Wiele zależy od strony z jakiej patrzysz

„Luźne związki” Macieja Gierszewskiego

Krajobraz przesuwa się szybciej od myśli. Pojawiające się przed okiem patrzącego obrazy nie mają być w „Luźnych związkach” uporządkowane czy czemuś podporządkowane, bo inaczej straciłoby sens za-patrzenie „ja”. Poeta, patrząc i przekazując, widzi sobą, ale to nie znaczy, że widzi dla nas, dla chorego „karłowatego” ojca czy zmęczonej upałem matki, którą trudno usłyszeć i której nie sposób usłuchać. Patrzenie jest tu bardziej metaforyczne, metafizyczne, nieuchwytne, bo nie wybrzmiewa jak wypowiedziane słowo, jest jakby słowem niewypowiedzianym. Oglądamy więc z Maciejem Gierszewskim jego świat, w którym on się przemieszcza w obrazach świata, a opisując je, porusza naszą wyobraźnię. I jest to całkiem wciągająca gra czy raczej zadanie kończące się pytaniem, jak luźne będą związki logiczne opisanego miejsca z pojawiającą się – niezobowiązującą – refleksją, np. po pracy turysty nad atlasem Portugalii: Pamiętać o słowach, czy pamiętać o gestach? Kiedyś zdam relację. Podjadam andruty z Kalisza. To nic nie znaczy. To jedynie przystawka. 
Za pozornie niezobowiązującymi relacjami z pobytu w różnych miejscach kryją się jednakże nieodłączne zamyślenia nad intencją patrzenia i myśl o uzasadnieniu dążenia w tym czy innym kierunku. Metaforyczna surowość Gierszewskiego (urodzony w 1975 roku) wykazuje pewną łączność z widzeniem świata, jakie prezentował w swoich wcześniejszych wierszach Mariusz Grzebalski, gdy porównywał wrażliwość chłopca z obecnym stanem swego ducha, z odpowiedzialnością za sposób bycia młodzieńczej fantazji. Maciej Gierszewski pisze: Gdybym wtedy myślał, to usiadłbym nad brzegiem rzeki / i zapłakał, a dziś wsiadam do kajaka i płynę. Zauważalne odwołanie do tytułu popularnej powieści dla nastolatek czyni z uwagi poety moralitet codzienny; wbrew temu, czego (i dlaczego) sobie nie życzy słyszeć, usłyszane głosy zmieniają także patrzenie „ja”. Ciekawa, prowokująca, żywa książka poetycka Gierszewskiego, dopełniona krótką prozą, od razu przypomina jego wcześniejsze „Profile” z 2006 r., a jednak nic tu się nie powtarza, nie narzuca, co nie byłoby konieczne do podpatrywania luźnych związków sacrum i profanum każdego życia, każdego dnia: Unieść go, to unieść siebie.

Maciej Gierszewski: „Luźne związki”, WBPiCAK, Poznań 2010, s. 54.

* * *

„Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego

Kiedyś zajmowała mnie sztuka, dziś głośno myślę o życiu innym niż moje. Wiersze Mariusza Grzebalskiego z jego nowej poetyckiej książki „Niepiosenki” (Biuro Literackie, Wrocław 2009) wciąż skutecznie “zajmują się” uważnym patrzeniem, rozpoznawaniem, nazywaniem aktualnych doświadczeń i przymierzaniem ostatnio zaobserwowanych obrazów do dawnych doznań – wydobywanych z pamięci, z cytatów, z widzeń sennych. Najwięcej ma w nich do powiedzenia podmiot określający tożsamość “ja”: czujący mocno, porównujący swoje ciało zapamiętane z przeszłości z kondycją teraźniejszą, zadziwiony tajemniczym sąsiedztwem osób i rzeczy, zauważający ich przemianę, ale też nieustannie zagospodarowujący wyobraźnią przestrzeń, w jakiej się porusza: tramwaj, schody, biuro wieżowca, kajak (Sygnały są różnorodne, / nadchodzą znikąd albo wcale). Ta poezja przyciąga i zaciekawia próbą przełamywania zniechęcenia do tego, co już poznane, a dzięki temu zachęca do zmiany punktu widzenia, by ujrzeć jeszcze więcej niż wydawało się to możliwe:

                     A wszystko to w czasach, 
kiedy wiersze piszą się same, rzeczywiście
bezinteresownie, bo mało kto chce je czytać,
kiedy są już napisane. I nic w tym złego.

Poza tym kończy się stary rok i zaczyna się nowy.
Chciałbyś, żeby był inny niż poprzednie, ale on
a się dokładnie tak, jak tamte.


                                      (“Nic w tym złego”)

Od debiutu „Negatyw” w 1994 roku, przez kolejny zbiór wierszy „Ulica Gnostycka” z 1997 roku, język Mariusza Grzebalskiego urodzonego w 1969 roku w Łodzi, a od wielu lat związanego z Poznaniem, konsekwentnie próbuje nowych stylów (aforyzm, piosenka, wspomnienie, haiku), choć pozostaje w nim istotne to samo pytanie: Jak opowiedzieć istnienie w tylu różnych odsłonach, lokalnych legendach, anegdotach, tragicznych balladach, żeby nie popaść w rutynę. Trafnie pyta poeta w wierszu „Z origami w tle”: Ale czy to nie miłe, / zachować odrobinę wrażliwości / na piękno, / które nie daje się zdefiniować? Wrażliwy na historię innych –  „cień” wsłuchujący się w cudzą opowieść –  poeta kieruje swoimi wierszami naszą uwagę na jasne i ciemne odsłony życia (zgodę, miłość i nienawiść sąsiadów, samobójstwo chłopca, nieszczęśliwy wypadek, swoją młodość) na to, co przemieniające się, cykliczne, odtwórcze, niepowtarzalne, czyli na całe bogactwo świata, które przecież do końca nie daje się opisać, określić. Podoba mi się w poezji Grzebalskiego właśnie to ujęcie, gdzie już mogłaby nastąpić pointa, lecz autor z niej świadomie rezygnuje, bo jest możliwe jeszcze inne spojrzenie, inny punkt widzenia niosący nieoczekiwany wniosek – wciąga więc czytelnika w oglądanie i podglądanie życia, w szukanie nowych rozwiązań, np. w wierszu „W takie wieczory jak dziś traci się przyjaciół” (Ale noc mija i wśród parującego śniegu / słychać kroki nowych.)
Również jako pomysłodawca i redaktor serii – Wielkopolska Biblioteka Poezji i Biblioteka Poezji Współczesnej w Poznaniu wydawanych przez WBPiCAK – Mariusz Grzebalski proponuje czytelnikom różnorodne wizje i widzenia świata opowiadanego na tysiąc sposobów przez polskich poetów, zachęcając do lektury wierszy współczesnych, co stanowi ciekawą inicjatywę na rynku przede wszystkim bibliotecznym; z racji niskich nakładów tomiki wierszy pojawiają się tylko w niektórych księgarniach. Jednak wokół coraz śmielej ukazującej się na rynku czytelniczym poezji toczą się dyskusje, interpretacje, prezentacje, tomiki przekazywane są z rąk do rąk, zatem zasięg utworów jest szerszy niż wynikałoby to z możliwości wydawniczych. Czyżby pogłębiała się wrażliwość naszego społeczeństwa na słowo zmetaforyzowane? A jeśli byłoby to tylko bliższe zainteresowanie tym, co wokół nas: warunkami egzystowania w świecie nareszcie zróżnicowanym czy pytaniem o szansę dialogu – to i tak jest to prognoza pozytywna. 
W poezji Mariusza Grzebalskiego imponuje również to, że chcąc uniknąć dosłowności, a jednocześnie nie odstąpić od postawy bystrego obserwatora, umiejętnie buduje napięcie między opisanym obrazem a emocjami obserwującego. Istotna i charakterystyczna dla jego wierszy jest konsekwencja w uważnym patrzeniu, stonowany rytm opowieści, a także widoczna już w „Ulicy Gnostyckiej” i wiernie prowadzona w nowych wierszach ukazana możliwość wyboru – wiele zależy od strony, / z jakiej patrzysz.

Mariusz Grzebalski: „Niepiosenki”, Biuro Literackie, Wrocław 2009, s. 50.

* * *

„Duety” Szymona Kantorskiego

Ludzie, rzeczy i pojęcia pojawiają się w wierszach Szymona Kantorskiego (urodzony w 1969 roku, mieszka w Poznaniu) w rytmie rytuałów codzienności i święta, by pokazać drogę cywilizacji i kultury, jaką kroczy człowiek ze swoją wiedzą i niewiedzą o sobie i świecie. Przywoływane przez autora tomiku „Duety” (WBPiCAK, Poznań 2009) wszelkie zachowania ludzkie są albo nietypowe, odważne i nie do naśladowania, albo reprezentatywne i typowe dla pewnego czasu historycznego czy określonego środowiska, bo poetę interesuje powtarzalność, maska, rola, los, z którego ktoś ma odwagę wyłamać się choćby za cenę stosu. „Kamień, papier, pamięć”. Poeta pokazuje ograniczone możliwości poznawania, gdy sięgamy tylko do linii horyzontu i obracamy się zaledwie w obiegu utartych obyczajowych szlaków (jak kobieta 42-letnia, która dziś „idzie na ścięcie”... włosów). 
A jeśli pojawia się tu odwołanie do historii czy społeczno-gospodarczych przemian, to zwykle ironiczne – jak w oryginalnym wierszu „Dziadek”, gdzie poeta ciekawie korzysta z kontekstu wojennych podziałów na ofiary i zbrodniarzy, obnażając schemat myślenia o sprawiedliwości dziejowej. 
Wiersze Kantorskiego są jak szarady, nie rozgryziesz ich bez odwołania się do innej rzeczywistości, z której wzięły wątek, lecz ta gra z czytelnikiem o sens opowiadanych historii nie ma ostatecznej pointy, tak jak trudno do końca rozplątać, rozszyfrować wszelkie ludzkie zagmatwania, pozory, obietnice nie do spełnienia – ukazywane przez poetę zarówno w „rozdaniu” żeńskim jak i męskim, w odcieniu pozytywnym jak i negatywnym, w ścieraniu się sacrum i profanum o miejsce w naszym życiu codziennym i odświętnym. 
Poezja ta korzysta z oszczędnego języka relacji zdarzeń; narrator opowiada różne ludzkie historie, nie narzucając się ze swoim widzeniem, jest dyskretny, powściągliwy i waży słowa czułe. Gdy wiersz bywa protestem przeciw grafomanom – to raczej przeciw grafomanom życia, wszak zapiski z podróży to drobnostka (skutek), ważniejsza jest przyczyna, by się zdecydować na podróż, na nowe spojrzenie, na uruchomienie niekończącej się, a tak intrygującej układanki, że warto jej poświęcić swój czas. Narracja wierszy jest otwarta, dlatego można układanie „duetów” z autorem przenieść w odpowiednią dla siebie wyobrażoną chwilę i miejsce, interpretacja – sytuacja czytelnika – ma bowiem dla wierszy Kantorskiego istotne znaczenie. Czasem autor żartuje sobie z wszystkich naszych odkryć, np. w wierszu „Rasa” („przepraszam więc za mnie” ...; „to wszystko to tylko kwestia mojej skóry / pod paznokciami kobiet, teorii (r)ewolucji / która podobno była mistyfikacją / której jestem następnym ogniwem, / mam za krótką pamięć by pamiętać, żyję za- / wirowaniem powietrza”): w dobie wszelkich wolności ze wszystkiego można się wytłumaczyć i znaleźć usprawiedliwienie, którego i tak nikt nie usłyszy, gdy „chroniczny brak bloga”. 
Przedostatni wiersz tomiku („Warstwy”) dedykowany Ojcu wprowadza niespodziewaną nutę nostalgii za utraconym czy niepoznanym, mieszają się w nim różne spojrzenia: rzeczowy opis rzeczywistości, przewrotna, satyryczna uwaga o mediach i kibicach, liryzm czystego gatunku („nie byłeś w costa da caparica tam czarni / surferzy przekrzykują fale o zmierzchu / w szafie stare krawaty już nie gryzą się z nowymi / sygnały karetek na stacji przyjmują całą dobę / ostatnie zakłady naprawdę dużego lotka”). 
Takie są wiersze Szymona Kantorskiego: zaskakujące i różnorodne. Warto się w nich przejrzeć.

Szymon Kantorski, „Duety”, Wielkopolska Biblioteka Poezji t. 15 pod redakcją Mariusza Grzebalskiego, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2009, s. 45

* * *

„Czternastki” Roberta Króla

„Mam puste ciało i pomysł jak je zamieszkać“. Wiersze Roberta Króla (urodzony w 1981 roku, mieszka w Krakowie) zamieszczone w tomiku „Czternastki“ (WBPiCAK, Poznań 2010) stawiają pytania o rolę sztuki i wyobraźni, próbując jednocześnie stworzyć definicję przestrzeni społecznego bytowania i nazwać narzędzia, jakimi się posługujemy we wzajemnych kontaktach. Wyobraźnia to nie wszystko, zdaje się nam przypominać poeta, zapisując „czternastkami” (czternastoma wersami) wszystkie swoje poetyckie obserwacje. Rekwizyty przez niego przywołane, rzadkie w poezji z nazwania: pieniądze, kwity, banknoty, karty stałego klienta – niezbędne do funkcjonowania w nowoczesnym państwie – przypominają o konieczności zmiany stylistyki, jeśli chcemy opisać nasz wspólny świat. Być może w zamiarze są to swoiste sonety o przemijaniu współczesnego człowieka, który sam sobie buduje pomnik z obietnic i pokwitowań lub są to uwagi o mylnych tropach i toczących się nieustannie niedokończonych sprawach („Jesteśmy przychylni. / Dlatego kolej rzeczy podmienia pozycje. / Mamy bilety lutnicze na seans strojenia”).
Bohaterowie, którzy zostali przez autora wpisani w opowiadane historie, pozostają anonimowi, zaledwie jedno czy drugie przywołane imię – wypełniają zbiorowość swoimi pojedynczymi istnieniami, ale ten, który opisuje, ma nad nimi władzę demiurga i to on tutaj jest najważniejszy: „Ale istnieją takie rzeczy, ludzie / i sprawy, o jakich muszę na okrągło opowiadać, / żeby nas zapamiętano, żeby się raz na zawsze / okazało, że to, o czym śnię nie jest prawdziwe, / że to tylko wyobrażenia, nieprawdziwe migreny, / i gumowe fantomy, które nie żyją, nie kłamią, // nie potrafią się kochać, udawać oraz przyjmować / pokarmu. Nie mają nałogów i nie są odziane. / Jakże lekka ręka, która skarży się w ten sposób” („Pięćdziesiąte siódme”).
Imperatyw działania, mimo wszystko, staje się w wierszach Króla najważniejszą czynnością podmiotu, dokopywaniem się do sedna istnienia, jakby w bezokoliczniku było nam istnieć bezpieczniej i wyrażać to, co nas wszystkich zbiorowo i z osobna dotyczy („Pustoszyć piwnice i stropy, przetrząsać / place zabaw, opróżniać piaskownice...”). 
Kreacja, parafraza, przymierzanie kostiumów stylistycznych bawi poetę i prowadzi w przyszłość jego poetyckiego języka, nad którym panuje w sposób imponujący, o czym świadczy choćby podsumowanie aforystycznych zdań wydobytych z opisanych wcześniej obrazów (w ostatnim utworze książki. W odwołaniu do słynnego wiersza ks. Jana Twardowskiego („Szesnaste”) autor nie kieruje nas w stronę pozytywnej aktywności czy wzajemności: „śpieszmy się kochać ludzi”, lecz pokazuje wyobcowanie człowieka pośród sprzętów i narzędzi codziennego egzystowania („Zostanie garść rekordów, wprowadzanych / masowo we wnętrza naszych komórek, / w zamierzchłą pamięć i przestrzenie ciał”). Nasze osobiste sprawy są powiązane z cudzymi magicznym węzłem tymczasowości i uzależnione od ogólnych programów i uwarunkowań – ochrona niezależności „ja”, pytania o zadania literatury w świecie techniki i błyskawicznej informacji pozostają bez odpowiedzi. Sztuka pisania wierszy  nie jest przecież od wyciągania wniosków, lecz od ukazywania „opcji“, jak trafnie to ujął poeta w wierszu  „Dwudzieste szóste”, od wizji kłębiących się w głowie, wynikających nie z rachunku, ale z kolejnego wejścia na stronę wyobraźni. Poezja, jaką pisze Robert Król, w oryginalny, pomysłowy  sposób zwraca naszą uwagę na język, jakim się komunikujemy.

Robert Król, „Czternastki“,Biblioteka Poezji Współczesnej, t.14 pod redakcją Mariusza Grzebalskiego, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2010, s. 66.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia – autorka książek poetyckich: „Wieczna rzeka”, „Przed pamięcią”, „Skażona biel”, „Wątpiąc, idę”; jej wiersze publikowane były między innymi w „Tyglu Kultury”, „Toposie”, „Gazecie Malarzy i Poetów”. Mieszka w Poznaniu.




Na ilustracji:

Strona
tytułowa
tomiku
poetyckiego
Macieja
Gierszewskiego
"Luźne związki"

(2010)

© Recogito, Rafaliga