Sub ratione Dei

Z Piotrem ROSZAKIEM rozmawia Marek WITTBROT

Piotr Roszak – kapłan diecezji toruńskiej; uzyskał doktorat na Uniwersytecie Nawarry w Hiszpanii z zakresu teologii dogmatycznej. Organizator wielu wydarzeń kulturalnych w hiszpańskim regionie Nawarry, promujących polską kulturę i sztukę; współpracownik Konsulatu Honorowego RP w Nawarze, Kraju Basków i La Rioja; organizator „Dysput Nawarryjskich” w Toruniu (2009/2010) i „Dysput Toruńskich” (2011) w Pampelunie. Obecnie adiunkt w Zakładzie Teologii Fundamentalnej i Religiologii na Wydziale Teologicznym UMK w Toruniu i jednocześnie profesor stowarzyszony Uniwersytetu Nawarry w Pampelunie. W swojej pracy badawczej zajmuje się myślą św. Tomasza z Akwinu, chrystologią liturgii mozarabskiej oraz fenomenem Szlaku św. Jakuba. 

– Obecnie jakie dzieło zaleciłbyś studiować ze szczególną uwagą?

– Takie, które może w nas zasiać intelektualny niepokój i każe wyjść ze szczelnie zamkniętego Wieczernika, sprzed Zesłania Ducha Świętego, na drogi – również te intelektualne! – współczesnego świata. Chodzi mi o lekturę książek, które prowadzą do stworzenia swoistego „węzła kulturowego”, zachęcają do wchodzenia na skrzyżowania kultur, do interdyscyplinarnych poszukiwań. Sądzę, że to wyzwanie naszych czasów: nauczyć się myśleć spójnie, ale z innego punktu widzenia niż tylko nasz. Takiego „myślenia równoległego”. To potrzeba chwili, taka teologiczna empatia. 
Od lat utwierdzam się w przekonaniu, że literatura, zwłaszcza dla osób o zacięciu teologicznym, może być ciekawym doświadczeniem locus theologicus. A że nie zdążymy w życiu przeczytać wszystkiego, stawiałbym na gigantów ludzkiego ducha. Warto poświęcić uwagę Georges’owi Bernanosowi i jego łasce, która świeci w mrocznej codzienności bohaterów jego powieści; nie straci czasu, kto sięgnie po Dietricha Bonhoeffera, zwłaszcza jego listy; poczuje zaś smak wielkiej teologii, kto przeczyta Adolfa Geschego, przede wszystkim „Przeznaczenie”.

– Uczeni, podobnie jak pisarze, nie powiedzieli ostatniego słowa. Ale ich głos jest jedynie podpowiedzią, zaczynem.

– Dziś wielu ludzi dziwi skrótowość wypowiedzi wielkich teologów scholastyki, wśród nich Tomasza z Akwinu (1225-1274), która jednak – tak uważam – nie jest zubożaniem tematu, ale lękiem przed „przegadaną teologią”. A przecież teologia ma wprowadzać na orbitę najważniejszych spraw egzystencji! Jako, że pochodzę z Torunia, nie mogę uprawiać teologii inaczej jak tylko po kopernikańsku, a więc posługując się metaforami kosmicznymi, które dają szeroką przestrzeń obserwacji. Jak w przypadku lotów kosmicznych, teologia jest tą pierwszą częścią rakiety, która pozwala przebić się na orbitę i kontemplować wszystko z perspektywy „meta”. Jest „metarefleksją”, której ostrość pomaga widzieć codzienność, dlatego integruje całokształt ludzkiej wiedzy. Tu Tomasz idzie za wielkimi przedstawicielami szkoły w Chartres, którzy mówili: „ucz się wszystkiego, nic nie jest zbędne”. Akwinata bowiem boi się teologii zamkniętej, przekonanej, że wszystko wie… 

– Dlatego traktuje swoje dzieło – co tu dużo mówić – potężne, niemalże przekraczające możliwości jednego człowieka, jako... propedeutykę, podręcznik dla początkujących.

– Jakoś niezbyt łatwo możemy wyobrazić sobie autora „Sumy teologii”, który przypomina, że „mówimy o Bogu niejako bełkocząc”. A jednak przecież właśnie tak mówi…

– ...jakby był ciągle w drodze? Jakby przybliżał się do Bożych tajemnic, a nie był wyrocznią, jedynym depozytariuszem prawd przekazanych przez Boga?

– Sądzę, że właśnie tu kryje się sekret wiarygodności Tomasza i jego teologii: stawia na „przybliżanie” człowiekowi spraw wiary, ich definiowanie i opisywanie, ale z tą mądrością, która pozostawia zawsze niedosyt. Dlatego Akwinata był i pozostaje homo inspirans, który ma moc zasiewania zawsze czegoś nowego, stawiając bardziej na „teologiczne drożdże” niż wypieczone ciasto. Prowadzi w ten sposób za rękę do pewnego momentu (to ręka jego metafizyki i teologicznej wrażliwości) i zostawia sam na sam z Tajemnicą.

– Czego zatem możemy się nauczyć od kogoś, kto żył w odległej epoce, przemawiał obcym, martwym językiem i raczej wolał przypatrywać się z boku niż stać w centrum wydarzeń?

– Przede wszystkim możemy nauczyć się od Akwinaty swoistej „kultury pamięci”. To pojęcie kluczowe, choć zdaję sobie sprawę, że moglibyśmy rozmawiać o jego wkładzie w rozwój wielu gałęzi teologii i filozofii. Ale chyba warto pokusić się o taką refleksję, która odsłoni to, co wyjątkowe u Doktora Anielskiego w integrum jego myśli. A był nim – jak sądzę – wysiłek współ-myślenia w każdym z kontekstów, w którym przyszło żyć. Nie obrona „ram”, lecz zasadniczego dzieła sztuki, choć zapewne – jak często o tym wiedzą miłośnicy sztuki – niejednokrotnie i rama obrazu jest cenna. 
Wspomniana „kultura pamięci”, to coś więcej niż magazynowanie teorii i pomysłów: to twórczy dialog z auctoritas, z którego rodzi się silna teologia, bo osadzona i „wypróbowana” w ogniu wielu kultur i czasu. Dlatego Tomasz uczy otwartości, która nie jest wypłukiwaniem tożsamości, ale świadomością, że „każda prawda, przez kogokolwiek (quocumque) zostanie wypowiedziana, pochodzi od Ducha Świętego”. Dlatego warto jej szukać zarówno u źródła, św. Tomasz był właśnie pełnym pasji egzegetą Starego i Nowego Testamentu, jak również u Majmonidesa, Awerroesa czy owego quocumque, każdego, którego wprowadzał do swojej disputatio. Chodzi o programowe „stawanie na ramionach gigantów”, jak mawiał Bernard z Chartres, dzięki którym widzi się lepiej i dalej. 
Dlatego właśnie Tomasz jest aktualny, ma ten swój plus, którego brakuje często teologom uwikłanym w konteksty, schwytanych w pułapkę terminologii, związanych klimatem kulturowym, absolutyzujących jedno kosztem drugiego. Tomasz jest otwarty i uniwersalny. Dlatego trzeba go czytać w hermeneutyce symfoniczności prawdy, na którą wskazywał Hans Urs von Balthasar, sam będąc znawcą i tłumaczem Akwinaty, o czym wielu dziś już nie pamięta. Prowadzi to moim zdaniem do odkrycia istotnego klucza interpretacyjnego, którym możemy otworzyć wszystkie kwestie i artykuły „Sumy teologii”: tym pojęciem jest mysterium. Odczytywanie Tomasza przez ten pryzmat pozwala uchwycić najważniejsze nerwy jego myśli, dostrzec całościowy projekt i połączyć jego ambitny program dla teologii jako sacra doctrina z głęboką sympatią dla tzw. teologii negatywnej, czyli odsłaniającej jak wiele jeszcze o Bogu nie wiemy. Tajemnica dla Tomasza to nie rzeczywistość ciemna i czysta negacja, ale to głęboka prawda trynitarna o udzielaniu się Boga. Trudno zrozumieć Tomasza bez tego – powiedzmy metaforycznie – „trynitarnego znaku wodnego” jego teologii.

– Wiadomo, że nie wszystkie poglądy Doktora Anielskiego zostały zaakceptowane przez Kościół. Czy rzeczywiście racja była i jest zawsze po stronie Urzędu Nauczycielskiego? Czy są, Twoim zdaniem, takie teorie, kwestie czy myśli, które powinniśmy na nowo rozważyć?

– Myślę, że wymaga to szerszego spojrzenia na to, na czym w ogóle polega autorytet Tomasza w Kościele. Już sam fakt, że Doktorem Kościoła (a często mówi się o nim nawet jako o Doctor Communis, Doktorze Powszechnym) jest ktoś taki, jak Akwinata, pokazuje, że nie chodzi o „zabetonowanie” prawdy, o wysiłek stworzenia systemu hermetycznie zamkniętego, a przez to doskonałego dialektycznie, ale – powiedziałbym – chodzi o filozofię „filtrowania”. Tym „filtrem” Tomasza jest pokora, która jest stawaniem w prawdzie i dlatego pozwala wszystkie tematy „przepuszczać” niejako przez dar rozumu wspomaganego łaską. Dlatego znajdziemy wśród wielu zdań Tomasza także i to: „mędrzec miłuje i szanuje intelekt, który Bóg najbardziej kocha spośród rzeczy ludzkich”. Trzeba przyznać jednak uczciwie, że niewiele jest takich miejsc „kontrowersyjnych”, nieprzyjętych przez Urząd Nauczycielski w myśli Tomasza – a ich ocena, dlaczego Tomasz poszedł wówczas tą a nie inną drogą interpretacji (na przykład tematu Niepokalanego Poczęcia NMP), nie tyle jest dziś „odrzuceniem” jego spojrzenia, ile świadomością, że nie możemy – jako ostrzegał o. Józef Bocheński – traktować go jako teologicznego omnibusa, który zna odpowiedź na każde pytanie. 

– Autor licznych „Kwestii” czy „Sentencji”, kiedy znalazł się w Paryżu już nie jako student, wcale nie był przyjmowany z otwartymi ramionami.

– Tomasz odważnie wychylał się w stronę prawdy, nawet za cenę okrzyknięcia go „niemym wołem” (jak zdarzyło się to w Kolonii, gdy jeszcze jako student zaprawiał się w teologii u boku św. Alberta Wielkiego) czy niezważania na to, co dla innych takie istotne (zaszczyty i tytuły, które odrzucał, a zaproszony na ucztę do króla Francji bardziej interesował się odpowiedzią na wyzwania manichejczyków niż wykwintnym menu). Zresztą, zwróćmy uwagę, oponenci są dla Tomasza w jakiejś mierze „łaską”. Można zaryzykować twierdzenie nawet, że Akwinata ich docenia i eksponuje, a na pewno nie demonizuje ani egzorcyzmuje, ale szanuje przede wszystkim ich pragnienie prawdy. 
Historycznie rzecz ujmując, oponenci XIII-wieczni nie mogli uznać, że można wyrazić prawdy wiary w formach arystotelesowskich: a Akwinata z uporem twierdził, że nie ma czego się bać, lecz warto szukać sojuszy we wspólnym szukaniu prawdy. Tomasz stawia na fundamenty, a postawa „fundacyjna” budzi także dziś obawy i strach, czasem nawet zaciekły atak, bo dotyka korzeni, wnika głęboko „pod ziemię” różnych teorii, a nie skupia się jedynie na widocznej łodydze poglądów. Takie myślenie w duchu Akwinaty to pas startowy dla wielkich teologii, które mają odwagę poszybować w stronę Prawdy.

– Nowe, Tomaszowe myślenie „przebijało się” powoli. Duży wpływ miało odradzanie się arystotelizmu. Z drugiej strony jednak – dodajmy – długo obowiązywał kościelny zakaz czytania pism Arystotelesa. Tomasz mocno zamieszał, również w namaszczonych głowach, wchodząc odważnie niemal w oko cyklonu. Nie bał się poruszać kontrowersyjnych, niejednokrotnie niebezpiecznych tematów. W oczach swoich uczonych kolegów uchodził za zwolennika perypatetyzmu i przeciwnika tradycyjnej teologii.

– Przyczynił się do tego bez wątpienia czas średniowiecznego renesansu XIII-wiecznego, który z wyjątkową mocą objawił się w Paryżu, który stał się niekwestionowaną w tym czasie intelektualną stolicą chrześcijaństwa. Tomasz jest tam, gdzie „gotują się losy” świata i nie boi się podejmować refleksji na tematy przez wielu uznawane za niepoprawne. Nie zapominajmy, że przyszło mu żyć w epoce wielkich napięć w obrębie samej christianitas, ale szczególnie między zakonami żebraczymi (dominikanami i franciszkanami) oraz tradycyjnym monastycyzmem czy duchowieństwem diecezjalnym, z którymi na różne sposoby prowadzi polemikę. Ale przede wszystkim „widzi dalej”: dostrzega wielką użyteczność myśli perypatetyckiej, która mówiąc obrazowo wpuszcza do teologii dużo świeżego powietrza. Ale nie jest to otwarcie na oścież tak, aby wszystko zostało wywrócone do góry nogami, ale pewne uporządkowanie. Trzeba przyznać, że do tego wszystko potrzebna była ogromna odwaga, skoro zajmowanie się Arystotelesem, po Sigerze z Brabantu, było postrzegane przez wielu jako niezwykle ryzykowna gra, niemalże jak chodzenie po minach. Tomasz wchodzi na to pole z zaufaniem w moc prawdy i tego owocem są tak jasne i czytelne polemiki z awerroistami, jak te dotyczące natury intelektu. Ciągle jednak trzeba przypominać i chronić Akwinatę przed niebezpiecznym spłycaniem i szufladkowaniem do roli receptora Arystotelesa, bo przecież wiele myśli o źródle platońskim znajduje u niego ważne zastosowanie. Nie był to jednak ani arystotelizm czy platonizm w swej czystej wersji, lecz zawsze niejako skorygowany, przepuszczony przez filtr Objawienia. 

– Również po niespodziewanym, przedwczesnym zgodnie – w wieku zaledwie 49 lat – sytuacja nie była zbyt klarowna. Pokłosiem ówczesnych sporów był syllabus Tempiera, który przecież w jakiejś mierze dotykał poglądów Tomasza.

– To w jakiejś mierze było ryzyko Tomasza: będąc intelektualnie uczciwym opowiada się za rozwiązaniami w duchu myślenia arystotelesowskiego (przy całej sympatii do myśli Pseudo- Dionizego Areopagity), zdając sobie sprawę, ile to będzie go – intelektualnie – kosztować. Przede wszystkim – niezrozumienie. Paradoks historii czy znamienna cecha historii „Tomasza po Tomaszu”? Sytuacja nabiera bowiem zawrotnej szybkości zaledwie 3 lata po śmierci Akwinaty: biskup paryski Stefan Tempier ogłasza 7 marca 1277 roku potępienie 219 tez awerroistycznych, a wśród nich tematów podejmowanych przez Akwinatę (między innymi wieczność świata, natura poznania czy zagadnienia antropologiczne). Syllabus Tempera nie był przy tym wyjątkiem: kolejne potępienia idą tym razem z Oksfordu (Robert Kilwardby), a w środowisku franciszkańskim powstają correctoria (zainicjowane spisem Wilhelma de la Mare) – poprawki do myśli św. Tomasza. Warto zwrócić uwagę, że wszystkie te ataki pochodziły ze stanowisk augustyńskich, które nie przyjmowały zasadniczej tezy Tomaszowej antropologii o jedności formy substancjalnej człowieka. Również współbracia Tomasza, dominikanie, choć odwołują się do jego dzieł, to jednak nie do końca są w stanie odkryć ich głębię... Ale ten moment krytyczny to jedynie swego rodzaju intelektualna kenosis tego, którego przyszłe pokolenia będą określać jako „Doktora Powszechnego”. Już pod koniec XIII wieku pojawiają się pierwsi obrońcy Akwinaty, wśród których nie mogło zabraknąć św. Alberta Wielkiego, jego mistrza, czy Henryka z Würzburga, a Etienne Bourret, biskup paryski, precyzuje, że syllabus Tempiera nie dotyczył Akwinaty. Jak więc widać, recepcja myśli Tomasza to nie ciąg owacji czy oklasków, ale wysiłek zrozumienia człowieka, który swoją dalekowzrocznością wyprzedził epokę. Te potępienia pokazują jednak jak bardzo trzeba mieć charakter, aby uprawiać teologię… Tomasz miał to „coś” i dlatego jest i dla nas wzorem „teologa z charakterem”. To trochę przypomina wznoszenie się samolotu: zazwyczaj startuje „pod wiatr” i to właśnie ten wiatr „niesie” go i „wzbija” wysoko. Nie inaczej jest ze św. Tomaszem. 

– I obecnie trudno mówić o entuzjazmie, o powszechnym uznaniu. Skąd wciąż nowe zastępy oponentów?

– Biorą się być może z lęku przed kimś, kto się za mocno „wychyla”. Cóż, być może Tomasz kwestionuje współcześnie nam panujące credo, które stawia na zsekularyzowany rozum i ontologię walki, w której Inny jest wrogiem, gdzie „różnica” stanowi zagrożenie, a nie okazję do ukazania „piękna porządku”. Dla Tomasza ów Inny wkraczający w mój świat – również ten intelektualny – nie jest zagrożeniem, ale łaską, która przekuwa się na ogień disputatio, która ma na celu – jak powie Tomasz – nie to, aby wiedzieć, co myśleli poszczególni filozofowie, ale jaka jest prawda. Bo tym Innym, który wkracza – w sposób paradygmatyczny – jest Bóg w swoim Objawieniu. 

– Ksiądz Tischner uważał, że koncepcje św. Tomasza nie przystają do współczesności, że nie rozwiązują najbardziej palących kwestii, że nie dają wystarczających, zadowalających odpowiedzi na nasze dylematy.

– Trzeba pamiętać przede wszystkim o tym, że Tomasz opisuje świat causaliter, a nie fenomenologicznie. Dlatego potrzeba wielkiej wnikliwości, aby oceniać jego sposób uprawiania teologii, który przetrwał wiele różnych trendów teologicznych i burz dziejowych, rewolucji intelektualnych i ogłaszania „śmierci tomizmu”. Tomasza interesuje mechanizm, struktura, konstrukcja i fundamentalne pytanie metafizyczne: dlaczego? Nie tyle więc „jak”, ile właśnie „dlaczego”. 
A przy tym wszystkim Tomasz nie znosi „gotowców”. Nie chciał, aby jego dzieła i odpowiedzi były „teologiczną amunicją”, lecz „ziarnem”. Dlatego, gdy jego współbrat św. Rajmund z Peñafort prosi go o podręcznik dla misjonarzy, myśląc być może o jakimś porządnym vademecum, jak byśmy dziś powiedzieli, w którym czarno na białym, będzie konkretnie pokazane, co robić najpierw a co potem w rozmowie z niewierzącymi. I co dostaje w prezencie od Tomasza? Dzieło, które przeszło do historii jako „Suma przeciw poganom”, choć pewnie właściwszą i bliższą intencji Doktora Anielskiego byłoby określenie „Księga prawdy chrześcijańskiej”. Nie był to „gotowiec”, lecz pozytywny wykład tego, czym chrześcijaństwo jest, co dzieli z wszystkimi ludźmi (a więc to, co jest racjonalnym poszukiwaniem Boga, revelabile) i co jest w stanie wnieść w życie człowieka jako coś specyficznie swojego: tajemnicę Trójcy, która jest niczym innym jak gramatyką miłości. Nie zapominajmy, że na kanwie nauki o Trójcy rodzi się nowożytny koncept osoby. 

– Jednym z zarzutów autora „Myślenia według wartości” było unaukowienie Objawienia. Teologizacja filozofii, ideologizacja wiary, wplątanie religii w filozofię – którego owocem miał być tragiczny spór o teorie Galileusza i Kopernika czy indeks ksiąg zakazanych –  hipotetyczność teorii antropologicznych, brak teorii wartości – to dość ciężkie zarzuty.

– Wobec tych nowożytnych przycinków – które utożsamia w jakiejś mierze ks. Józef Tischner – kierowanych do Tomasza, warto przypomnieć przede wszystkim, że Akwinata nie wszędzie mówi tak samo – nie istnieje jeden, jedyny sposób Tomaszowego opisu teologicznego. Wystarczy sięgnąć po komentarze, po kazania… tam znajdziemy Tomasza w jego prawdziwym żywiole, autentycznego głosiciela Słowa. Warto przy tym pamiętać, że krytyka księdza Tischnera wpisywała się w zasadniczy zarzut, jaki Tomasz otrzymał ze strony tradycji heideggerowskiej: onto-teologii – a więc chodziło o oskarżenie o ontologizowanie wszystkiego i niewrażliwość na subiektywność. Ale tak nie jest – wystarczy przypomnieć jego ideę poznania przez connaturalitas, a także głębokie opisy ludzkich sytuacji i przeżyć, w które obfitują jego dzieła pisane do konkretnych osób czy wspomniane już tutaj kazania. 

– W inny sposób Chesterton, w inny Gilson postanowili bronić św. Tomasza przed nowoczesnością, przed zabobonami współczesności. Stefan Swieżawski chciał poprzez autora traktatu o człowieku odwieść, nie tylko filozofów czy teologów, od ślepych popędów i namiętności, i przywrócić do łask sponiewierany, odrzucany rozum, lecz...

– ...musi zastanawiać ten zastęp oponentów, w każdym czasie i z każdej strony. Ale może o ten ogień dysputy trwającej przez wieki Tomaszowi chodziło? Przestaje pisać przecież nie przez kaprys chwili, nie tylko przez fizyczne wyczerpanie spowodowane tytanicznych rytmem pracy (którą się wręcz zabijał), ale przekonaniem, że jego zadaniem – jak każdego wielkiego autorytetu – jest „wprowadzanie w ruch”, sprawianie, że następuje „cyrkulacja prawdy”, która krąży po wszystkich obszarach ludzkiego doświadczenia. Dlatego Tomasz przed nikim i niczym się nie broni – choć irytują go niektóre teologiczne postawy, zwłaszcza arianizm i jego wersje – ale otwarcie stawał w teologiczne szranki, poszerzając teren refleksji. 
W tym sensie uważam, że nowoczesność jest szansą dla Tomasza – bo jeśli przebija z niej świadomość, że „czegoś brakuje” (a to chyba najbardziej w moim odczuciu charakteryzuje nasz klimat intelektualny), to paradoksalnie – a widać to już w szeregu publikacji – następuje ciekawe spotkanie Tomasza z ponowoczesnością, równie jak on wrażliwą na analogiczność naszego języka. 

– Jakie Ty stawiasz sobie zadanie? Czy chcesz bronić Tomasza przed ponowoczesnością?

– Myślę, że św. Tomasza nie trzeba sprzedawać w wersji opancerzonej, uodpornionej na czasy i epoki, wręcz przeciwnie: obrona Akwinaty polega na ukazaniu jego wrażliwości na każdy przejaw dobra obecnego w świecie – które się przelewa, diffusivum sui w tradycji dionizyjskiej – jako elementu nośnego prawdziwej teologii. Nie tej, która buduje mury, lecz mosty: a te właśnie wznosił św. Tomasz. Ta swoista „zasada dialogiczna” jest istotą uprawiania teologii ad mentem Thomae. Na tym zasadza się autentyczne myślenie „podług” Tomasza.
Co do mnie, to moje zadanie jest skromne: pokazać Akwinatę z mniej znanych stron, aby utrzeć pewne zapatrywania, które krzywdzą go i wciskają do starych schematów, a przez to pozbawiają żywotności i traktują jak archeologiczny relikt. Chciałbym przyczynić się do tego, aby pokazywano go jako twórczo zmieniającego życie człowieka „ukąszonego” postmodernizmem (bo przecież dziś rozmawiałby z postmodernistami, skoro wówczas rozmawiał z awerroistami łacińskimi!), przewodnika i mistrza na nowoczesność… ale także człowieka, który zachęcał, aby uczyć się od najlepszych, choć nie zawsze najmocniej oklaskiwanych. 

– Czy nie uważasz, że wciąż odradzają się dawne linie podziału, dawne spory, sięgające Platona i Arystotelesa, jak i – od innej strony patrząc – Erazma i Lutra czy Kartezjusza i Pascala?

– Istotnie, widać, że nie były to przypadkowe, lecz w jakiejś mierze paradygmatyczne rozstrzygnięcia, ale te linie podziału wielkich tradycji filozoficznych i teologicznych nie powinny jednak prowadzić do zamknięcia się jednych na drugich. Trzeba tu mądrości św. Tomasza, który jest człowiekiem harmonii i jedności, autentycznym poszukiwaczem prawdy. Zajęcie stanowiska po tej czy drugiej stronie to nie punkt dojścia, ale wyjścia: tego uczy Doktor Anielski! On wychodzi od systemu Arystotelesa, który jako narzędzie pozwala mu najlepiej ująć prawdę, ale nie zapomina, że przecież celem jest dotarcie do res: czyli samej prawdy. 
Dlatego kluczowe wydaje się dla mnie stwierdzenie Tomasza, że akt wiary nie zatrzymuje się na formule (anuntiabile), ale na rzeczy. Innymi słowy, trzeba się „przebić” w stronę rzeczywistości opisywanej przez formułę wiary i podobnie ma się rzecz z „przebijaniem się” z pierwszego przybliżenia (którym są dawne podziały, o których wspominasz) w stronę samej prawdy. 
Ale już współcześni zarzucali Tomaszowi, że nie „trzyma się jednego”. Sam św. Bonawentura uważał, że jego pomysł na teologię i filozofię to „rozcieńczanie” wina Słowa Bożego w wodzie filozofii. Na to jak pamiętamy Doktor Anielski odpowiada w sposób ewangeliczny, przywołując wesele w Kanie Galilejskiej i podkreślając, że nie jest to „rozcieńczanie”, ale „przemienianie” wody w wino. Myślę, że ta logika pozwala nam lepiej zrozumieć wielkość Tomasza, ale także zachęca, aby wracać do tych dawnych sporów i podziałów, bo nie są tylko archeologią, lecz kształtują nasze teraz. Ciągle jesteśmy w dialogu z ideami, które meblowały świat intelektualny poprzednich pokoleń: nie buduje od zera, lecz zawsze na pewnym fundamencie. 

– Czy metafizyczna intuicja jest dzisiaj w cenie?

– Pomimo licznych proklamacji o „śmierci” metafizyki (a w ogóle to jakoś dziwnie ten wiek XX obfitował w takie „wyroki śmierci”: na Boga u Nietzschego, na prawdę u Derridy, na historię u Fukuyamy), to jednak – jak widać po pytaniach, które cisną się na usta człowieka „post-nihilistycznego” – ona żyje i bynajmniej nie przeżywa agonii. Pewnie dlatego, że nie zadowala się „podróbkami” rzeczywistości, które na dłuższą metę, zamiast nasycać, budzą jeszcze większy głód. A choć tak szybko przyzwyczajamy się do podróbek, na co dzień się nimi otaczamy, żyjemy w ich cieniu, to jednak czujemy spontanicznie potrzebę metafizyki, która odkrywa „wymiar głębi”: widzenie dalej niż krótkowzroczne bazowanie na, jakby to powiedzieli Hiszpanie, apariencias, zewnętrzności, powierzchowności. 
To „podrabianie” właściwie zaczęło się od Kanta, który przyrównał uprawiającego metafizykę do człowieka, który ogląda duchy, a więc rozpoczął wbijanie w świadomość ogólną, że metafizyka to coś nieokreślonego, rozmazanego, nieostrego. Jest to więc poznanie oderwane od rzeczywistości i dlatego postulat skupienia się nie na samej „rzeczy”, ale na schematach, strukturach, fenomenach było tego jedynie konsekwencją… Podczas gdy klasyczne rozumienie metafizyki widzi siebie jako poznanie realnie istniejącego świata, bez żadnego modyfikowania go, ale takim jakim jest. 
Wydaje się, że współczesna teologia staje na nowo wobec wyzwania, aby obronić metafizykę i wykazać jej wartość dla refleksji, która chce być czymś więcej niż opisem „struktur myślenia”. Jest przecież twórczym odkryciem rzeczywistości jako podarowanej. Znamienne jest to, że w języku Arystotelesa owo dokonywanie odkrycia to nic innego jak tylko „poetyka”, poiesis. Dlatego wydaje mi się, że podejście poetyczne jest więc czymś istotowo metafizycznym, ale także chrześcijańskim, wpisanym w logikę wiary. Wiara jest poetycka na miarę tego, co odkrywa, co jest w stanie pomieścić z tajemnicy, przy całej świadomości ograniczonej swej pojemności… Ale wciska się w nieznany teren, jeszcze nie wykarczowany ścisłą terminologią, przyciągnięta zaproszeniem ze strony Prima Sapientia

– Czy jest szansa, aby współczesny homo religiosus pogodził articuli i principia, jak również intellectus principiorum z lumen fidei?

– Minęły już czasy dialektycznego przeciwstawiania sobie wiary i rozumu, okopywania się w teologicznych okopach i wojny pozycyjnej. Metaforyka „skrzydeł”, wprowadzona przez Jana Pawła II w encyklice „Fides et ratio” (1998), pokazuje inną logikę i zaprasza do szerokiej kontemplacji rzeczywistości, która nie zamyka się na żaden jej wymiar, nie zakuwa rozumu do pewnych jedynie jej wymiarów, lecz otwiera. Chodzi o pewien typ „racjonalności otwartej”, która się nie boi, lecz czuje się niesiona jak na fali i prowadzona przez wiarę. To uścisk dłoni, który w ciemności tak wiele znaczy, a który może nie jest do końca światłem (scholastycy mówili o lumen obscurum), ale dostępem do tych obszarów, których rozum nie jest w stanie sam odkryć.

– Jak patrzysz w tym kontekście na współczesną pobożność ludową?

– Tomasz bardzo cenił wiarę ludzi prostych, vetula – stara kobieta, być może przekupka, którą mijał w drodze do uniwersyteckiej auli, przywodziła mu na myśl wielkość chrześcijańskiej wiary, która sprawia, że ona góruje nad niejednym filozofem. Ten, by dojść do przekonania o nieśmiertelności duszy, musiał przebyć długą drogę (jak Pitagoras, którego przykład przytacza w jednym ze swoich kazań), a ona już to wie! Akwinata jednak nie pochwala automatyzmu i bezrefleksyjności: widać, że leży mu na sercu przede wszystkim nasycanie życia chrześcijańskiego rozumieniem tego, co się czyni. To swoista „posługa sensu”. Dlatego ta pobożność ujawnia coś niezwykłego i wielkiego, ale domaga się jednocześnie formowania i prowadzenia. 

– A także intelektualnego pogłębienia?

– Bez wątpienia. To XIX i XX-wieczny irracjonalizm i materializm sprawiły, że postawiono w kąt spekulacje teologiczne, które przestały odżywiać wiarę i karmić pobożność, a to ewidentnie osłabia życie religijne. Oddzielenie refleksji teologicznej od jej „żywotnego środowiska”, którym jest doświadczenie wiary Kościoła i wierzącego, było swego rodzaju odcięciem korzenia, co dla obu – pobożności i teologii – oznacza uszczuplenie: pierwsza traci swą „siłę nośną”, a druga niebezpiecznie pcha się w stronę wszelakiej maści -izmów, które zamiast otwierać zamykają i blokują.

– Skąd w nas tyle manichejskich trucizn?

– Bo zostaliśmy nimi „ukąszeni” przez intelektualną łatwiznę i kryjemy w sobie pewien „mikrokosmos”, który jest blisko obu przepaści. Łatwo ulegamy szeregowaniu i w jakiejś mierze ulegamy pokusie „stawiania siebie” na miejscu Boga. To także nieco arbitralne rozumienie radykalności, która absolutyzuje część kosztem całości, zamiast odkrywać radykalność jako wezwanie do odkrywania własnej tożsamości, swój radix, korzeń naszego jestestwa. Być może urzeka nas manichejskie spojrzenie, bo męczy nas trud dźwigania tajemnicy… Jesteśmy przecież mysteriophoros, a to oznacza pokorne uznanie, że czegoś nie wiemy i, co więcej, nie wiemy dlaczego tak jest. 

– I dlaczego, ulegając myślowym schematom, łatwo wpadamy w różne pułapki, choćby ideologizacji wiary?

– Postrzeganie wszystkiego przez czarno-biały pryzmat jest łatwiejsze, choć tak odległe od Tomaszowego sposobu myślenia, który idąc za swoimi divisio odkrywał skomplikowanie, ale i jedność rzeczywistości. Wystarczy wczytać się w kilka kwestii z „Sumy teologii”, aby uchwycić tę logikę naznaczoną zdaniami rozpoczynającymi się od słów: tak, ale… 

– ...często nie wiemy, czego naprawdę szukamy. Nie brakuje nam podejrzliwości. W nas samych niemało jest też sprzeczności.

– Nieraz szukamy po omacku, a wówczas jesteśmy w stanie ranić tych, którzy są obok nas, zwłaszcza, gdy wymachujemy mieczem słów. Jeśli Tomasz kazał na wszystko patrzeć sub ratione Dei to także na samego siebie! A Bóg nie jest podejrzliwy wobec człowieka, objawienie biblijne nie pokazuje Go jako nieustannie nieufnego wobec człowieka, który przecież Go zdradza, zaprzepaszcza ofiarowywane mu szanse, tylko jako Boga uparcie wierzącego w swoje stworzenie. Jeśli z całą racją twierdzimy, że człowiek jest capax Dei, to również możemy – tak sądzę – mówić o Bogu, że jest capax hominis – tyle, że w tym przypadku chodzi o „zdolność” dopasowania się do stworzenia. 
Ostatnio stały się dla mnie wielkim odkryciem kazania św. Tomasza, mało znane szerokiemu gronu. W jednym z nich, „Attendite a falsis” – wygłoszonym nota bene pewnie niedaleko od miejsca, w którym jesteśmy, paryskim klasztorze św. Jakuba – podejmuje temat „hipokryzji”. Ciekawie zwraca uwagę, że udawanie właściwe hipokryzji niejako psuje świat, jego semantyczność, słowa przestają znaczyć co powinny – a wszystko to przypomina proceder uwodzenia dusz. 

– Potrzeba nam – jak wynika z Twoich słów – owego sub ratione Dei, które nie tylko każe patrzeć w niebo, lecz wciąż sprowadza nas na ziemię. Św. Tomasz uważał, że poznanie prawdy jest złożonym procesem, w którym zazwyczaj nie iluminacje nas oświecają, lecz wytężona, umysłowa praca. Ona powinna znamionować wspólne dążenia, wspólne działania, całą sferę publiczną? I powinna obejmować tak „świeckie”, jak i „religijne” przedsięwzięcia? Powinniśmy „od-graniczyć” czy też „roz-graniczyć” to, co boskie i ludzkie, czy całkiem przeciwnie?

– Myślę, że wiele racji mają filozofowie z kręgu Radykalnej Ortodoksji, gdy wskazują na korzenie współczesnej, wojowniczej sekularyzacji w myśli Jana Dunsa Szkota, w jego metafizyce, która odchodzi od drogi św. Tomasza z Akwinu. A Doktor Anielski, jeśli już rozdziela, to aby połączyć… rozgranicza łaskę i naturę, ale nie w sensie odseparowania jednej od drugiej, linijkowego podziału gdzie się zaczyna, a gdzie kończy, nie wprowadza myślenia segmentowego, jak pokazały badania Henriego de Lubaca (począwszy od „Surnaturel” z 1946 roku), ale eksponuje integralne rozumienie relacji natury i łaski.

– Żyjemy w czasach, w których wiele mówi się o demokracji, o społeczeństwie obywatelskim, a jednocześnie – również w tzw. myśli katolickiej – mało korzystamy z dokonań Doktora Anielskiego? Skąd ów dysonans?

– Ze złej oceny samego średniowiecza i ulegania pewnym topikom krzywdzących ludzi tamtego czasu. Zbyt często operujemy utartymi schematami, które niczym łatki zostały przyklejone do pewnych epok historycznych. Średniowieczu wyrządzono krzywdę postrzegając je przez pryzmat monarchii absolutnych, podczas, gdy zupełnie inaczej – bo opierając się na kategorii uczestnictwa – postrzegało relacje społeczne. W bogatej kolekcji pism Akwinaty nie brakuje miejsca również i na traktat o polityce („De regno”), napisany w formie listu do króla Cypru Hugona II, w którym św. Tomasz udziela konkretnych rad i wskazówek jak powinno się rządzić państwem. To ocena wydolności pewnych systemów politycznych, ale także zwrócenie uwagi na konieczność pielęgnowania pewnych cnót politycznych: polityka jako roztropna troska o dobro wspólne nie jest przecież zwolniona z cnotliwości. To właśnie w „De regno” Tomasz tak wiele mówi o czymś, co dziś tak zapomniane, nieraz pewnie przemilczane: społeczeństwo winno rządzić się przyjaźnią, bo ona prowadzi do tego, co jest celem rządów nad społecznością: pokoju. To przyjaźń jest sednem wizji społecznej Tomasza i nie może dziwić, że jawi się dziś jako atrakcyjny pomysł na przezwyciężenie kryzysu, który dotyka współczesny świat. Ale by to odkryć trzeba się przełamać i odczytać Tomasza „nowym językiem”, a nie pozostawać jedynie na płaszczyźnie analizy terminów i pojęć. On ma wiele do powiedzenia, także dziś, w tej istotnej sprawie, jaką jest ład społeczny.

Bonum, verum, pulchrum – jak odnajdować w świecie?

– Trzymając się tego, co autentycznie ludzkie, pozwalając wybrzmieć pragnieniu. Trzeba skupić się na szczególe, nie iść za kaprysami, lecz po prostu zatrzymać się… Chodzi o rozbudzanie w sobie elementarnej wrażliwości na rzeczywistość, taką, jaka się jawi. Kto jest w stanie odnaleźć bonum ma szansę poczuć oddech Boga, Jego ślady w świecie.

– Po jakie książki, jeśli chodzi o najnowsze tomistyczne dokonania, koniecznie należy sięgnąć?

– Dla mnie wielkim odkryciem pozostają książki wielkiego znawcy myśli Tomasza – szwajcarskiego dominikanina z Fryburga Jean-Pierre Torrella OP, który proponuje spoglądanie na Akwinatę nie jako genialnego filozofa, który „porządkuje” Arystotelesa, ale dostrzeganie w nim „mistrza duchowego”, scholastyka pośród mistyków, strażnika mądrości nieprzemijającej i mającego do zaproponowania człowiekowi współczesnemu ambitny pomysł na życie: życie cnotliwe. 
Innym tropem podąża urzekający mnie pod tym względem – w jakiejś mierze kontynuujący drogę wskazaną przez Torrella – pomysł interpretacji myśli Akwinaty zaproponowany przez Oliviera-Thomasa Venarda OP, który pokazuje go jako „poetę teologicznego”. To dla wielu będzie szok, ale czyż właśnie nie tak powinno się rozumieć człowieka tej klasy co Tomasz? Propozycja „tomizmu poetyckiego”, ochrzczonego w ten sposób przez Johna Milbanka, jednego z założycieli Radykalnej Ortodoksji, a przy tym także widzącego w Tomaszu lekarstwo na „sekularyzację”, którą obserwujemy, jednocześnie pokazuje, że mówienie o strategii literackiej „Sumy teologii”, dotarcie do autentycznego języka Tomasza – ma fundamentalne znaczenie i sens. Dlatego warto sięgać dziś po samego Tomasza i jego teksty. 

– Nieraz można by mniemać, że nikt tak nie zaszkodził autorowi „Sumy przeciwko poganom” czy „Dysput problemowych o prawdzie”, jak właśnie tomiści. Jak oceniasz nowożytną myśl tomistyczną?

– Najbardziej istotne z mojego punktu widzenia są prace odkrywające Tomasza biblistę. Dlaczego? Bo to pokazywanie go w jego żywiole: komentatora Słowa Bożego. Jego spotkanie z Biblią naznacza jego dyskurs i pozwala dostrzec w nim kogoś więcej niż genialnego erudytę czy filozofa, bo odsłania go jako mistrza. W jakiejś mierze wszyscy XX-wieczni tomiści starali się pokazywać go w tym świetle, odchodząc od neoscholastycznego fatalnego zauroczenia w „formie” i odkrywając „ducha” Tomaszowej sztuki, bo była to pewna ars uprawiania tego, co nazywał sacra doctrina, świętą nauką. Niewątpliwie bliżej mi zarówno do studium i interpretacji prof. Stefana Swieżawskiego, który swym jasnym językiem mówienia o sprawach trudnych sprawia, że wiele można zyskać, jak i do Gilsona, Maritaina czy Piepera, których poznałem w trakcie studiów. Byli to w jakiejś mierze pionierzy, którzy odkrywali Tomasza przysłoniętego licznymi -izmami, które zamazywały jego atrakcyjne i aktualne przesłanie. Ich zadanie polegało na „przeczyszczeniu” szyby, na wydobyciu tego, co zachwycało współczesnych Akwinaty i także w naszym postmodernistycznym krajobrazie jest w stanie wprowadzić zbawienne turbulencje. Dziś pełnymi garściami jakże nie czerpać z inspirujących prac, jakich wiele na swoim koncie posiadają Matthew Levering, Gilles Emery i inni.

– Dzięki temu, że najbardziej pociągały go, bynajmniej nie tylko pobożne księgi, stracił św. Tomasz zupełnie głowę dla, jak sądziło wielu, rzeczy zupełnie bezużytecznych. A jak jest z Tobą?

– A czy ta użyteczność posiada jakieś dobre kryterium, bo czy liczy się szybka jej przekładalność, taka teologiczna stopa zwrotu? Czyż raczej w czytaniu współczesnych „ksiąg” nie powinna nam towarzyszyć mentalność ewangelicznego siewcy…? On hojnie sieje, bo wie, że tylko w ten sposób może hojnie zbierać… Trzeba tę hojność zasiewu przenieść także na wymiar intelektualny. Na czytanych autorów i poruszane kwestie. A poza tym jestem głęboko przekonany, że z DNA wyciśniętym przez kontakt ze św. Tomaszem nie „tracę” czasu, lecz to imperatyw wypływający z samej istoty teologii, w której kryje się logos, a więc nieuchronna postawa „nasłuchiwania”. W średniowieczu przecież mówiono theologia disputat.

Paryż, 29 listopada 2011 roku

66-5-1.jpg (69675 Byte)


Na zdjęciu:

Piotr Roszak
(Pampeluna, 
2008)



Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga