Notatnik (IX)

Curriculum vitae Macieja Niemca otwiera: 7 X 1953; zamyka: 25 I 2012. Jest jeszcze wiele innych, znaczących, bardziej lub mniej precyzyjnych dat, ale z pewnością do najważniejszych należy 1987. Jesienią tego roku – jak sam mówił – „z ciekawości, z rozpaczy” wyjechał do Paryża. Opuszczał Wrocław, gdzie wówczas mieszkał, „z przekonaniem, że za miesiąc, dwa” wróci. W stolicy Francji pozostał do końca życia.
Pierwszy jego tom wierszy, „Cokolwiek, ponieważ”, wyszedł w 1989 roku, w drugim obiegu, w krakowskiej Oficynie Literackiej. Kolejne to: „O tej porze świata” (1989), „Kwiaty akacji” (1994), „Małe wiersze” (1994), „Ulica Wód” (1996), „Świat widzialny” (1998), „Dance or die” (2002). Pierwsza jego książka po francusku, w tłumaczeniu Krystyny Jocz i z rysunkami Pawła Jocza, pojawiła się w roku 1995. „Blancheur parisienne” ukazał się w Luksemburgu, dzięki staraniom Galerie Simoncini. W Niemczech wiele jego wierszy w roku 1996 znalazło się w obszernym woluminie poświęconym polskiej poezji, stanowiącym część monumentalnego, translatorskiego dzieła Karla Dedeciusa „Panorama der polnischen Literatur des 20. Jahrhunderts”. Nad Renem, w pierwszym kwartale 2012 roku, ukazać się miał wybór z ośmiu tomów, „An jenem Tag und jenem Morgen: Ausgewählte Gedichte. Zweisprachig”, w przekładzie Renate Schmidgall. Utwory Macieja Niemca były publikowane również w przekładach na język bułgarski, kataloński i rosyjski. Nie doczekały się, jak dotąd, odpowiedniego rezonansu.
W Polsce jest obecnie oczekiwany tom zawierający „wiersze i kilka przekładów z lat 1996-2010”, zatytułowany „Stan nasycenia”. Wydania podjęła się Fundacja Zeszytów Literackich. Polski poeta, którego los związał z Paryżem, od dłuższego czasu przymierzał się do publikacji „Geranium”, ale jego wysiłki nie zostały uwieńczone powodzeniem. Szykował się również do opublikowania obszerniejszego wyboru swojej prozy. Nadał temu roboczy tytuł „Sezon”. Nie był chyba do końca przekonany, czy powinny się w nim znaleźć „krótsze formy wraz z fragmentami dziennika”, czy też zrezygnować z autobiograficznych odniesień. Obawiał się, że „niektórzy nigdy by tego nie wybaczyli”. W roku 2002, razem z Fernandem Cambonem, opublikował w Poznaniu przekład „Temu co się nie kończy. Tren” Michela Deguy. Najchętniej, przekładając utwory poetyckie, działał we współpracy z innymi. Bardzo był bowiem wyczulony – jak zapewniał – „na brzmienie języka, na słuch poetycki”. Warto wspomnieć, że miał być pierwszym tłumaczem na polski „Cząstek elementarnych” Michela Houellebecq’a, ale projekt nie doczekał się pełnej realizacji. Przełożył bodajże rozdział. Uważał – w przeciwieństwie do wielu piszących kolegów – że dzieło francuskiego prozaika nie jest ani pochwałą pustki, ani nobilitacją pustej formy.
„Zło i Dobro. Nie wystarczało mu. Szukał dalej. Doszedł do punktu takiej samotności, którą można zdefiniować jako więzienie. Człowiek samotny. Zdany tylko na siebie. Uwięziony w swej samotności, w pułapce czasu, w nieszczęśliwych miłościach. Uwięziony w przemijaniu. Poeta, który nie potrafił odnaleźć się w teraźniejszości, zbyt przez przeszłość i przyszłość zniewolony” – pisała tuż po tragicznym zgonie poety, na łamach wrocławskiego periodyku „Rita Baum”, Elżbieta Gawlik. Z kolei Renate Schmidgall – na łamach „Frankfurter Allgemaine Zeitung” oraz krakowskiego „Tygodnika Powszechnego” wspominając zmarłego  – zwróciła uwagę, że oprócz egzystencjalnych, w pewnym sensie granicznych doświadczeń, autor „Aux trois obus” dosięgał rejonów, które były dostępne nielicznym. Podobnie jak T. S. Eliot, Robert Lowell, a szczególnie Paul Celan – zdawać by się mogło – niedosłyszalne, daremne wezwania i zarazem najboleśniejsze wyznania potrafił zamienić w przejmujące przesłanie, w niemy krzyk.
Korzystając ze sformułowania autora „Der Sand aus den Urnen” i „Todesfuge” można by rzec, że autor postcelanowskiej „Fugi” i „Świata teraźniejszego”, jako człowiek „zraniony rzeczywistością i rzeczywistości poszukujący”, nie tyle nie widział potrzeby, co nie chciał niczego zamykać. Dosięgał nieokreślonego i nie określał osiągalnych, niby dla każdego poznawczo dostępnych rejonów własnego czy cudzego „ja”. Umiał godzić i jednocześnie konfrontować: napięcie i spokój, nieumiarkowanie i powściągliwość, miłość i śmierć. Czynił to na wiele różnych sposobów, zawsze zostawiając: więcej niż otwartą przestrzeń, więcej niż – w wersach i pomiędzy wersami zapisany – bieg spraw, obrót rzeczy, stan własnej duszy, kondycję współczesnego człowieka. Chwilowe oczarowanie, czyjeś uniesienia i rozgoryczenia, stosunek do świata, świat wewnętrzny, jak i wszystko, co przychodzi z zewnątrz – to było dla niego za mało. Nie był poetą łatwych przeciwstawień, a tym bardziej prostej wiary i naiwnej niewiary. W jego przypadku równie dobrze jak o Gotteskampf trzeba by mówić o Niemandskampf. Nie chciał bowiem narzucać czy zawężać, ograniczać pola działania i widzenia. Nie był jednak poetą areligijnym. 
„Czy naśladowanie go oznacza więc próbę postępowania jak najwierniej jego śladami, bez stawiania pytań, czy też także pytania: Kim jestem, nie tylko jako chrześcijanin, ale również jako to właśnie istnienie poszczególne, byt ludzki? Czy potrafię sprostać własnej prawdzie, pozostać jej wiernym? To pytania, które dla mnie samego pozostają wciąż istotne” – zwierzał się w styczniu 1997 roku pisząc o nowotestamentowym Mesjaszu. Jego dylematy wydały się na tyle obce, niemożliwe do zaakceptowania, że decydujący o imprimatur w jednym z katolickich pism kategorycznie sprzeciwił się publikacji tekstu na temat Jezusa.
Rosyjski tłumacz, Andriej Bazylewski, nie miał wątpliwości, iż „w poezji przepowiedział i przywołał swój los”. Twórczość Macieja Niemca – oprócz mnogości leksykalnych tropów, oprócz rozległej warstwy filozoficzno-teologicznej czy fundamentalnych, metafizycznych odniesień – zawiera w sobie potężny ładunek emocji, a zarazem uniezależnia od wszelkich afektów. Jest jak swoisty kontredans, godzenie odmiennych stanów i znaczeń. I jak szlachetny kruszec. A że w dodatku jest najwyższej próby – niełatwo o rozpoznanie, wczucie się, wejście w niekończący się labirynt, pomiędzy szczeliny, arkana mowy i milczenia. Język dotyka niekiedy / prawdy, wielostronnej / jak oszlifowany diament, / lub dotyka ciepłego / języka ukochanej, lub / przylepia się do zamarzniętej klamki – pisał w pierwszym swoim tomie „Cokolwiek, ponieważ”. Młodzieńczym wyborom pozostał wierny do końca. Był w pełni świadomy, że nie da się w żadnym, dostępnym języku wypowiedzieć całej prawdy o sobie, prawdy o innych czy prawdy o świecie. Wielu rzeczy czy spraw nie ogarniemy, niektóre z nich ledwie zdołamy dotknąć. Niby istnieją, objawiają się nam, aby znowu umknąć, zniknąć, pozostać enigmą. Równie dobrze moglibyśmy zaprzeczyć, zwątpić w ich istnienie, jak i uwierzyć w ich niezniszczalność. Mimo wszystko nie da się ich pochwycić w jakąś niewidoczną sieć ani w żaden sposób zawłaszczyć. W tym przypadku, paradoksalnie, wybór jest prosty: rezygnacja albo droga w nieznane. Autor „Stanu nasycenia” nigdy nie zrezygnował z raz obranego kierunku.

* * *

.„Krew nieba” – przekład dzieła napisanego po francusku przez urodzonego we Lwowie pisarza, poetę, krytyka literackiego i byłego więźnia Auschwitz-Birkenau – ukazał się w 2003. Piotr Rawicz napisał swoją powieść autobiograficzną w 1961 roku. Maurice Nadeau, zaliczając go do umarłych za życia, postulował, aby dobrze zapamiętać dzieło napisane „w tonie Jeremiasza i Ezechiela”. Ani „Le sang du ciel”, ani równie kontrowersyjny poemat prozą, „Le compagnon d’un songe” [Towarzysz snu,], ani też „Bloc notes d’un contre-revolutionnaire ou la gueule de bois” [Zapiski kontrrewolucjonisty czyli kociokwik] nie zrobiły oszałamiającej kariery: ni we Francji, ni w Polsce. „Dla mnie liczy się jedynie prawda ontologiczna” – przekonywał autor znany z czarnego humoru i swej przewrotności. Wiele lat przed Houellebecq’iem przewidział, że nie tylko liderzy literackiego rynku postawią na niedojrzałość, wyalienowanie i nieświadomość. Głosów przestrogi ani boskiej woli nikt nie chce słuchać. Pozostaje rozdzierająca samotność. I niekiedy – jak postanowił 21 maja 1982 roku sam pisarz – strzał z karabinu, zamach na samego siebie. Niestety, ani dla desperatów, ani dla współczesnych Jeremiaszów nie ma miejsca, również po ich odejściu. Dopiero, gdy nadciągają groźne nawałnice, nowe nieszczęścia, zaczyna się ich słuchać. Zazwyczaj jest już za późno.

I/II 2012

Marek WITTBROT

Marek Wittbrot – w latach 1991-1999 prowadził „Naszą Rodzinę”, obecnie zaś jest redaktorem „Recogito”.

67-4-1.jpg (69675 Byte)


Na ilustracji:

Okładka
drugiego
wydanego
po francusku
tomu wierszy
Macieja Niemca
(2002)

© Recogito, Rafaliga