkolnictwa. Austria przez 40 lat przygotowywała Przemyśl do odegrania roli wielkiej twierdzy na wypadek wojny. Niewielu jednak ludzi zdawało sobie sprawę z tego, że istniały możliwości konfliktu zbrojnego ówczesnych sił militarnych. Dlatego też życie w Przemyślu płynęło normalnym trybem dla wszystkich mieszkańców, którzy zadowoleni byli ze względnej swobody i wolności w kształceniu i wychowaniu swych dzieci. Dla młodych szczególnie warunki dawały możność budowania sobie życia na przyszłość. Wprawdzie ceny domów i budynków szły do góry z napływem ludzi do miasta, udawało się czasem kupić jakiś obiekt tanio, jeżeli miało się tak zwane „chody” i trochę szczęścia.
Mój dziadek urodził się najprawdopodobniej pod szczęśliwą gwiazdą, bo właśnie on był jednym z tych, któremu bez większych trudności udało się nie tylko kupić lokal w mieście, ale i dostać licencję na otwarcie, od długiego czasu planowanej, restauracji. Wiadomość o tym przyniósł pan Kotowski, woźny ze starostwa. Oficjalnie „znalazł” on klucze, które odebrał od pana Fofińskiego, a przyjacielowi wręczył pismo, informujące go o dniu i miejscu, w którym miało nastąpić przekazanie obiektu (i kluczy) w jego ręce. Dziadek miał się również zjawić, żeby podpisać, jako nowy właściciel, dokumenta. Pan Fofiński oczywiście występował, jako „bankier” mojego dziadka i był odpowiedzialny za całą transakcję. Przez następne trzy tygodnie w lokalu na ul. Kościuszki nr 3 ruch był niesamowity. Przez okna i drzwi wyrzucano śmiecie, które dziadek z Pawłem, chłopem z Wilczej, wywozili za miasto. Wracając przywozili deski, wapno i piasek. Wewnątrz pracowało dziesięciu ludzi z dwu firm budowlanych, przygotowując sklep i hale na izby gościnne, zaś izbę z tyłu na kuchnię. Problem z kuchnią był najtrudniejszy do rozwiązania, gdyż struktura budynku nie nadawała się na kuchenne wymogi. Nawet architekt, zatrudniony przez dziadka, miał duże trudności z rozwiązaniem zagadnienia. Postanowiono ostatecznie, po przeglądnięciu trzech różnych projektów, rozwalić dotychczasowe urządzenia i wybudować zupełnie nową kuchnię, pozostawiając tylko oryginalny komin, którego przenieść czy przebudować było wprost niemożliwe w trzypiętrowym budynku. Zgodzono się również na wstawienie nowych kap nad kuchnią i zrobienie zupełnie nowego, nie istniejącego, systemu wentylacji. Koszta były większe niż przewidywano, ale pan Fofiński twierdził, że koszta nie były ważne i kazał zmieniać wszystko, co było potrzeba i czego wymagały ówczesne władze.

Dziadek u Zaleskich i licencja na mleczarnię

W międzyczasie dziadek odwiedził państwa Zaleskich i jak było do przewidzenia, zyskał zgodę Zosi na wyjście za mąż za niego. Pozostała do rozwiązania sprawa zapowiedzi, ślubu i wesela, ale dziadek nie miał w tych sprawach wiele do powiedzenia. Zostawił tylko państwu Zaleskim na kartce swoje nazwisko i imię, datę i miejsce urodzenia, oraz imiona swoich rodziców, dla formalnego załatwienia tych rzeczy. Podał również adres rodziców w Medyce dla ewentualnego skontaktowania się. Zostawił więc całą sprawę w rękach rodziców Zosi do wykonania, według uznania... Państwo Zalescy byli raczej zdziwieni „brakiem czasu” u dziadka na załatwienie tych spraw, ale Zosia stawała cały czas w jego obronie i twierdziła, że z mamą i koleżankami, załatwią wszystko, co trzeba. Chciała również zaraz pojechać z dziadkiem do Przemyśla, żeby z nim szukać nowego dla nich mieszkania, ale pani Zaleska nie zgodziła się na to. Dziadek wracał zadowolony do domu. Na stacji w Przemyślu odebrał dorożkę od pana Fofińskiego i z miejsca powiózł klijenta na Zamek.
Czas upływał szybko. W dawnej mleczarni Szulca prace murarsko-stolarskie posuwały się naprzód i w przeciągu trzech tygodni przerobiono na salę „bilardową”, „sklep” na właściwą restaurację, a izbę z tyłu na kuchnię. W tylnej ścianie hali wybito w murze dziurę, w której wstawiono nowe drzwi do spiżarni bez okien, tak, że można było dostać się do niej teraz zarówno z lokalu, jak i z kurytarza po drugiej stronie. „Halę” zmniejszono przepierzeniem od strony spiżarni, zmieniając tę część na mały pokój z oknem na „Halę”. Pod oknem wystawowym w tej izbie, wychodzącym na ulicę Kościuszki, zbudowano niskie szafy z półkami. Górę tych szaf można było używać na wystawę, na zimny bufet lub po prostu jako podręczny stół na różne potrzeby. Półki w szafie miały służyć na naczynia. Środkową izbę odseparowano od kuchni długą ladą sięgającą od ściany aż poza drzwi, prowadzące do kuchni. Wybito poza tym otwór w ścianie i zrobiono w nim duże okno, łączące restaurację z kuchnią, dla łatwego podawania zamówionych potraw. W kuchni zbudowano dwa paleniska z dużymi, metalowymi „blatami”, a obok zrobiono zlew z bieżącą ciepłą i zimną wodą. Przy ścianie od kurytarza zbudowano olbrzymią szafę. Między tą szafą, a zlewem ustawiono potężny stół na kwadratowych, grubych nogach i z grubym, drewnianym blatem. Część tego stołu miała służyć do rąbania kości.
Wprawdzie umeblowania jeszcze nie było, można było łatwo orientować się, jak całość restauracji będzie wyglądała. Dostawa towaru do kuchni i spiżarni od tyłu z bocznej uliczki przez kurytarz. Gotowanie i przyrządzanie potraw w kuchni i przez „okienko” – podawane do restauracji...

Remont restauracji

Dziadek każdą wolną chwilę spędzał „u siebie” i przyglądał się pracującym malarzom, którzy wykańczali malowanie jego nowej posiadłości. Mył sam okna, ścierał kurze z szaf i lady, zaglądał do nowego pokoju w dawnej „hali” i do spiżarni. W spiżarni miał na razie złożonych kilka worków węgla.
W kuchni z dwoma paleniskami, palił się już ogień, a w izbach restauracyjnych stały gotowe, nowo zbudowane dwa kaflowe piece do ogrzewania lokalu. Na zewnątrz malarze wykańczali olbrzymi szyld z napisem „RESTAURACJA”. Pan Foflński, po załatwieniu formalnym kupna lokalu, przywoził ze Starostwa różnych panów inżynierów i innych urzędników, żeby im pokazać zmiany, jakie nastąpiły w dawnej, zaniedbanej mleczarni. Wszyscy byli zadowoleni z przekształcenia starego lokalu na nowy i zgadzali się na jego rychłe otwarcie.
Niestety, nie obeszło się bez trudności. Wprawdzie pani Fofińska od tygodnia gotowała w nowej kuchni karmiąc męża, dziadka i robotników – w restauracji nie było stołów, krzeseł, nakrycia stołowego, a przede wszystkim nie było obsługi. Okazało się, że łatwiej było przebudować lokal, niż go wyposażyć i uruchomić. Pan Foflński, który był dotychczas zawsze uśmiechnięty i zadowolony ze wszystkiego, chodził z nosem spuszczonym i cmokał dziwnie przy każdym spotkaniu się z dziadkiem. Dziadek zauważył dziwne zachowanie się pana Fofińskiego i pewnego dnia, wieczorem, zapytał wprost swego dobroczyńcę, dlaczego ostatnio tak posmutniał? Czy był z czegoś niezadowolony?
„Nic podobnego – twierdził pan Foflński – po prostu myślę i szukam rozwiązania dość poważnego problemu”. „Jakiego problemu?” – pytał dziadek. „Myślę, żeśmy się trochę przeliczyli – mówił pan Fofiński – bo widzisz Michał, miejsca jest w restauracji na 120 ludzi, a my nie mamy możliwości na to, żeby taką ilość obsłużyć”. Po chwili dodał: „Czy ty wiesz, ile będą kosztowały stoły, krzesła, obrusy, talerze, nakrycia stołowe, tace, naczynia kuchenne i inne? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, ile to towaru będzie trzeba przywieźć, mięsa, jarzyn i owoców na nakarmienie 120 ludzi? Czy myślałeś o tym, kto to przywiezie, kto ugotuje, kto poda i zbierze pieniądze za to; kto pomyje naczynia i posprząta? Pomyśl dobrze, a na pewno dojdziesz do wniosku, żeśmy rzucili się z motyką na księżyc!”
„Ale kto panu powiedział i przyrzekł, że przyjdzie na raz 120 ludzi?” – zapytał dziadek. – Na początek na pewno będą świecić pustki. Ludzie muszą poznać restaurację, przekonać się, że warto tam wrócić i zachęcić innych, żeby skorzystali”. „Właśnie o tym chciałem porozmawiać” – przerwał pan Fofiński.
I dziadek dowiedział się, że pan Fofiński już „bokami robił”, co znaczyło, że wydał wszystkie swoje oszczędności i zaczynało brakować mu pieniędzy. Tym bardziej, że „przedsiębiorstwo” dorożkarskie zostało od pewnego czasu zaniedbane i dochody poważnie zmniejszone. „Nadszedł czas” – twierdził pan Fofiński, żeby zdecydować się, czy restauracja, czy dorożki! Utrzymać jedno i drugie było fizyczną niemożliwością, tym więcej, że restauracja okazała się na razie studnią bez dna i nie dawała żadnych dochodów, a dorożki bez ludzi doświadczały straty. „Ludzi nam trzeba, uważasz – mówił pan Fofiński – bo tak dalej wytrzymać nie będzie można...”
Dziadek zmartwił się poważnie oświadczeniem przyjaciela i na razie nie miał gotowej odpowiedzi. Czuł dobrze, że pan Fofiński zrobił dla niego, ile mógł, ale dalsze rozwiązanie zagadnienia życiowego należało do niego, bo Fofińskiemu zaczęło brakować „gruntu pod nogami"... Wiedział dziadek też i o tym, że Fofiński miał od dawna kłopoty z werbowaniem robotników, których zawsze mu brakowało i zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli sam tych trudności nie rozwiąże, to cały dotychczasowy wysiłek zostanie zniszczony.
„Trzeba się poważnie zastanowić co dalej robić – wyrzekł niepewny siebie – i ustalić plan na najbliższą przyszłość”. „Tak, dobrze to mówić, ale jak to zrobić?” – pytał Fofiński.
W dalszej rozmowie dziadek wykluczał zlikwidowanie przedsiębiorstwa dorożkarskiego czy zaniechanie planów otwarcia restauracji. Należało raczej zmodyfikować plany, na przykład otworzyć restaurację tylko z jednym pokojem, na dziesięć stolików, a reszty nie używać. Zobaczy się, jak się interes będzie rozwijał i od tego uzależni się czy otworzyć później „halę”, czy nie. Jeżeli chodzi o obsługę i ludzi do pracy, dziadek widział tylko jedno rozwiązanie. W Przemyślu ludzi nie dostanie się, ale można ich znaleźć poza Przemyślem, w Medyce na przykład. I ta myśl bardzo mu się podobała. Pojedzie jutro do Medyki i zacznie werbować ludzi. Przy tej okazji przywiezie towar i zamówi więcej na przyszłość... Przecież trzeba będzie mieć regularną dostawę mleka, mięsa, jarzyn i nabiału. On tych rzeczy nie będzie mógł sam przywozić bo będzie zajęty pracą w restauracji...
Ostatecznie ustalili z panem Fofińskim, że dziadek zajmie się organizacją uruchomienia restauracji, z tym, że pani Maria będzie pierwszą gospodynią-kucharką i kierowniczką kuchni, a on sam będzie kierownikiem restauracji, a pan Fofiński z Pawłem z Wilcza i dwoma innymi ludźmi będą w dalszym ciągu pracowali w przedsiębiorstwie dorożkarskim. Dziadek prosił tylko pana Fofińskiego o przypomnienie stolarzom o dostawie sześciu zamówionych przez niego stolików i krzeseł.

 

1  2  3 


 

© Recogito, Rafaliga