Radomskie kidusz ha-szem

Dzieje Żydów w Radomiu w latach II wojny światowej nie zostały dotąd opracowane. Kilka artykułów na ten temat opublikował Adam Rutkowski w „Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego” i „Bleter far Geszychte” [Karty Historii]. Ze względu na ograniczoną znajomość języka żydowskiego w Polsce, jego prace publikowane w tym języku są mało znane. Obszerniejsze materiały wspomnieniowe zawiera wydana w 1961 roku w Tel-Awiwie w językach hebrajskim i żydowskim „Sefer Radom” [Księga Radomia]. Materiały te zgromadziło ziomkostwo Żydów radomskich w Stuttgarcie w latach 1945-1949. Część ich obejmującą wydarzenia od wybuchu wojny do wielkiego wysiedlenia w sierpniu 1942 roku opublikowano w 1948 roku w Stuttgarcie w pierwszym wydaniu „Sefer Radom”. Reszta materiałów (obejmująca wydarzenia od utworzenia „małego getta” na ul. Szwarlikowskiej do końca wojny) została wraz z likwidacją radomskiego centrum w Stuttgarcie przewieziona do Izraela i przekazana ziomkostwu Żydów radomskich w Tel-Awiwie. Wspomnienia te napisane były głównie w języku polskim. Następnie przetłumaczono je na język żydowski (głównie Icchak Wajsbort i Szalom Strawczyński) oraz hebrajski. Wiele ważnego materiału i dokumentów dołączył Tewie Frydman, kierownik Instytutu Dokumentacji Historycznej w Hajfie. Cały ten materiał, po odpowiednim opracowaniu redakcyjnym, stanowi obszerny rozdział „Zagłada Radomia” (s. 277-380) w wydanej równolegle w języku hebrajskim i żydowskim w 1961 roku w Tel-Awiwie „Sefer Radom” [Księga Radomia]. Tłumaczenia tekstu z języka żydowskiego (jidisz) na polski dokonał bezinteresownie Józef Pinkiert.

Wrześniowe dni 1939 roku 

Już na wiele tygodni wcześniej atmosfera była napięta i spodziewano się, że wojna może wybuchnąć lada dzień. Zorganizowano obronę powietrzną, w której udział wzięło wielu Żydów. Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej przeprowadzała ćwiczenia i nauczała gaszenia pożarów, usuwania bomb zapalających i udzielania pierwszej pomocy. Wyznaczone zostały rejony i komitety blokowe, komendanci, sanitariusze i strażacy. Przy każdym domu ustawiono beczki z wodą, piasek, łopaty i inny sprzęt. Na wszystkich placach i we wszystkich ogrodach kopano schrony przeciw napadom z powietrza. Mimo wzmagającego się w ostatnich latach antysemityzmu i antyżydowskich hec, to obecnie kopanie schronów było zgodne (familijne) i nawet rabin z księdzem wspólnie kopali.
W środę 30 sierpnia ogłoszona została mobilizacja i wszyscy poborowi Żydzi śpieszyli do wskazanych punktów zbornych. I choć sytuacja była poważna i spodziewano się najgorszego (nawet spiker w radiu radził społeczeństwu przygotować zapasy żywnościowe na dwa tygodnie), to jednak wybuch wojny trafił jak nagłe uderzenie.
W piątek rano 1 września 1939 roku radio powiadomiło o tym, że armia niemiecka przekroczyła granice Polski i posuwa się naprzód w głąb kraju. Zanim radio nadało ten komunikat Prezydenta Państwa o napadzie wojsk niemieckich na Polskę, to już w Radomiu nastąpił pierwszy nalot powietrzny i na sadkowskim lotnisku padły pierwsze ofiary. Był piękny dzień, niebo było czyste i niemieckie samoloty latały prawie bez przeszkód (bezkarnie) rzucając bomby. Padły ofiary na Wałowej 7, na Nowogrodzkiej, Lubelskiej i Traugutta. Żadnej obrony ze strony polskiego wojska nie było widać. Wyły jedynie syreny. Radio nadawało mylne i opóźnione znaki, a zdezorientowane społeczeństwo biegło do schronów. W pierwszych dniach stosunek Polaków do Żydów był dobry. Nie słychać było wyzwisk antysemickich i nie wyczuwało się wrogości. Polacy wiedzieli, że Żydzi będą walczyć przeciwko wspólnemu niemieckiemu wrogowi z największym poświęceniem.
W środę 6 września Niemcy zajęli Kielce. Z Radomia został ściągnięty 72 pułk piechoty i ewakuowały się państwowe i komunalne instytucje. Również społeczeństwo zaczęło masowo uciekać w kierunku Puław, Lublina, Kowla, Brześcia i Białegostoku. W większości uciekali Żydzi, ale również wielu Polaków, którzy w drodze zachowywali się przyjaźnie. Żołnierze rekwirowali konie z wozami, samochody ciężarowe, a nawet rowery. Po tym chaotycznym cofaniu się żołnierzy ciągnęła masa cywilnych uciekinierów. Tysiące ludzi ratowało się z okupowanych Kielc. Niemieckie forpoczty na motocyklach poganiały za nimi, zatrzymując wielu, biorąc do niewoli i aresztując. 
Niemieckie eskadry nie zaprzestały obstrzału uciekinierów na drogach, nie przestały bombardowania Radomia i jego peryferii. Bomby padały na wiadukt (wielki most), na ulicy Skaryszewskiej [obecnie Słowackiego] i w innych okolicach. Koszary 72 pułku przez kilka dni stały puste, a ludzie z marginesu szabrowali stamtąd żywność i ubrania. Tego samego dnia zwołane zostało posiedzenie w mieszkaniu działacza PPS, dr. Stanisława Kelles-Krauza, gdzie został powołany Komitet Obywatelski, mający na celu ochronę pozostałej ludności w mieście. U skład Komitetu wchodzili Żydzi: Jakub Goldberg, Ignacy Goldberg i Jehoszua Ajger. Zorganizowana została Milicja Obywatelska spośród Polaków i Żydów i ustawione zostały posterunki w celu utrzymania spokoju. Podczas strzelaniny przy rzeźni milicjant Mosze Glas (Glasman?) został ciężko ranny i stracił oko.

Wejście armii niemieckiej

W piątek 8 września 1939 roku po południu Niemcy zajęli Radom. Natychmiast zajęli gmachy państwowe wciągając na maszt magistratu i starostwa flagi niemieckie z nieszczęsną swastyką. Ulice były puste, którymi w dzikim pędzie przejeżdżali niemieccy motocykliści. Pierwsi Niemcy ubrani byli w zielone mundury i duże hełmy. Żandarmeria polowa nosiła na piersiach blachy z napisami „Gott mit uns” [Bóg (jest) z nami]. Następnie pojawili się Niemcy w czarnych mundurach z trupimi czaszkami na czapkach. Byli atletycznie zbudowani, z bandyckimi oczyma, które rzucały strach. Jedna z grup ulokowała się w domu Wajtla Dancigera na Lubelskiej 27 [obecnie Żeromskiego]. Inni zakwaterowali się w domach inżynierskich [na Plantach]. Natomiast Schutzpolizei [Policja Bezpieczeństwa] znalazła sobie miejsce na ulicy Spacerowej [obecnie Reja].
Ludzie bali się wyjść na ulicę. Wówczas spróbowano wysłać, tak jak Noe wypuścił gołąbka z arki, dziecko-chłopczyka z garścią jabłek, gruszek, papierosów i oranżady. Niemcy kupowali i płacili markami lub polskimi złotówkami. Kiedy ten gołąbek szczęśliwie wrócił i zamiast zielonego listka w dziobie przyniósł parę niemieckich marek, to rodzice poczęli wystawiać nos. Lecz zaraz Niemiec pokazał swoją mordę i zaczęły się nieszczęścia. Zatrzymywali Żydów na ulicy i pytali, czy obawiają się niemieckich żołnierzy. Gdy odpowiadali „tak”, wówczas bili ich wołając, że oni nie są Hotentotami [w przenośni ludźmi dzikimi, nieokrzesanymi], lecz niemieckimi żołnierzami. Kiedy odpowiadano „nie”, również ich bito.  Podobnie było z nakazem zdejmowania czapki przed każdym Niemcem. Kiedy zdejmowano, wówczas bił krzycząc: „ty nie jesteś moim kolegą”, a kiedy nie zdejmowano czapki, również bito. Żydzi nie mając innego wyjścia, opuszczając dom wychodzili bez nakrycia głowy, nawet potem podczas silnych mrozów, aby w ten sposób uniknąć bicia.
Gestapowiec objeżdżał samochodem ulice wyszukując Żydów z brodami w celu ich obcinania. Pola Krakowska widziała, jak na ulicy Rwańskiej obciął połowę brody u Icka Zokensztrikera. Inni Niemcy złapali umysłowo chorego nosiwodę „Chajda” z Lubelskiej 7, wysmarowali go różnymi farbami, posadzili na wózku od węgla, do którego zaprzęgnięto czterech elegancko ubranych Żydów, polecając jechać ulicą Lubelską. Początkowo Niemcy nie odróżniali Żydów od nie-Żydów, lecz zaraz zjawiały się polskie wyrzutki, które wskazywały Żydów.
W kilka dni po zajęciu Radomia przybyło tysiące cywilnych Niemców, których trzeba było urządzić w mieszkaniach. Zaraz zaczęto też łapać Żydów na roboty do noszenia szaf, stołów, łóżek, skrzyń i innych mebli domowych. Również Luftwaffe, które urządziło się w Sadkowie, przyjeżdżało codziennie kilkoma samochodami dla łapania Żydów na roboty. SS-mani z ulicy Kolejowej 18 przychodzili ze swoimi znanymi oprawcami Maksem i Szulcem. Schwytani harowali do późnej nocy i przy tym mocno ich bito. Gestapo miało zapotrzebowanie na opał w obliczu zbliżającej się zimy. Nadchodziły wagony z węglem, które Żydzi zmuszeni byli rozładowywać i wsypywać węgiel do ich wielkich piwnic. Żydzi czyścili konie policji konnej z ulicy Skaryszewskiej i nosili łóżka z koszar do Fabryki Broni. Łapano Żydów na ulicach, wyciągano z domów. Oni pracowali w setkach placówek i na noc wracali pobici, często kalecy. W mieście było około 10 000 Niemców i wszyscy oni posługiwali się bezpłatną pracą Żydów. Na ulicy Lubelskiej, niedaleko starostwa, urządzili się SS-mani w żółtych mundurach i z wielkimi swastykami na rękawach.
Niemcy kpili z Żydów i zawstydzali ich w oczach polskiego społeczeństwa, które dobrze się bawiło i było zadowolone. Łapano na przykład pobożnego Żyda, obcinano mu brodę lub ją podpalano i obserwowano, jak się pali i osmala. Polecili pewnemu Żydowi wysmarować błotem drugiego Żyda i kazali, aby obaj tańczyli. Zmuszali Żydów do czyszczenia ubikacji koszarowych i oblewania jeden drugiego tymi nieczystościami. Potem zmuszano ich do obejmowania się, tańczenia i śpiewania.
Kto tylko mógł, przeważnie młodzież, opuszczał miasto i uciekał na wschód, na tereny polskie okupowane przez Sowietów.

Rada Żydowska

10 września władze niemieckie zlikwidowały żydowską milicję obywatelską, powiększając jednocześnie polską. W kilka dni później również polska milicja została rozpuszczona i zorganizowana Policja Polska. Komitet Obywatelski jeszcze troszczył się o to, by nie zabrakło chleba, światła, opału itp. Okazało się, że potrzeby miasta są wielkie, w związku z czym zorganizowano wspólną polsko-żydowską instytucję pomocy w lokalu Żydowskiego Banku Spółdzielczego na Placu 3 Maja 8. Później przejął tę działalność Polski Czerwony Krzyż. Żydowscy członkowie uzgodnili z polskimi, aby działalność pomocowa obejmowała również Żydów. Niemcy jednak natychmiast polecili, aby Żydzi odłączyli się i utworzyli własny komitet. Komisarz miasta zwołał 50 właścicieli nieruchomości i ustanowił ich jako Tymczasowy Komitet Żydowski z Przewodniczącym Jakubem Goldbergiem i jego pomocnikiem (zastępcą) Józefem Diamentem.
W październiku Niemcy zarządzili, aby im przedłożyć stan ilościowy Żydów w Radomiu, z podaniem wieku, wykształcenia i kwalifikacji. W gminie przy ulicy Lubelskiej 9 zatrudnieni byli jeszcze dotychczasowi urzędnicy Bluman i Bojm. Poprosili oni o pomoc nauczycieli gimnazjum, Morcmana i innych i w ciągu kilku tygodni przygotowali żądane zestawienie. Wówczas nadszedł rozkaz, aby na podstawie tego zestawienia każdego dnia dostarczona była określona ilość Żydów na roboty.
Na początku grudnia podano do wiadomości, że Żydzi powinni zorganizować własny zarząd pod przewodnictwem „starszego spośród Żydów”, który powinien być zatwierdzony przez komendanta miasta i naczelnika policji. W tym samym miesiącu przybył generał SS Fritz Katzman, który opierając się na zarządzeniu generalnego gubernatora Franka, rozkazał ustanowienie „Rady Starszych”, składającej się z 24 członków. Przewodniczącym tej Rady Starszych mianował Józefa Diamenta, który zobowiązany został do dokooptowania do siebie rady składającej się z 24, zatwierdzonych przez SS i dowódcę policji Katzmana w następującym składzie: 1. Józef Diament, 2. Mosze Leslau, 3. Mosze Rubinsztajn, 4. Szmul Cukier, 5. Joszua Ajger, 6. Aron Merin, 7. Dr W. Cung, 8. Dr W. Finkielsztajn, 9. Jona Goldberg, 10, Dr L. Fastman, 11. Wolf Sanicki, 12. Józef Sztelman, 13. Józef Gradowczyk, 14. Kalman Goldberg, 15.  Herszel Zajdman, 16. Dawid Blatman, 17. Mosze Luksemburg, 18. Eliezer Gotlib, 19. Mosze Rozenfeld, 20. Dr G. Szenderowicz, 21. St. Fersztendik, 22. Abraham Salbe, 23. Rafał Holckener, 24. Chaim Birenbaum (Birenbojm).
Jako kandydaci, którzy później również zostali ustanowieni członkami byli: Józef Blas, Zelik Goldberg, Chilel Goldberg.
Skład członków Rady w miarę upływu czasu wiele razy się zmieniał, na przykład z końcem roku ubyli członkowie dr Cung i dr Finkielsztajn, a wstąpił Iciele Zilbersztrom. Rada początkowo zbierała się w lokalu „Ezry” [przy ul. Traugutta], a następnie przeszła do lokalu byłej gminy na Lubelskiej 9.

„Kidusz ha-szem” [Nieszczęście]

Niemcy zabronili Żydom modlić się w bożnicach i jeszybotach. Wszystkie jeszyboty zamienili na stajnie dla koni, spichrze zbożowe oraz na inne cele. W święta Roszeszone [Nowego Roku] i Jom Kipur [Sądnego Dnia] zbierali się mninim [przynajmniej dziesięciu] w mieszkaniach prywatnych i tam odprawiali modły, choć wiedziano, że to grozi śmiercią. SS-mani i gestapo dokładnie wiedzieli, kiedy przypadają żydowskie święta, i właśnie wtedy wychodzili na ulicę w celu łapania Żydów. W Roszeszone [hebr. Rosz ha-Szana] złapali nauczyciela Chaima Dawida Waksa wraz z innymi Żydami, zaprowadzili ich do koszar i zmusili do kopania dołów pod słupy. Przy tym bito ich, a Chaim Dawid oberwał najwięcej. Wówczas podano mu trefne jedzenie z kawałkiem wieprzowiny, przy czym bili go, aby w Roszeszone jadł wieprzowinę. Chaim Dawid opierał się temu i przyjmując na siebie razy, nie przestawał wołać „Szema Israel” [Imię Izraela, Boże Izraela], Zdenerwowany Niemiec wyciągnął wówczas swój rewolwer i zastrzelił upartego nauczyciela.
W Jom Kipur wyciągnięto Żydów podczas modlitwy, pobito ich i zapędzono na Plac 3 Maja obok kościoła. Tam musieli stać bez nakrycia głowy twarzą do kościoła i udawać, że się modlą. Prezesa gminy, Jojne Zylberberga, pognali po ulicach z rękami zarzuconymi na głowę na pośmiewisko katolików, którzy z zadowoleniem patrzyli, jak poniża się i dręczy Żydów. Coraz to ustawiano Żydów pod ścianami, jak gdyby do rozstrzelania, a oni przeżywali strach przed śmiercią. Potem zmuszano ich do szorowania podłóg w urzędzie przy ulicy Lubelskiej 27 oraz zmuszano ich do lizania podłóg.
Innym razem pochwycono grupę Żydów do przenoszenia żelaznych łóżek z koszar do Fabryki Broni. Nikt nie rozumiał, do czego służą łóżka w Fabryce Broni, ale musieli Żydzi z tymi łóżkami przebiegać ulicami, otrzymując przy tym bolesne razy. Szczególnie bestialsko byli bici ci, którzy biegnąc z łóżkami padali. Rozwydrzony Niemiec rzucił się na Winera (z Lubelskiej 18) i tak długo kopał go podkutymi butami w brzuch oraz w okolice serca, aż wyzionął ducha. Wówczas jeszcze nie było oficjalnego rozkazu mordowania, lecz porządek musiał być, gdyż morderca zażądał ze szpitala żydowskiego zaświadczenia, że Winer zmarł na atak serca. Zażądał też, aby rodzina Winera to potwierdziła.
Łapanki na roboty stały się codzienną powszedniością. Praca ta przeważnie była bezcelowa, chodziło jedynie o dręczenie i bicie Żydów do krwi. Osobliwy los spotkał dom „Szul-Kul” (Lubelska 27), gdzie usadowił się oddział „czarnych” SS-manów. Wciągali każdego przechodzącego Żyda do bramy i dręczyli z wyrafinowanym sadyzmem. W ten sposób nałożyli Fuksmanowi rondel na głowę i zmusili drugiego Żyda, aby uderzał kijem po tym rondlu. Kiedy głowa Fuksmana spuchła od uderzeń i spływała krwią, wtedy zmuszono go do włożenia rondla na głowę bijącego i oddawać mu razy w ten sam sposób. Ponadto Żydzi zmuszani byli do skakania z rondlami pełnymi wody tak, aby nie wylała się z nich ani jedna kropla.
Na Kolejowej 18 znajdował się magazyn gospodarczy SS. Sprowadzono tam szczególnie nabożnych Żydów, zrywano z nich szkaplerze (cyces) i palono. Żydów zmuszano w tym czasie do klękania wokół ognia i śpiewów, a Niemcy wyrywali i podpalali im brody. Szukający rozrywki Niemcy mieli też swoiste „humory”. Zgromadzonym Żydom nakazywano ściągnąć wierzchnią odzież, nałożyć na głowy dziecięce czapeczki i włożyć do ust smoczki, a następnie obchodzić dokoła biurek. Podobnie dręczyli gestapowcy w domu inżynieryjnym [na Plantach] i w wielu innych miejscach strachu w Radomiu.
Niemcy szukali również praktycznych korzyści. I tak w pierwszych dniach zmuszali Żydów do otwierania swoich sklepów, z których wszystko „wykupywali” bez pieniędzy lub za bezcen. Z wielkiej bóżnicy i jeszybotu zrabowane zostały wszystkie święte i cenne skarby. Strzelali przy tym do ścian i sufitu, demolując święte miejsce. Z mieszkań żydowskich rekwirowano lepsze meble i drogie rzeczy dla urządzania domów niemieckich. Większość zrabowanych u Żydów towarów konfiskowano i wysyłano do Niemiec. Żydzi musieli również zdać wszystkie radioodbiorniki.
W październiku nałożona została na Żydów kontrybucja w wysokości 300000 złotych i 10000 marek. Komitetowi ledwo udało się zebrać 220000 zł i 10000 marek, które zostały wpłacone do kasy magistratu. Żydzi stojący na czele Komitetu starali się zadowolić Niemców, aby uspokoić ich złość, lecz bezskutecznie. Niemcy znów łapali na roboty,  bili i  rabowali  majątek żydowski.
W końcu października, kiedy Radom proklamowany został jako jedno z czterech miast siedzib dystryktu Generalnego Gubernatorstwa, wówczas gubernator Lasch, którego miejsce urzędowania było w budynku starostwa, zażądał od Żydów dystryktu radomskiego kontrybucji w wysokości 2000000 zł. Kiedy Żydzi nie mieli tyle pieniędzy na zapłacenie, wówczas zgodził się na wzięcie w zamian 1000 kompletów bielizny osobistej i takąż ilość bielizny pościelowej, z przeznaczeniem dla SS. Jednak w Radomiu nie było takiej ilości bielizny. Wówczas członkowie Komitetu, konwojowani przez gestapowców, udali się do Łodzi w celu przywiezienia jej stamtąd. Pojechali Józef Diament, Mosze Leslau, Chilel Goldberg i Icie Grin. Przywieźli płótno, nici i guziki, po czym zwerbowali żydowskich krawców i szwaczki dla uszycia tej bielizny a potem dostarczyli ją Niemcom.
16 grudnia 1939 roku generalny gubernator Frank wydał zarządzenie, że Żydom nie wolno opuszczać ich miast bez specjalnego zezwolenia. Nie wolno im także sprzedawać swoich domów i dóbr oraz posiadać w gotówce ponad 150 zł. Każdy Żyd, poczynając od 10 roku życia, musi nosić białą opaskę na rękawie z niebieską Gwiazdą Dawida. Za nienoszenie tej opaski groziła kara śmierci. Zgodnie z innym zarządzeniem musieli Żydzi przekazać swoje fabryki i sklepy pod kontrolę polskich komisarzy. Wielu żydowskich właścicieli „oddało” swoje mienie znajomym Polakom, którzy oficjalnie zostali zarządcami i ich nazwiska figurowały na szyldach, a Żydzi formalnie pracowali u nich jako pracownicy. W ten sposób szyldy na żydowskich sklepach na ulicach Lubelskiej, Rwańskiej, Warszawskiej i innych głosiły nagle, że stały się sklepami polskimi. Przedsiębiorstwa, które znalazły się pod opieką komisarzy, poza swoją pierwotną nazwą otrzymały na szyldach dodatek: „zarząd komisaryczny”. Żydzi jeszcze wówczas zostawali w tych przedsiębiorstwach, figurowali w zestawieniach roboczych i otrzymywali pieniądze.

Głód mieszkaniowy, praca przymusowa i żydowskie instytucje

Ciągle przyjeżdżały niemieckie rodziny, rodziny folksdojczów z okolicznych wsi oraz Polacy z okolic Poznania, którzy już przedtem słynęli z antysemityzmu. Wszyscy oni zamieszkali w dobrze urządzonych żydowskich mieszkaniach, skąd wyrzucono Żydów. Stopniowo zaczęto także usuwać Żydów z ulic, które uczyniono „Judenrein”: z Moniuszki, Lubelskiej, Skaryszewskiej i Piłsudskiego. Wyrzuceni zmuszeni byli szukać dachu nad głową w żydowskiej dzielnicy. Do Radomia przybywało wielu Żydów z Warszawy, Łodzi, Kalisza i innych miast, szczególnie z tych, które włączone zostały do III Rzeszy. Rada Żydowska zmuszona była zorganizować specjalny urząd mieszkaniowy w celu zapewnienia wszystkim dachu nad głową. Była to ciężka praca. Niemożliwe było zadowolić wszystkich, z czego wyłaniały się pretensje częściowo słuszne i niesłuszne.
W celu zlikwidowania dowolnych łapanek do przypadkowych prac Rada Żydowska utworzyła specjalny urząd zatrudnienia, który zobowiązał się dostarczać codziennie żądaną ilość robotników (początkowo wynosiło to 80-100 osób dziennie). Na czele tego urzędu stał nauczyciel gimnazjum [Towarzystwa „Przyjaciół Wiedzy”] I. Worcman, który próbował interweniować w miejscach pracy o lepsze traktowanie: aby nie bić i dawać jeść. Słabowite i starsze osoby posyłał do lżejszych prac. To jednak nie przeszkadzało Niemcom organizować dalszych łapanek Żydów na roboty, nawet pracujących w owym urzędzie zatrudnienia. Później Niemcy zażądali 500-600 i więcej robotników. Urząd zatrudnienia zmuszony był powiększyć swój personel dla roznoszenia wezwań.
Wiceprezes Rady Żydowskiej Mosze Leslau zarekomendował do urzędu zatrudnienia, jako roznosiciela wezwań, swojego znajomego Joachima Gajgera, który poprzednio pracował jako szklarz w gestapo i miał tam swoje kontakty. Do wojny był dowódcą prywatnej instytucji „Straż Nocna”.
Niedługo trwało i Gajger został kierownikiem urzędu zatrudnienia. Był wielkim kompanem szefa Polskiej Policji Kryminalnej i „swatem” przy gestapo. Znalezienie u Żydów „grzechów” było bardzo łatwo. Wówczas próbował Gajger być obrońcą za pieniądze i rzeczy wartościowe. Miał on również wspólnika, niejakiego Izraela Kaca, z którym razem wymanewrowali I. Worcmana z kierownictwa urzędu zatrudnienia. Do wiosny 1940 roku biuro urzędu zatrudnienia mieściło się w lokalu „Ezry” przy ulicy Traugutta 55. Urząd był pod nadzorem SS-Hauptsturmfürera Tomalla i jego zastępcy Ruma. Urząd ten stał się niejako oddziałem miejskiego urzędu zatrudnienia pod kierownictwem Oberbürgemeistra. Codziennie do biura przychodził Niemiec, który dowodził pracą. W ciągu tego czasu było czterech takich przedstawicieli niemieckich: Staromak, Gawriło, Sznajder i Janek.
Niemcy z czasem żądali od 1000 do 1400 robotników dziennie. Za określoną opłatą można się było zwolnić z roboty, a urząd zatrudnienia w miejsce tego posyłał „zastępcę”. Kilkuset Żydów skierowano do ciężkich robót drogowych, leśnych i melioracyjnych w okolice Radomia. Jedzenia otrzymywali mało, a Rada Żydowska posyłała tam produkty żywnościowe i organizowała kuchnie polowe. Urząd zatrudnienia dostarczał również Żydów przed pierwszym wysiedleniem do prac obozowych przy ruskiej granicy.
Rada Żydowska ciągle organizowała nowe urzędy, między innymi wydział żydowski, wydział handlu i przemysłu oraz inne.
Wydział żydowski spełniał swego rodzaju funkcję sądu obywatelskiego dla ludności żydowskiej oraz załatwiał inne prawne sprawy. Początkowo wydziałem tym kierował adwokat Leon Sytner, a następnie mgr Władysław Wajsfus. Przez pewien czas był również kierownikiem adwokat dr Fensterblau z Krakowa. Wydział żydowski działał z dużym oddaniem i troską o interesy społeczności żydowskiej.
Wydział handlu i przemysłu bronił praw właścicieli przedsiębiorstw żydowskich, interweniował u władz i starał się o ulgi. Wydziałem kierował Wolf Sanicki.
Biuro zaświadczeń. Latem 1940 roku naczelnik miasta wydał zarządzenie, że Żydom zabrania się chodzenia po ulicy Lubelskiej i na „okrągłym rynku”, gdzie znajdował się magistrat. Żydom nie wolno było również chodzić chodnikiem. Biuro wydawało zezwolenia na przebywanie Żydów w zabronionych rejonach miasta, jak również na poruszanie się w godzinach policyjnych oraz na wyjazd z miasta. Biuro było pod kontrolą żydowskiego wydziału przy naczelniku miasta. Po utworzeniu getta zaświadczenia takie wydawała niemiecka policja, pobierając wysokie opłaty. Kierowniczką biura była panna Mortapel.
Inne wydziały. Był wydział personalny pod kierownictwem Władysława Fenigsztajna, który zajmował się przyjmowaniem lub zwalnianiem urzędników oraz robotników. Prowadził również ewidencję wszystkich zatrudnionych w Radomiu Żydów i liczył ponad 500 osób. Istniał również specjalny wydział dla prowincjonalnych wydziałów [rad?] żydowskich.
Działalność tych wszystkich wydziałów kontrolowana była przez Prezydium Rady Żydowskiej. Była centralna księgowość, gdzie głównym księgowym był I. Ajger, który kontrolował rachunki całego aparatu wraz z operacjami finansowymi.
Wszelkie kontrybucje składające się z rzeczy bądź pieniędzy egzekwowane były u ludności żydowskiej przez Radę Żydowską. Ile zebrano, a ile faktycznie oddano władzy w ówczesnych warunkach, trudne było do skontrolowania. Wykorzystywali to niektórzy radni, przez co wzbogacili się na krzywdzie społeczeństwa i prowadzili hulaszczy tryb życia, wówczas kiedy wszyscy Żydzi biedowali.

Życie - dla śmierci

Była ciężka zima: mroźna, śnieżna, pełna zawieruch. Mieszkania niedostatecznie ogrzewane. Szerzyły się choroby. Stano w długich kolejkach po węgiel i chleb. Ile by piekarze nie wypiekli, zawsze brakowało. Chleb był czarny, był ciężki, lepiący się jak glina. Mąkę nań mieszano z otrębami. Całymi zimowymi nocami stało się w kolejkach po chleb. Stały tysiące, rodziny z małymi dziećmi, marznąc i chorując. Później wprowadzone zostały kartki żywnościowe, które nie zaspokajały jednak potrzeb. Do tego coraz częściej i więcej brano ludzi na roboty, do czyszczenia ze śniegu ulic i lotniska. Bogaci płacili Gajgerowi miesięczne pensje (on był już kierownikiem urzędu zatrudnienia) i każdy z nich podsuwał innego człowieka na swoje miejsce, płacąc mu dniówkę w wysokości 3 zł. Głodni chłopcy i starcy szli na taki zarobek
W owych czasach nadchodziły wiadomości ze Lwowa, Kowla i Białegostoku, że u Sowietów można jeszcze żyć na wolności: nie biją i nie łapią na roboty. Setki młodzieży w największe mrozy uciekło z miasta, udając się w stronę wschodniej granicy. Tygodniami wałęsali się tam w pasie neutralnym, aż udało im się przejść. Wszystkich uciekło z Radomia około 2000 Żydów.
U wigilię Paschy 1940 roku utworzono przy Radzie Żydowskiej kilka komisji dla zaopatrzenia w mace i produkty świąteczne. Rada Żydowska dystryktu podjęła się wielkiego wysiłku zgromadzenia pieniędzy dla potrzebujących. Określona pomoc nadeszła i z Joint’u [Joint Distribution Comittee American, amerykańska organizacja niesienia pomocy Żydom wschodnioeuropejskim]. Na nadchodzących paczkach z macą były pieczątki z Jugosławi, Rumunii i innych krajów.
Głód stawał się coraz większy, i tak mężczyźni jak i kobiety zaczęli szukać takich miejsc pracy, gdzie można było dostać jedzenie. Ochotniczo jechały kobiety do Wolanowa oraz innych miejscowości do robot budowlanych. Społeczeństwo żydowskie zostało odcięte od swoich źródeł zarobkowania. Początkowo Rada Żydowska zorganizowała oddział pomocy socjalnej, który następnie przejęty został przez Żydowski Komitet Opiekuńczy (ŻKO). Jego centrala znajdowała się w Krakowie, kierował nią dr Michał Wajchert. ŻK0 w Radomiu zorganizowany został na wiosnę 1940 roku przez adwokata Abrahama Salbe,  który  był  jego  przewodniczącym.  Członkami  zarządu  byli:  Aron Fridland, Lajbisz Mendel Ziserman i Wolf Fojgenbaum (Fojgenbojm). Był również komitet okręgowy, który zajmował się rozdziałem pomocy dla dystryktu. W biurze pracowało dziesięć osób.
Przedstawiciele Joint’u oraz centrali krakowskiej Żydowskiego Komitetu Opiekuńczego kontrolowali ich pracę. Inspektor Joiny’u, Israel Falk, miał swoje biuro przy ul. Kopernika 9. Kierownikiem biura był mgr Gerszon Pines. ŻKO dostarczał produkty dla kuchni ludowych na Glinicach (wydawała 1200 obiadów dziennie), przy ul. Szkolnej (2500 obiadów dziennie) oraz na ul. Rwańskiej. Obiad kosztował 20 groszy i składał się tylko z zupy. Biedni i dzieci otrzymywali bezpłatnie. Rozdawano też buty amerykańskie, nadesłane przez Joint. ŻK0 utrzymywał dom sierot oraz dom starców, jak również prowadził potem swoją działalność w getcie.

Opowiada Abraham Fersztendyk

W 1940 roku mieszkałem na Wałowej 31. Mój syn Icchak (obecnie w Izraelu) miał wówczas 12 lat. Gdy szedł on ul. Długą (obecnie Traugutta), gwiżdżąc na niego zatrzymał go SS-man i rozkazał mu wykonywać różne ćwiczenia. Pobił go przy tym do krwi. Po tych ćwiczeniach zaprzągł go razem ze świnią i poganiał batem. Za nimi biegł pies SS-mana, który tak pogryzł mojego syna, że ten padł zemdlony. Wówczas ostrzygł mu pół głowy i zamiast cucić go wodą wylał na niego garnek smoły.
W takim stanie znaleziono mojego syna i przyniesiono go do mykwy [łaźni]. Ale niemożliwością było domyć go. Przy tym całe ciało było w ranach. Po mieście rozeszła się wieść, że znaleziono nieznanego z nazwiska chłopca, którego nie można rozpoznać. Pobiegłem popatrzeć i poznałem moje dziecko. Przy tym również zemdlałem. Po tym wydarzeniu przez dłuższy czas Icchak chorował leżąc w łóżku.

Opowiada Zelman Fuks

Złapano mnie na ulicy razem z około 40 Żydami i odprowadzono na ulicę Broni obok Fabryki Broni, gdzie nas ustawiono w dwuszeregu. Wyszedł do nas Niemiec z zakasanymi rękawami, w gumowym fartuchu i z długim nożem w ręku. Sam jego widok wywarł na nas straszne wrażenie. Zawezwał pierwszego z szeregu i zaprowadził do piwnicy. Po upływie paru minut Niemiec przyszedł sam. Miał zakrwawione ręce, a nóż był czerwono-lepki. Ogarnęła nas groza, a włosy stanęły na głowie. Wywołał drugiego z szeregu i również zszedł z nim do piwnicy. Kiedy następnie wrócił, był jeszcze bardziej umazany krwią. I tak wziął trzeciego i czwartego, aż przyszła moja kolej. Pożegnałem się z życiem i ze światem szepcząc „Szema Israel” i kołysząc się na trzęsących nogach zostałem wprowadzony jak skazaniec.
Piwnica pełna była gęsi. Naszym zadaniem było uganianie się za nimi, chwytanie ich i podawanie Niemcowi, który je zarzynał. On je zarzynał, a myśmy musieli je oskubywać. Po oskubaniu i oczyszczeniu gęsi odesłano nas do domu.
W pierwszych dniach Paschy 1940 roku otrzymało wezwania do niemieckiego Arbeitsamtu 32 Żydów. Stawiło się 18 osób – między innymi urzędnik Rady Żydowskiej, Wolf Grobant. Początkowo odprowadzono ich do kryminału, gdzie nieludzko znęcano się nad nimi. Następnie odprowadzono ich z grupą polskich działaczy politycznych na Firlej. Tam wpędzono ich do dołu i obrzucono ręcznymi granatami. Polscy mieszkańcy Firleja opowiadali potem, że w kilka godzin po morderstwie jeszcze ruszała się przysypana ziemia.
W czerwcu 1940 roku został aresztowany za interwencję u władz pierwszy były przewodniczący Komitetu Żydowskiego, Jakub Goldberg. Wywieziony został do Buchenwaldu i przeżył wojnę.

W Lublinie i przy sowieckiej granicy

W letnim okresie Niemcy przeprowadzili wielką akcję wysyłki młodzieży do lubelskiego getta i okolicznych miasteczek: Hrubieszowa, Narola, Bełżca, Fircze (?) i Cieszanowa. Pierwsza grupa, licząca około 1000 młodzieńców została wysłana 20 sierpnia, a następnie jeszcze dwie grupy. Większość młodzieńców otrzymała wezwania z Arbeitsamtu, aby stanęli przed komisją, która ustali ich zdolność do pracy. Za niestawiennictwo groziło dziesięć lat więzienia i konfiskata mienia. Było to w piątek. Matki przygotowały torby podróżne, kładąc do nich wszystko, czym dysponowały i odprowadzały swoich synów na ul. Traugutta.
Komisja z dr. Szenderowiczem badała każdego, ważyła i mierzyła. Wokół Gajgera i Kaca kręcili się tymczasem „macherzy”, którzy za 300-400 zł uwalniali od wysyłki. Budynek otoczony był przez policję, która nikogo nie wypuszczała z podwórka. Trwało to prawie cały dzień. Pod wieczór uformowano szeregi i odprowadzono na dworzec. Byli bardzo mocno strzeżeni, a rodziny nie były dopuszczane do pożegnania się z nimi. Po ciemku załadowano ich po 50 osób do wagonów. Około drugiej w nocy przybyli do Lublina.
W Lublinie na stacji rozległy się dzikie okrzyki „Heraus, ihr Judenschweine” i zaczęto ich okładać batami po głowach, aż krew tryskała. Ustawiono ich w szeregi i rozkazano biec. Niemcy jechał i wózkami, a Żydzi biegli w ulewnym deszczu, aż dobiegli do miasta. Zapędzeni zostali na podwórze przy ul. Lipowej 7. Podwórze było wielkie, mokre, pełne błota. Biczowano po głowach i rozkazano siadać w błocie. Tak siedzieli do godziny 5 rano. Wówczas dano im kawę i chleb. Po czym wpuszczono ich do wielkich baraków o trzypiętrowych łóżkach. Zgromadzonych tam było około 20000 Żydów ze wszystkich stron Polski. Stąd rozsyłano transporty na różne placówki pracy. SS-mani, na czele z lubelskim dowódcą obozu Marfinklem, nie zaprzestali przy tym bicia pejczami.
Pierwszy transport składał się z około 1000 osób i miał udać się do Bełżca. Grupa radomian, razem z warszawskimi i kieleckimi Żydami wysłana została do stacji Hrubieszów, gdzie wysadzono kilkaset osób, po czym pociąg ruszył dalej. Po pewnym czasie pociąg stanął na bocznym torze. Mówiono, że jest to Bełżec. Tu wysiedli wszyscy i wprowadzono ich do obozu, który stanowił wielkie podwórze ze studnią pośrodku. Pod gołym niebem zastano koczujące rodziny cygańskie i starych Żydów, skóra i kości. Spali oni tu w czasie deszczów i wichrów. Prosili nowoprzybyłych o kawałek chleba i bieliznę, które ci wyciągali ze swoich worków podróżnych i dawali. Żydzi płakali z nieszczęść i radości. Woda ze studni była cuchnąca, a umieralność była wielka. Ludzie padali jak muchy.
Tego samego dnia nowoprzybyli w ilości około 1500 osób otrzymał i łopaty i kilofy i zostali popędzeni przez las. Zmuszono ich do biegu w czasie kilku godzin podczas straszliwego upału. Po 20 minutach odpoczynku znów zarządzono biegi. Po drodze oddzielona została grupa i pognana w innym kierunku.
Około 1000 radomian przybyło do Cieszanowa, leżącego bardzo blisko granicy. Kiedyś było tu żydowskie miasteczko z bóżnicą i Jeszybotem. Był tu również rabin z wieloma chasydami. Wszyscy zostali wypędzeni z miasteczka. Miasteczko było wyludnione.
Tu pracowali radomianie. Głodowali i pisali rozpaczliwe listy do domów. Rodzice w Radomiu biegali do Rady Żydowskiej i robili skandal, krzycząc, że Cajger oszukał ich i wysłał dzieci na katorgę. Po kilku tygodniach nadeszły specjalne samochody z paczkami od rodzin. Na każdej paczce figurowało nazwisko młodzieńca. Paczki przywieźli Icchak Frydman i Chilel Winer. Udało im się zabrać kilku młodzieńców do domu, których Niemcy strasznie pobili za to, że zgłosili się jako chorzy. Przybyła także delegacja z Radomia z dr Dawidem Ualnaplem, Jakubem Waingartem i innymi, którzy uwolnili dalszych kilku chłopców umęczonych ciężką pracą. Panowała tu dyzenteria i inne choroby. Radomianie z rozpaczy ułożyli pieśń na melodię „W kuźni”. Oto dwie zwrotki tej pieśni:

W Cieszanowie, tam w obozie,
ludzi jest dużo.
Pracuje się tam w największym ogniu,
a obóz jest strzeżony.
Pracuj bracie, pracuj szybko.
Jeżeli nie, dostaniesz porcję bicia.
Niejeden z nas zostanie kaleką.
Już na wieki.

Po kilku miesiącach praca została zakończona, a naczelnik obozu Karlos odesłał młodzież do Lublina. Stąd mieli wrócić do domów. Lubelska Rada Żydowska miała jednak spór z Radomiem i chłopców tych zatrzymano. Niemcy zaś wysłali ich do kamieniołomów, gdzie znów pracowali przez tydzień. Zwolnieni zostali na interwencję Rady Żydowskiej w niemieckim urzędzie pracy u Radomiu po Świętach Nowego Roku – Sądnego Dnia. Chłopcy wrócili do Radomia chorzy i rozbici. Przez długie tygodnie ukrywali się.

Pierwsze wysiedlenie

W grudniu 1940 roku wyszło nowe zarządzenie: Radom jest przepełniony Żydami i wobec tego trzeba część ich przesiedlić do innych miasteczek dystryktu. Znaczyło to wypędzenie 10000 Żydów. Rada Żydowska postanowiła interweniować, aby ten girosz [hebr. wysiedlenie] następował stopniowo i by zmniejszyć ilość przeznaczonych do wysiedlenia. Do powołanej specjalnie w tym celu komisji weszli: były wicestarosta dr Iaaak Szicer, Merin, Ajger, Cuker, Holckener i Birenbaum. Nałożony został podatek pogłówny na każdego Żyda, który został w mieście, a zebrane 165000 zł miało pokryć koszty interwencji, jak również opłacenie pomocy dla wysiedlanych. Niemcy zgodzili się na wysyłki partii po 2000 Żydów z prawem zabierania ze sobą swoich rzeczy.
18 grudnia 1940 roku nastąpiło pierwsze wysiedlenie. Wysiedlonych zostało 1840 osób według listy sporządzonej przez Radę Żydowską. Każda wysiedlona rodzina otrzymała tytułem pomocy 300 zł. Gestapo zażądało, aby w pierwszym rzędzie wysiedlony został „element szkodliwy i nieproduktywny”. Należało też wysiedlić biednych, przybyłych do Radomia. Gajger jednak czynił swoje. Wyciągał z listy tych, których się jemu podobało.
Wysiedleni odprowadzani byli przez część członków komisji, która pomagała urządzić im się w nowych miejscach. Mieszkali w miasteczkach w wielkiej biedzie. Większość z nich wracała z powrotem do Radomia. Niemcy zażądali wysyłki następnego transportu w ilości 2000 osób. Jednak dzięki protekcji i podarunkom udało się Niemców ubłagać.
W końcu 1940 roku upaństwowiono wszystkie żydowskie przedsiębiorstwa, w których mianowano komisarzy-treuhandorów”. „Treuhanderzy” rozpoczęli usuwanie żydowskich właścicieli i fachowców z fabryk i z przedsiębiorstw. Dostrzegli wkrótce, że bez pomocy żydowskich fachowców nie można się obejść i tych fachowców zatrzymali. W tym samym czasie upaństwowiono domy i place żydowskie, które weszły także pod władanie treuhanderóu. Biuro ich znajdowało się w Rynku 13. Podwórze miało jedno wejście od ulicy Wałowej 28, przez które przechodzili Żydzi po utworzeniu getta. Kierownikiem biura dla Żydów byt Feliks Wainapel, kierownikiem administracji i głównym księgowym H. Frajlich z Łodzi. Nadzorcą biura był oficer SS, Reinhardt. Administracja ściągała komorne nawet od właścicieli domów. Rekwirowano również meble, dobro domowe, złoto, zagraniczną walutę i różne towary.
Pomijając to wszystko, 1940 rok w porównaniu do innych lat wojennych byt najlżejszy. Określona część społeczeństwa żydowskiego jeszcze handlowała i zarabiała pieniądze. „Kto się dogadał” z komisarzami-trauhanderami, kupował surowce na własną rękę i sprzedawał produkcję po wysokich cenach. Inni wchodzili w spółki z cywilnymi Niemcami, którzy posiadali środki transportowe i przywozili artykuły żywnościowe, tekstylia i inne towary. Z tego czerpali zyski robotnicy, pośrednicy, dostawcy, odbiorcy, tragarze itd. Przeważnie handlowano skórą, którą szmuglowano po całej Polsce. Innym źródłem zarobkowania Żydów było gromadzenie staroci. Przy prywatnej niemieckiej firmie „Lampy i stare żelastwo” pracowało około setki Żydów przy wybieraniu i ekspedycji tych staroci. Robotnicy nosili zielone opaski na rękawach i nie łapano ich do innych prac. Wszyscy ci, mniej lub więcej zarabiający reprezentowali sobą znaczną grupę konsumencką. Dawała ona z kolei zarobek drobnym handlarzom i rzemieślnikom.
Na początku 1941 roku wysiedlono całą ludność (katolików i żydów) z miasteczka Przytyk i z około 150 wiosek wokół niego. W tym miejscu rozpoczęto koncentrację wojska. Niemcy szykowali się do napadu na Rosję, a generalny gubernator Frank ostro nakazał zamknąć wszystkich Żydów w gettach.

Getto i żydowska policja

29 marca 1941 roku radomski gubernator dr Karl Lasch wezwał wszystkich okręgowych kierowników do głównej siedziby dystryktu radomskiego i oświadczył im, że wkrótce wybuchnie wojna z Rosją, a żądają z Berlina, ażeby szybko utworzyć getta dla Żydów, których należy tam umieścić w terminie do 5 kwietnia. Natychmiast ukazał się plakat na ulicach radomskich zawiadamiający, że tworzy się dwa getta; na Watowej i na Glinicach.
1 kwietnia na polecenie gestapo zorganizowana została żydowska „służba porządkowa” – Żydowska Policja. Po siedmiu dniach zostało utworzone getto. Organizatorem i komendantem Policji Żydowskiej został, rozumie się, Joachim Gajger. Jego zastępcą adwokat Leon Szytner z Kalisza, inspektorem policji – Lipa Wajchendler, jego adiutantem – niejaki Wainer. Komendantem Policji w glinickim getcie Heniek Bornsztajn, jego zastępcą – brat Gajgera.
Zostały wywieszone obwieszczenia o przyjmowaniu kandydatów do służby policyjnej – młodzieży od 21 lat mającej za sobą służbę wojskową. Młodzież żydowska z wykształceniem, która miała za sobą szkoły oficerskie (tzw. podchorążacy) początkowo sprzeciwiała się wstępowaniu do policji. Później jednak doszła do wniosku, że jest to dobra placówka i Żydzi zaczęli dopłacać po 5000 zł, ażeby ich przyjmowano.
Policja Żydowska została podzielona na dwa rejony: pierwszy rejon w dużym getcie na Placu Starego Miasta nr 10 (tam znajdowało się 100 policjantów); drugi rejon – Glinice – małe getto na ul. Błotnej 4 (około 40 policjantów).
Do zadań policji początkowo należało stanie na warcie przy bramach getta, niewpuszczanie obcych i niewypuszczanie Żydów bez odpowiedniego zezwolenia; dostarczanie na punkt zborny kontyngentu robotników według wskazówek Arbeitsamtu; pilnowanie porządku w getcie i nocne patrolowanie; pilnowanie porządku sanitarnego.
Policja żydowska nie nosiła mundurów, lecz granatowe czapki, podobne do czapek Policji Polskiej, z czerwonymi otokami i Gwiazdą Dawida. Oficerowie nosili na czapkach gwiazdki – zgodnie z ich rangą – do 4 gwiazdek i wypucowani spacerowali po tragicznych ulicach getta. Policjanci nosili żółte opaski na rękawach z napisami polskimi i niemieckimi „żydowska służba porządkowa”. Jej regulamin był taki jak Policji Polskiej. Byli więc oficerowie, podoficerowie i zwykli policjanci, którzy ćwiczyli w kompaniach na terenie szpitala żydowskiego.
Sekretariaty „rejonów” przekazywały codziennie „raporty sytuacyjne” dla niemieckich służb policyjnych oraz Polskiej Policji. W tych raportach opisywano zdarzenia z ubiegłego dnia; ilość zaaresztowań, przypadki szmuglu, kradzieży, prostytucji itd. Przy komendancie policji był areszt, do którego wsadzano według wskazówek Rady Żydowskiej za następujące grzechy: niesta­wienie się na roboty, niepłacenie podatków, obrazę urzędników, członków Rady Żydowskiej i policji, za wykroczenia sanitarne albo przestępstwa policyjne, które można było okupić karami pieniężnymi. Grupa około dziesięciu policjantów żydowskich zajmowała się doprowadzaniem Żydów do gestapo na przesłuchania.
Miesięczna norma pożywienia ledwo wystarczała na dwa trzy dni. Wobec tego rozwinął się za cichą zgodą Rady Żydowskiej szmugiel artykułów żywnościowych. Część policjantów przy bramach getta brała łapówki osiągając niezłe zarobki.
W czerwcu 1942 roku kierownictwo służby porządkowej zostało aresztowane pod zarzutem próby przekupienia urzędników z SD. Aresztowano Gajgera, Wainera i Wajchendlera. Osadzono ich w więzieniu do czasu wielkiego wysiedlenia, podczas którego deportowani zostali razem ze wszystkimi Żydami. Wówczas komendantem został Leon Sytner, a jego zastępcą Henryk Hamersztąjn. Następnie został aresztowany Hamersztąjn, a na jego miejsce przyszedł Kiwa Frit i Lutek Minkowski. Choć Policja Żydowska dawała się wykorzystywać Niemcom we wszystkich akcjach, to jednak przy każdym wysiedleniu wysyłani byli także policjanci.

Opracował
Stanisław ZIELIŃSKI

Prezentowany tekst pochodzi z hektografowanego biuletynu radomskiego oddziału  Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego "Radomir" - 3-4 (18-19) 1989, s. 35-52. Pismo wychodziło jako kwartalnik. Ukazała się - mimo zaplanowanego dalszego ciągu - tylko pierwsza część tekstu "Zagłada Żydów w Radomiu".


55-3.jpg (89412 Byte)

Na zdjęciu:

Jedna z ulic 
żydowskiego getta
(Radom, 1941)


© Archiwum "R"
Bundesarchiv 2004

© Recogito, Rafaliga